Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

piątek, 20 października 2017

Dzwon


Wieczorem, kiedy zachodziło słońce, a w górze między kominami lśniły jak złoto chmury, w wąskich uliczkach wielkiego miasta co rusz to ktoś słyszał dziwny głos, niby brzmienie kościelnego dzwonu, ale tylko przez chwilę, bo turkotały wozy i ludzie krzyczeli, a to wszystko zagłusza.
- Dzwoni wieczorny dzwon. Zachodzi słońce - mówili ludzie.
Ci, którzy wychodzili za miasto, gdzie daleko jeden od drugiego stały domy otoczone ogrodami i poletkami, oglądali wieczorne niebo jeszcze wspanialsze i dużo lepiej słyszeli brzmienie dzwonu, jakby jego dźwięk dochodził z kościoła z głębi cichego, pachnącego lasu; patrzyli w tym kierunku i ogarniał ich uroczysty nastrój. 
Minęło dużo czasu, ludzie często mówili jeden do drugiego:
- Czy w lesie jest jakiś kościół? Ten dzwon ma taki dziwny, cudowny dźwięk, może byśmy tam poszli i obejrzeli go z bliska? - I bogaci jechali, a biedni szli pieszo, ale droga tak bardzo im się dłużyła, że gdy już minęli wiele rosnących na skraju lasy wierzb, siadali, spoglądali w górę na rozłożyste gałęzie i uznawali, że są już na łonie natury. Przyszedł też z miast cukiernik, rozbił swój namiot i powiesił tuż na nim dzwonek i to pomysłowy, żeby mu nie zaszkodził deszcz, ale w dzwonku brakowało serca. A kiedy ludzie wrócili do domu, mówili, że było nadzwyczaj romantycznie, a to znaczy, że podobało im się o wiele bardziej niż na herbatkach u znajomych. Trzy osoby zapewniały, że były aż hen, gdzie las się kończy i przez cały czas słyszał ten dziwny dzwon, ale tam zdawało im się, że dźwięk dochodzi z miasta. 
Jeden z nich napisał o tym nawet piosenkę, powiedział, że dzwon brzmi jak głos matki mówiącej do kochanego, mądrego dziecka. Nie było piękniejszej melodii od brzmienia dzwonu.
Zainteresował się tym również cesarz tego kraju i obiecał, że ten, komu uda się odkryć, skąd dochodzi głos, otrzyma tytuł Dzwonnika Świata i to nawet jeśli dzwonnikiem nie jest.
Teraz wielu ludzi chodziło do lasu, bo taki tytuł oznaczał porządny kawałek chleba, ale tylko jeden wrócił do domu z jakimś wyjaśnieniem, nikt nie zapuścił się głęboko i on także nie. Powiedział tylko, że dźwięki pochodzą od wielkiej sowy, która siedzi w zmurszałym drzewie. 



To taka sowa mądrości, w zapamiętaniu waląca głową w drzewo, ale czy dźwięk pochodzi z jej głowy, czy ze zmurszałego pnia, tego nie mógł jeszcze jednoznacznie stwierdzić. I został zatrudniony jak Dzwonnik Świata i co rok pisał małą rozprawkę na temat sowy; ale nic nowego to nie wniosło.


