Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

piątek, 8 czerwca 2012

Królewska foka


 Wszyscy wiedzą, że w północnych morzach i oceanach żyją foki o błyszczących
Futerkach i o łagodnych, brunatnych oczach. Ale mało komu wiadomo, że niegdyś foki były zupełnie inne — były podobne do nas, ludzi.
Działo się to bardzo dawno, jeszcze zanim pierwsi żeglarze Północy wypłynęli na swych tratwach w świat, aby odkrywać zamorskie kraje.
Król i królowa mórz mieszkali w cichej głębinie pod przejrzystym sklepieniem z fal morskich. Byli szczęśliwi, mieli bardzo wiele ślicznych dzieci.
Dzieci króla mórz spędzały dnie na igraszkach z dzikimi końmi morskimi, na pływaniu wśród zarośli purpurowych anemonów podwodnych. Śpiewały przy tym bezustannie, ich śpiew mieszał się ze śmiechem fal.
Pewnego dnia wielki smutek spadł na morskiego króla i jego beztroskie dzieci: królowa mórz zachorowała i umarła. Pochowano ją w koralowym grobowcu na dnie morza.
Odtąd nie było już komu wychowywać morskich dzieci, śpiewać im kołysanek, czesać ich pięknych, długich włosów. Król mórz widział, jak te włosy zwisają im splątane niby morskie wodorosty; słyszał, jak dzieci po nocach szepczą i wzdychają, nie mogąc zasnąć.
Postanowił poszukać nowej żony, żeby zajęła się dziećmi. Wiedział jednak, że nie pokocha już żadnej tak bardzo jak dobrą, marła żonę — wydawało mu się, że razem z nią pochował w koralowym grobowcu swoje serce.
W głębi podwodnych borów, w zielonym mroku, mieszkała morska czarownica.
Pomyślała, że byłoby bardzo przyjemnie :ostać królową morza, panią najbardziej rozległego królestwa na wiecie. Toteż chętnie zgodziła się zostać żoną króla mórz, macochą jego dzieci.
Zła to była macocha. Zazdrościła pasierbom ich urody, bo nie mogła tego znieść, żeby w morzu żyły jakieś istoty piękniejsze od niej.
Pewnego dnia opuściła potajemnie pałac i popłynęła do swoich ciemnych borów.
Nazbierała tam złocistych winogron morskich, i po powrocie do pałacu ugotowała z nich wywar zaklęty i podała dzieciom króla mórz, kiedy zgrzane zabawą poprosiły o napój.
W jednej chwili padł na nie czar. Ich śliczne ręce zamieniły się w płetwy. Ciała utraciły swój wdzięk, zgrubiały i pokryły się sierścią.
Dzieci króla mórz zamieniły się w foki. Umiały jednak nadal śpiewać i miały te same co dawniej brunatne, łagodne oczy.
Kiedy ich królewski ojciec zobaczył, co się stało, zmartwił się okropnie i rozgniewał.
Wypędził morską wróżkę, która wróciła do swoich ciemnych borów podwodnych. Ale nie potrafił odczynić jej złego czaru.
— Nie zostaniemy tutaj — postanowiły dzieci króla mórz, zamienione w foki. — Tu wszystko przypominałoby nam szczęśliwe dnie, kiedy nasza matka żyła. Popłyniemy w świat. Wyśpiewały swój żal w długiej skardze, 'pożegnały ojca i odpłynęły.
Kiedy zła macocha rzuciła na nie czar, powiedziała:
— Pozwalam wam co rok spędzić jeden dzień w dawnej postaci. Będziecie znowu podobne do dzieci ludzkich od jednego zachodu słońca do następnego zachodu słońca, wtedy dopiero nałożycie z powrotem skóry focze.
Toteż odtąd każdego roku foki spotykają się gdzieś na ustronnym wybrzeżu morskim, z dala od ludzkich oczu, bo foki boją się ludzi. Ludzie tak często na nie polują!
Tam więc, na dalekim wybrzeżu, foki zrzucają swe jedwabiste skóry, srebrzyste, czarne, złotawe lub brązowe i bawią się tak jak dawniej. Czasem podpływa do nich ojciec, król mórz. Pojawiają się całe stada spienionych koni morskich. Co za wspaniałe gonitwy, igraszki i śpiewy zaczynają się wtedy!
Ale nie trwa to długo — tylko do następnego zachodu słońca. Wówczas dzieci króla mórz ubierają się z powrotem w focze futerka i odpływają. Przy pożegnaniu umawiają się, gdzie mają się spotkać na przyszły rok.