Nadszedł dzień konfirmacji, pastor wygłosił piękne i głębokie kazanie, konfirmanci byli bardzo wzruszeni. Był to dla nich ważny dzień, z dzieci stawali się nagle dorosłymi ludźmi, dziecięca dusza miała teraz zamieszkać w bardziej rozumnej osobie. Była piękna, słoneczna pogoda, konfirmanci poszli za miasto, a z lasu dochodził przedziwnie mocny głos tajemniczego dzwonu. Od razu nabrali wielkiej ochoty, by tam pójść i to wszyscy z wyjątkiem trojga. Jedna dziewczyna poszła do domu przymierzyć balową suknię, bo właśnie sukienka i bal były przyczyną, dla której przystąpiła do konfirmacji właśnie teraz - w przeciwnym razie zrobiłaby to kiedy indziej. Druga osoba to ubogi chłopak, który pożyczył ubranie i buty od syna dozorcy i musiał je oddać o określonej godzinie. Trzeci powiedział, że nigdy nie chodzi w nieznane miejsca bez rodziców, zawsze jest posłusznym dzieckiem i takim chce pozostać nawet po konfirmacji i nie ma się z czego śmiać - ale i tak się z niego śmiali.
Więc trójka nie poszła, a pozostali wyruszyli. Słońce świeciło, ptaki śpiewały, a dzieci trzymając się za ręce, śpiewały razem z nimi, bo przecież nie miały jeszcze stanowisk. 
Wkrótce dwoje najmniejszych zmęczyło się i zawróciło do miasta, a dwie dziewczyny usiadły na trawie, by pleść wianki i one też nie poszły dalej, a gdy pozostali dotarli do wierzb, gdzie stał namiot cukiernika powiedzieli:
- No wiecie i doszliśmy, ten dzwon w gruncie rzeczy nie istnieje, ludzie to sobie tylko wmawiają.
W tej samej chwili w lesie zabrzmiała dźwięk dzwonu, o, jak słodko, jak uroczyście; czworo czy pięcioro dzieci postanowiło wejść trochę głębiej w las. Był tak gęsty, tak pełen listowia, naprawdę trudno było się w nim poruszać, wonne marzanki i zawilce rosły aż za wysoko, kwitnące powoje i jeżyny zwisały długimi girlandami pośród drzew, śpiewał słowik, igrały promienie słońca; och jakie piękne; nie była to jedna droga dla dziewcząt, podarłby sukienki. Były i kamienne głazy, porośnięte mchem w różnych odcinkach, a z ziemi wypływała świeża źródlana woda, wydając dziwny dźwięk: gul, gul, gul!
- To chyba nie dzwon - powiedział jeden chłopak i położył się na ziemi nasłuchując. - Trzeba to gruntownie zbadać! - I został, a pozostali ruszyli dalej.
Doszli do szałasu z gałęzi i z kory, nad którym pochylała się wielka, dzika jabłoń, jakby chciała strząsnąć całe swoje bogactwo na dach, na którym kwitły róże; ich długie pędy okrywały szczyty dachu, z którego zwisał mały dzwonek. Czyżby to jego dźwięk było słychać? Tak, z tym zgadzali się wszyscy chłopcy z wyjątkiem jednego. Powiedział on, że dzwonek jest za mały i zbyt delikatny, by jego głos dobiegał aż  tam, gdzie oni go słyszeli, i że to całkiem inne tony tak przemawiają do ludzkich serc. Chłopak, który to mówił był synem króla, więc pozostali orzekli:
- Taki jak on zawsze wie lepiej!
I zostawili go samego, a w miarę jak szedł, jego pierś coraz bardziej wypełniało uczucie samotności, tak dojmujące w lesie. Jeszcze słyszał dźwięk dzwonka, który tak się podobał reszcie, a od czasu do czasu, gdy wiatr przyniósł zapach od cukiernika, dobiegł go dźwięk śpiewów przy herbacie. Jedna głębokie uderzenia dzwonka brzmiały mocniej, jakby oprócz niego brzmiały jeszcze organy. Dźwięk dochodził z lewej strony, tej, po której jest serce. 
Nagle coś zaszeleściło w krzakach i przed królewskim synem stanął chłopak w drewniakach bluzie o tak krótkich rękawach, że, że łatwo było dostrzec jakie ma długie nadgarstki. Znali się, był to właśnie ten chłopak, który nie mógł pójść ze wszystkimi, bo musiał zwrócić synowi stróża ubranie i buty. Zrobił to i przyszedł w drewniakach i w ubogim stroju sam, bo dzwon brzmiał tak mocno, tak głęboko, że musiał wyruszyć za jego głosem. 
- Chodźmy razem - powiedział syn króla. Ale ubogi chłopak był bardzo nieśmiały, obciągnął przykrótkie rękawy i powiedział, że boi się, że nie nadąży, poza tym uważał, że dzwonu trzeba szukać po prawej stronie, bo z tą stroną wiązało się wszystko, co wielkie i wspaniałe.
- No to się nie spotkamy - odparł syn króla i skinął mu głową, a chłopak wszedł w najciemniejszą, najgęstszą część lasu, gdzie kolce rwały jego nędzne ubranie i do krwi raniły mu twarz, ręce i nogi. Królewski syn też nie uniknął paru solidnych zadrapań, ale jego drogę oświetlało słońce i to jemu będziemy teraz towarzyszyć , bo był z niego dzielny kawaler.
- Muszę znaleźć ten dzwon i znajdę go - powiedział. - Choćbym miał iść na koniec świata.
Na drzewach siedziały małpy i wytrzeszczały zęby.


- Obrzućmy go czyś, obrzućmy, to królewski syn!
Ale on nieustraszenie szedł coraz głębiej i głębiej w las, gdzie rosły najprzedziwniejsze kwiaty, białe, gwiaździste lilie z krwistoczerwonymi pręcikami, błękitne jak niebo, migoczące na wietrze tulipany i jabłonie, na których rosły jabłka wypisz, wymaluj jak wielkie, lśniące, mydlane bańki. Pomyśl tylko jakie musiał być te drzewa w świetle słońca. Wokół cudnych zielonych polan, gdzie jeleń bawi się w trawie z sarną, stały wspaniałe buki i dęby, a jeśli w którymś z drzew była szczelina, to rosła w niej trawa i długie pnącza. Były też duże połacie lasu z cichymi jeziorami, po których szumiące skrzydłami białe łabędzie. Królewicz często się zatrzymywał i nasłuchiwał, przypuszczała, że dźwięk dzwonu dochodzi do niego z któregoś z tych głębokich jezior, ale w końcu zauważył, że to nie stamtąd, ale skądś jeszcze głębiej w lesie.
Wreszcie zaszło słońce, w powietrzu jarzyła się jak ogień czerwona poświata, w lesie zrobiło się cicho, bardzo cicho. Królewicz osunął się na kolana, zaśpiewał wieczorną modlitwę i powiedział:
- Nigdy nie znajdę tego, czego szukam. Już zachód słońca, zbliża się noc, ciemna noc, ale może będę mógł jeszcze raz zobaczyć okrągłe, czerwone słońce, zanim całkiem zanurzy się po drugiej stronie ziemi. Wejdę na tamte skałki, sięgają wysoko jak najwyższe drzewa. 
I chwytała się pnączy i korzeni, wspinał po mokrych kamieniach, gdzie pełzały zaskrońce, gdzie kumkały żaby. Wszedł na górę, póki jeszcze można było stamtąd zobaczyć słońce, nim całkiem zajdzie; co za wspaniałość! Przed jego oczami rozciągnęło się może, ogromne, wspaniałe morze, które przelewało ku brzegowi swoje wielkie fale, a słońce było jaki wielki, lśniący płomień tam, gdzie morze styka się z niebem. Wszystko stapiało się w rozżarzonych barwach, las śpiewał i morze śpiewało i serce królewskiego syna śpiewało razem z nimi. Cała przygoda była jedną wspaniałą wewnętrzną wędrówką. Czerwone barwy zgasły, gdy słońce znikło, ale zapłonęły miliony gwiazd, iskrzyły się miliony diamentowych lamp i królewicz wyciągnął ramiona ku niebu, morzu i lasowi - i w tej samej chwili z prawej strony pojawił się ubogi chłopak z przykrótkimi rękawami. Przyszedł w tym samym czasie, swoją własną drogą i wybiegli sobie na spotkanie, i trzymali się za ręce w wielki wymiarze natury, a nad nimi brzmiał niewidoczny dzwon przyrody. 

Hans Christian Andersen:) 