Ludzie mówią, że pierwsze foki, które przybyły na wyspy Hebrydy, na zachód od Szkocji, były tajnymi posłami północnych królów normandzkich. Czy tak było, czy nie — Trudno dziś sprawdzić. Pewne jest jednak, że polubiły te mgliste wybrzeża, ich zatoki i plaże.
Mieszkańcy Hebryd dowiedzieli się o tym, że foki to zaklęte dzieci króla mórz i że jest taki dzień w roku, kiedy się spotykają i bawią na jakimś ustronnym wybrzeżu.
Na wyspie Bernerary, należącej do wysp Hebrydzkich, żył młody rybak, Roderyk
MakKodrum z rodu Donaldów. Pewnego dnia szedł on brzegiem oceanu do swojej łodzi, gdy usłyszał nagle czyjś śpiew zza pobliskich skał.
Skradając się ostrożnie zbliżył się do nich i zajrzał przez szczelinę, jacy to śpiewacy zebrali się po drugiej stronie.
Zdumiał się bardzo, kiedy zobaczył gromadę morskich dzieci, Bawiły się pośród szumu i bryzgów fal, rozigrane, roztańczone i radosne. Ich długie włosy trzepotały za nimi w słonym wietrze, oczy im świeciły, usta się śmiały... Cudny to był widok!
MakKodrum nie chciał przyglądać się zanadto długo. Wiedział, że jeżeli go zauważą - spłoszą się i popsuje im zabawę. Czekały na tę zabawę przez cały rok!
Toteż cicho i ostrożnie zaczął cofać się tą samą drogą, którą przyszedł. Wolał nie wypłynąć tego dnia na połów, niż przeszkodzić dzieciom króla mórz.
Ale kiedy odwrócił się od nich, żeby iść z powrotem, zauważył leżący pod skałą stos foczych skór. Chwycił po drodze najbardziej świecącą, o złotobrązowej sierści i pomyślał, że przyjemnie będzie mieć tę pamiątkę w swojej chatce.
Ukrył ją nad drewnianą framugą drzwi wejściowych.
Niedługo po zachodzie słońca, podczas kiedy Roderyk naprawiał sieć przed
kominkiem, usłyszał na dworze coś, co brzmiało jak smutna skarga. Wyjrzał — a tam przed progiem stała najpiękniejsza kobieta, jaką widział kiedykolwiek. Stała tak, wysmukła i biała, z łagodnymi, brunatnymi oczami. Nie miała na sobie odzieży, tylko jej długie, złotobrązowe
włosy okrywały ją jak płaszcz.
— Och, pomóż mi, pomóż, śmiertelniku — błagała. — Jestem nieszczęsnym dzieckiem króla mórz. Zgubiłam moją jedwabistą skórę foczą i nie będę mogła nigdy powrócić do braci i sióstr, jeżeli jej nie odnajdę.
Roderyk zaprosił ją do chaty i okrył ją swoim pledem. Zgadł od razu, że do niej należy skóra, którą zabrał znad morza. Mógł sięgnąć ręką i wyjąć tę skórę ze schowka nad framugą drzwi. Ona byłaby wtedy wolna, mogłaby popłynąć do rodzeństwa. Ale nie zrobił tego. Patrzył na nią, jak siedzi cichutka i słodka przed jego kominkiem i zapragnął mieć ją tu na zawsze jako swoją żonę.
Powiedział:
— Nie potrafię ci pomóc w odnalezieniu foczej skóry, widać ktoś ci ją ukradł. Pewno już jest gdzieś daleko. Ale jeżeli zgodzisz się zostać tu ze mną jako moja żona, będę cię kochał i szanował przy naszym ognisku aż do końca życia.
Córka króla morza podniosła ku niemu smutne oczy i odrzekła:
— Jeżeli naprawdę ukradziono moją skórę i nie ma żadnej nadziei, żebym mogła ją odzyskać, w takim razie nie mam wyboru i zostanę z tobą jako twoja żona. Nie mogę spodziewać się od nikogo, żeby okazał mi więcej dobroci niż ty. A bałabym się wejść sama jedna w ten śmiertelny świat.
Westchnęła z żalu za życiem mórz i powiedziała po chwili:
— Ach jakbym chciała być razem z moimi braćmi i siostrami! Będą na mnie czekać, będą mnie wołać nadaremnie i zawsze tęsknić za mną.