czwartek, 19 października 2017

Narzeczeni


Bąk i piłka leżały razem w szufladzie wraz z innymi zabawkami, więc bąk powiedziała do piłki:
- Może byśmy się zaręczyli, skoro i tak mieszkamy w jednej szufladzie?
Ale piłka, która była uszyta z safianu i zapatrzona w siebie jak jakaś wystrojona panienka, nie miała zamiaru na coś takiego odpowiadać. 
Nazajutrz przyszedł mały chłopiec, do którego należały zabawki i pomalował bąka na czerwono i żółto, a w środek wbił mosiężny gwóźdź; wspaniale wyglądało, kiedy bąk się kręcił.
- Proszę na mnie spojrzeć - zwrócił się do piłki. - Co pani na to? Może teraz byśmy się zaręczyli? Tak dobrze do siebie pasujemy, pani skacze, a ja tańczę; nikt nie mógłby być szczęśliwszy niż my dwoje!
- Hm, tak pan sądzi - powiedziała piłka. - Pewnie pan nie wie, że moja matka i mój ojciec byli safianowymi pantoflami, a ja mam w brzuchu korek!
- A ja jestem z mahoniu - odparł bąk. - I utoczył mnie sam sędzia, ma własną tokarkę, sprawiło mu to wielką przyjemność. 
- Hm, mam w to uwierzyć? - Powątpiewała piłka.
- Obym nigdy więcej nie dostał batem, jeśli kłamię - powiedziała bąk.
- jest pan bardzo przekonujący, ale ja mimo to nie mogę przyjąć propozycji, jestem prawie zaręczona z jaskółką. Za każdym razem, gdy wzlatuję w powietrze, wychyla się z gniazda i pyta: "Chcesz ty mnie?" - więc wreszcie powiedziała mu "Tak", a to prawie jakbym się zaręczyła. Ale przysięgam, nigdy pana nie zapomnę.



- Dużo mi z tego przyjdzie - powiedział bąk i więcej już ze sobą nie rozmawiali.
Nazajutrz piłkę wyjęto z szuflady. Bąk patrzył, jak wysoko wzlatuje w powietrze, niczym ptak, a potem całkiem znika z oczu; za każdy razem jednak wracała, ale dotknąwszy ziemi, znowu wskakiwała wysoko w górę - może z tęsknoty, a może dlatego, że w brzuchu miała korek. Za dziewiątym razem znikła i już nie wróciła; chłopiec szukał i szukał, ale nie było jej i już.
- Wiem, gdzie ona jest - westchnął bąk. - W gnieździe jaskółki. Wyszła za mąż.
Im więcej o tym myślał, tym mocniej był w piłce zakochany; jego miłość rosła właśnie dlatego, że nie mógł jej mieć; nie rozumiał jak wziąć innego. I tańczył dokoła i furczał, ale wciąż myślał o piłce, a ona stawała się w jego myślach coraz piękniejsza. Tak minęło wiele lat i zrobiła się z tego stara miłość.
Bąk nie był już młody, lecz pewnego dnia pozłocono go całego, caluteńkiego; nigdy nie wyglądał tak pięknie. Był teraz złotym bąkiem i kręcił się, że aż furczało. Tak, to było coś! Aż nagle podskoczył za wysoko i już go nie było!
Szukano go i szukano, nawet w piwnicy, ale nie można go było znaleźć. 
Co się z nim stało? 
Wpadł do kubła na śmieci, w którym leżały różności, śmieci, kapuściane głąby i żwirowy osad, który spływa z rynny.
- Ale trafiłem! Zaraz zejdzie ze mnie złocenie! A w ogóle wśród  jakiej ja hołoty wylądowałem! - I spojrzał na długi kapuściany głąb, za mocno oskrobany i na coś dziwnego, i okrągłego, co wyglądało jak stare jabłko. Ale to nie było jabłko, tylko stara piłka, która wiele lat przeleżała w rynnie nasiąknięta wodą.
- Dzięki Bogu, trafił tu też ktoś mojego stanu, z kim można porozmawiać - powiedziała piłka i przyjrzała się złoconemu bąkowi. - Tak naprawdę to jestem zrobiona z safianu, uszyły mnie kobiece ręce i mam w brzuchu korek, ale tego nikt nie widzi. Miałam właśnie wyjść za pewną jaskółkę, lecz wpadłam do rynny, leżałam tam pięć lat i nasiąknęłam wodą. To długo dla panienki, może mi pan wierzyć.
Ale bąk nic nie powiedział, myślał o swojej dawnej ukochanej, a im dłużej słuchał, tym bardziej nabierał pewności, że to ona.
Wtedy nadeszła służąca, żeby opróżnić kubeł.
- Patrzcie no, złoty bąk! - Zawołała.
I bąk trafił z powrotem do pokoju, gdzie przyjęto go z szacunkiem i honorami. A o piłce nikt nawet nie wspomniał i bąk już więcej nie mówił o swojej starej miłości; miłość mija, jeśli ukochana przez pięć lat leży w rynnie i nasiąka wodą, i nie można jej poznać, gdy się ją spotka w kuble na śmieci.

Hans Christian Andersen:))



poniedziałek, 20 marca 2017

Bałwan ze śniegu


- Taki mróz rozkoszny, że aż coś we mnie trzeszczy - powiedziała bałwan ze śniegu. - Wiatr potrafi tchnąć życie, ale jakże rozżarzone jest "to" w górze, jak wytrzeszcza swoje gały. - Miała na myśli słońce, właśnie zachodziło. - Nie zmusi mnie do mrugania, będę mocno zaciskał moje skorupki. 
Zamiast oczu miał dwa duże, trójkątne kawałki dachówek, usta miała zrobione z kawałka starych grabi, posiadał więc i zęby.
Przyszedł na świat wśród radosnych okrzyków dzieci, powitany brzęczeniem dzwonków sanek i klaskaniem.
Słońce zaszło, wzeszedł księżyc w pełni, okrągły i wielki, jasny i piękny w błękitnym powietrzu.
- Znowu wyszło po drugiej stronie - powiedział bałwan ze śniegu. Był przekonany, że słońce się znów pokazało. - Odzwyczaiłem go od gapienia się. Może sobie tam wisieć i świecić, abym tylko mógł oglądać siebie samego. Gdybym tylko wiedział, jak trzeba się ruszyć z miejsca. Tak chętnie poruszałbym się. Gdybym to potrafił, zszedłbym teraz poślizgać się po lodzie, widziałem, jak to robili chłopcy, ale nie potrafię biegać.
- Precz, precz! - zaszczekał stary, podwórzowy pies na łańcuchu. Był trochę zachrypnięty. Miał chrypę od czasu, gdy przestał być pokojowym psem i już nie leżał pod piecem. - Słońce nauczy cię biegać. Widziałem, co się działo zeszłego roku z twymi poprzednikami, a dawniej z ich poprzednikami. Precz, precz! Wszyscy oni poszli sobie precz.
- Nie rozumiem cię, kolego - powiedział bałwan ze śniegu - to, co jest w górze, ma mnie nauczyć biegać? - Miał na myśli księżyc. - On sam, kiedy mu się dobrze przyjrzę, posuwa się na przód, teraz skrada się z drugiej strony.
- Nic nie wiesz - powiedział podwórzowy pies. - Dopiero niedawno cie ulepiono. To, no co teraz patrzysz, nazywa się księżycem; to, które przedtem odeszło, było słońcem, jutro rano znowu wróci, ono już cię nauczy, jak stoczyć się do rowu. Wkrótce zmieni się pogoda, czuję to po rwaniu w lewej łapie. Pogoda zmieni się.
- Nie rozumiem tego - powiedział bałwan ze śniegu - ale mam wrażenie, że mi powiedział coś nieprzyjemnego. To, co się tak na mnie gapi i potem odchodzi, to, co pies nazywa słońcem, nie jest do mnie przyjaźnie usposobione, czuję to.
- Precz, precz! - ujadał pies, okręcił się w kółko trzy razy i położył się w kółko do spania. 
Pogoda zmieniła się istotnie. Nad ranem gęsta, wilgotna mgła pokryła całą okolicę. Kiedy dniało, zawiał wiatr, wziął ostry mróz. Ale cóż to za widok ukazał się, gdzie słońce wzeszło? Wszystkie drzewa i krzaki stały w szronie. Wyglądało to jak las z białego korala, wszystkie gałęzie były jakby obsypane białym, lśniącym kwieciem. Widać było nieskończenie wiele gałęzi i gałązek, w lecie niewidocznych pod liśćmi. Była to błyszcząca biała korona. Zdawało się, że z gałęzi promienieje oślepiający blask.
Brzoza chwiała się na wietrze, pełna była życia jak drzewa w lecie. Było to niezrównanie piękne. A kiedy zaświeciło słońce, wszystko zabłysło jak pokryte diamentowym pyłem, a na śnieżnej powłoce ziemi błyskały wielkie diamenty. Można sobie było też wyobrazić płoną tam niezliczone maleńkie światełka, jeszcze bielsze od białego śniegu.
- Jakie to cudownie piękne - powiedziała młoda dziewczynka, która weszła z młodzieńcem do ogrodu. Stanęli tuż koło bałwana i stąd oglądali błyszczące drzewa. - Nawet w lecie nie można mieć piękniejszego widoku - powiedziała dziewczyna i oczy jej zaświeciły.
- A takiego jegomościa jak ten nie ma wcale w lecie - dodał młodzieniec i wskazał na bałwana. - Jest wspaniały.
Dziewczyna zaśmiała się, kiwnęła głową bałwanowi i tańczyła ze swym przyjacielem po śniegu, który skrzypiał pod nogami, jak gdyby stąpali po krochmalu. 
- Kto to byli ci dwoje? - Spytał bałwan psa. - Jesteś tu na podwórku dłużej ode mnie, czy znasz ich?
- Rozumie się, że ich znam - odpowiedział podwórzowy pies. - Ona mnie pogłaskała, a on podarował mi kość. Nie ugryzę ich. 
- Ale co oni tu robią? - Spytał bałwan.
- Zakochana para - powiedział podwórzowy pies. - Zamieszkają w jednej budzie i będą razem gryźli kości. Precz, precz! 
- Czy tych dwoje może się równać ze mną i z tobą? - Spytał bałwan ze śniegu. 
- To państwo - odrzekł pies. - Kiedy się dopiero wczoraj przyszło na świat, wie się doprawdy niewiele, widzę to po tobie. Jestem stary i doświadczony, znam tu wszystkich po obejściu, a były czasy, kiedy nie stałem tu na zimnie, przywiązany na łańcuchu. Precz, precz!
- Zimno jest rozkoszne - zauważył bałwan. - Opowiadaj, opowiadaj. Ale nie brzęcz łańcuchem , bo we mnie coś trzeszczy.
- Precz, precz! - ujadał pies. - Byłem młodym pieskiem, oni mówili, że małym i ślicznym. Wówczas leżałem w pokoju na pluszowym fotelu, spoczywałem na kolanach pani i pana, całowano mnie w pyszczek i wycierano mi łapki haftowaną chusteczką. Nazywano mnie "najpiękniejszym piesiem, piesiulkiem", ale potem stałem się dla nich za duży, podarowali mnie gospodyni. Powędrowałem do suteryny. Z miejsca gdzie stoisz, możesz tam zajrzeć, możesz zobaczyć tą komórkę gdzie traktowali mnie po pańsku; gdyż tak się do mnie odnosiła gospodyni. Było tam wprawdzie skromniej niż na górze, ale przytulniej. Dzieci nie ciągnęły mnie i nie drażniły jak tam na górze. Karmili mnie równie dobrze, ale jeszcze o wiele obficiej. Miałem własną poduszkę i był tam także piec, a o tej porze roku jest to najmilsza rzecz na świecie. Właziłem pod piec, tak że znikałem pod nim. Często jeszcze śnię o piecu. Precz, precz!
- Czyż piec wygląda tak pięknie? - Spytał bałwan ze śniegu. - Czy jest podobny do mnie?
- Wygląd zupełnie jak twoje przeciwieństwo. Jest czarny jak węgiel, ma dłuższą szyję i mosiężną trąbę. Pożera drzewo, aż ogień bucha mu z ust. Trzeba trzymać się jego boku, tuż koło niego lub pod nim, to niezwykła przyjemność. Możesz go zobaczyć przez okno z tego miejsca, gdzie stoisz.
Bałwan ze śniegu zajrzał w okno suteryny i zobaczył rzeczywiście czarny, polerowany przedmiot z mosiężną rurą; ogień błyszczał w dole. Bałwan ze śniegu miał dziwne uczucie, z którego sam nie zdawał sobie sprawy: ogarnęło go coś takiego, czego nie znał, ale co znają wszyscy ludzie, o ile nie są bałwanami ze śniegu.
- Dlaczego "ją" opuściłeś? - Spytała bałwan. Wydawało mu się, że piec musi być istotą żeńskiego rodzaju. - Jakże mogłeś opuścić takie miejsce?
- Musiałem - odpowiedział pies. - wyrzucili mnie i przywiązali do łańcucha. Ugryzłem służącego w nogę, gdyż zabrał mi kość, którą obgryzałem, kość za kość, myślałem sobie. Ale wzięli to za złe i od tego czasu przymocowano mnie do łańcucha i straciłem mój piękny głos, posłuchaj no, jaki jestem zachrypnięty: precz, precz! Taki był koniec.
Bałwan ze śniegu nie słuchał już więcej, patrzał nieustannie w okna suteryny do gospodyni, patrzał w głąb pokoju, gdzie stał piec na swych czarnych, żelaznych nogach i był tej samej wielkości co bałwan ze śniegu. 
- Coś tak dziwnie we mnie trzeszczy - powiedział. - Czyż nigdy się tam nie dostanę? Przecież to niewinne życzenie, a nasze niewinne życzenia spełniają się zazwyczaj. Jest to moje najskrytsze życzenie. Byłoby to niesprawiedliwe, gdyby się nie ziściło. Muszę tam się dostać, muszę się do niego przytulić, nawet gdybym miał stłuc szybę w oknie.
- Nigdy tam nie wejdziesz - powiedziała pies. - A kiedy zbliżysz się do pieca, pójdziesz precz, precz. 
- I tak już prawie mnie nie ma - odrzekł bałwan. - Wdaje mi się, że się rozpadam.
Przez cały dzień bałwan stał i patrzył przez okno. W zmierzchu pokój wyglądał jeszcze bardziej zachęcająco. Z pieca rozchodził się taki miły blask, księżyc ani słońce nigdy nie potrafią tak błyszczeć jak piec, kiedy pali się ogień w jego wnętrzu.
Kiedy drzwiczki się otwierały, buchał jasny płomień, piec był do tego przyzwyczajony. Płomień oświetlał czerwonym blaskiem białą twarz bałwana, czerwień ta sięgała nawet jego piersi.
- Nie wytrzymam - powiedziała bałwan - jak mu do twarzy z tym wyciągniętym językiem.
Noc była bardzo długa, ale bałwanowi wydawała się krótka. Stał pogrążony w swych pięknych myślach, które zamarzły tak, że aż trzeszczało. 
Rankiem okna sutereny zamarzły. Ukazały się na nich najpiękniejsze kwiaty, jakie tylko bałwan ze śniegu mógł sobie wyobrazić, ale zasłoniły mu widok pieca. Szyby nie chciały odtajać i bałwan nie mógł zobaczyć "swojej ukochanej". trzeszczało i trzaskało w nim i obok niego. Był mróz wymarzony dla bałwana ze śniegu, ale on się nie cieszył - mógł być taki szczęśliwy, ale nie był szczęśliwy, tęsknił do pieca.
- Tęsknota do pieca to ciężka choroba dla bałwana - powiedział pies - i ja niegdyś cierpiałem na tę chorobę, ale przemogłem ją. Precz, precz! Teraz pogoda się zmieni.
I pogoda rzeczywiście się zmieniła. Rozpoczęła się odwilż.
Odwilż zwiększyła się, a bałwan się zmniejszył. Nie mówił nic, nie skarżył się, a to jest już zły znak.
Pewnego ranka rozpadł się. Z tego miejsca, gdzie stał, wystawało coś, co przypominała kij od miotły, chłopcy ulepili bałwana na tym kiju.
- teraz rozumiem jego tęsknotę - powiedział pies na łańcuchu. - Bałwan miał w ciele pogrzebacz; to on się w nim poruszał, teraz już to minęło. Precz, precz!
Wkrótce potem i zima również minęła.
- Precz, precz! - szczekał pies, a małe dziewczynki śpiewały na podwórzu: 


Niechajże rosną z ziemi kwiatuszki,
Pokaż nam, wierzbo, wiosenne puszki.
Wiosna nadchodzi, ptaszki, śpiewajcie,
Koniec lutego i pięknie zagrajcie,
I my wtórujmy kukułkom w chórze,
A ty, słoneczko, świećże nam w górze.

I nikt już nie myślał o bałwanie ze śniegu.  

Hans Christian Andersen:))