Serce rybaka zabiło mocniej. Poczuł wyrzuty sumienia, słysząc te słowa, ale taki był oczarowany jej urokiem, że nie zdobył się na to, żeby oddać foczą skórę i rozstać się z córką
króla mórz. Rodcryk MakKodrum i jego piękna żona żyli przez wiek lat razem w chatce u wybrzeża oceanu i urodziło im się wiele dzieci. Wszystkie miały złotobrązowe włosy i dźwięczny, śpiewny głos. Nieliczni mieszkańcy tej niewielkiej wyspy przezwali młodego rybaka “Roderykiem od Fok", a jego synów i córki “dziećmi Roderyka od Fok".
Córka króla mórz nie potrafiła zapomnieć o swojej bolesnej tęsknocie. Wychodziła samotnie nad ocean, słuchała jego śpiewu i szumu fal, który czasem dźwięczał jak daleki płacz, czasem jak wołanie, czasem jak śmiech... Wydawało jej się, że słyszy głosy braci i sióstr i że to oni nawołują, szukając zagubionej siostry.
Pewnego dnia Roderyk pożegnał serdecznie żonę i dzieci i wypłynął rano na połów jak zwykle. Idąc do łodzi spojrzał na niebo i pomyślał: “trochę za dużo wiatru dzisiaj, ale to nic, przeżyłem już na morzu niejedną nawałnicę".
Nie zdążył jeszcze odpłynąć daleko, gdy wicher sztormowy zagwizdał nad wodą i nad lądem. Najmłodszy synek rybaka bawił się właśnie na wybrzeżu i przykładał do ucha muszlę słuchając, jak szum morza w niej gra. Kiedy matka usłyszała, że wicher się wzmaga, zawołała na dziecko.
Zaledwie chłopiec zdążył przestąpić próg, gdy nagle wicher zatrzasnął za nim drzwi z taką mocą, że domek zatrząsł się w posadach i ze schowka nad futryną wypadła skóra foki, którą Roderyk ukrył tam przed łaty — skóra, będąca własnością jego żony.
Kobieta podniosła ją milcząc. Nie powiedziała ani słowa przeciwko człowiekowi, który wbrew jej chęci uwięził ją tutaj na długie, długie lata. Zrzuciła z siebie ludzkie szaty, pożegnała dzieci i przyciskając do piersi skórę foki, zbiegła nad ocean. Konie morskie igrały tam pośród spienionych, gnanych wichrem fal. Córka króla mórz w jednej chwili ubrała się w swoją skórę i rzuciła ostatnie spojrzenie na domek. Przeżyła w nim trochę szczęśliwych chwil, chociaż została tam wbrew swojej chęci — pomyślała. Potem ześlizgnęła się w wodę.
Obejrzała się raz jeszcze. Za białą linią spienionych bałwanów, które toczyły się na brzeg z bezkresów Atlantyku, zobaczyła gromadkę opuszczonych swoich dzieci. Ale wołanie morza zagłuszyło płacz dzieci zrodzonych na lądzie. Córka króla mórz nie mogła mu się oprzeć, jej miejsce było — tam.
Płynęła, zapominając o wszystkim, co zdarzyło się przez ostatnie lata. Wracała do swej ojczyzny, wolna i szczęśliwa.
Kiedy Roderyk MakKodrum przypłynął z powrotem do przystani i przyszedł do swego domku, zastał drzwi otwarte i ogień wygasły. Nikt nie czekał na niego w izbie z powitaniem i gorącym posiłkiem.
Poczuł w sercu trwogę, straszne przeczucie błysnęło w jego myślach. Sięgnął nad framugę —nie było tam skóry.
Wbiegły zapłakane dzieci i opowiedziały ojcu, co się stało. Wtedy domyślił się reszty. Wiedział, że to nieszczęście przyszło na nich wszystkich z jego winy, a teraz nie było już na to rady.
Nie pocieszył się do końca życia? — teraz on z kolei martwił się i tęsknił, jak dawniej martwiła się i tęskniła jego żona. Ale i on miewał w tym smutku słoneczne chwile, bo jego dzieci rosły nad wyraz piękne, zdolne i dobre.
Synowie Roderyka nie zapomnieli nigdy, że ich matka była foką, pamiętały o tym ich wnuki i prawnuki, toteż nikt z nich żadnej foki nie skrzywdził. Wiadomo było na całych
Hebrydach, że potomkowie Roderyka MakKodrum z wyspy Bernerary i z rodu Donaldów, chociaż są dzielnymi rybakami i myśliwymi, jednakże nigdy nie biorą udziału w polowaniach na foki.

Bajka szkocka:))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz