Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

poniedziałek, 20 marca 2017

Bałwan ze śniegu


- Taki mróz rozkoszny, że aż coś we mnie trzeszczy - powiedziała bałwan ze śniegu. - Wiatr potrafi tchnąć życie, ale jakże rozżarzone jest "to" w górze, jak wytrzeszcza swoje gały. - Miała na myśli słońce, właśnie zachodziło. - Nie zmusi mnie do mrugania, będę mocno zaciskał moje skorupki. 
Zamiast oczu miał dwa duże, trójkątne kawałki dachówek, usta miała zrobione z kawałka starych grabi, posiadał więc i zęby.
Przyszedł na świat wśród radosnych okrzyków dzieci, powitany brzęczeniem dzwonków sanek i klaskaniem.
Słońce zaszło, wzeszedł księżyc w pełni, okrągły i wielki, jasny i piękny w błękitnym powietrzu.
- Znowu wyszło po drugiej stronie - powiedział bałwan ze śniegu. Był przekonany, że słońce się znów pokazało. - Odzwyczaiłem go od gapienia się. Może sobie tam wisieć i świecić, abym tylko mógł oglądać siebie samego. Gdybym tylko wiedział, jak trzeba się ruszyć z miejsca. Tak chętnie poruszałbym się. Gdybym to potrafił, zszedłbym teraz poślizgać się po lodzie, widziałem, jak to robili chłopcy, ale nie potrafię biegać.
- Precz, precz! - zaszczekał stary, podwórzowy pies na łańcuchu. Był trochę zachrypnięty. Miał chrypę od czasu, gdy przestał być pokojowym psem i już nie leżał pod piecem. - Słońce nauczy cię biegać. Widziałem, co się działo zeszłego roku z twymi poprzednikami, a dawniej z ich poprzednikami. Precz, precz! Wszyscy oni poszli sobie precz.
- Nie rozumiem cię, kolego - powiedział bałwan ze śniegu - to, co jest w górze, ma mnie nauczyć biegać? - Miał na myśli księżyc. - On sam, kiedy mu się dobrze przyjrzę, posuwa się na przód, teraz skrada się z drugiej strony.
- Nic nie wiesz - powiedział podwórzowy pies. - Dopiero niedawno cie ulepiono. To, no co teraz patrzysz, nazywa się księżycem; to, które przedtem odeszło, było słońcem, jutro rano znowu wróci, ono już cię nauczy, jak stoczyć się do rowu. Wkrótce zmieni się pogoda, czuję to po rwaniu w lewej łapie. Pogoda zmieni się.
- Nie rozumiem tego - powiedział bałwan ze śniegu - ale mam wrażenie, że mi powiedział coś nieprzyjemnego. To, co się tak na mnie gapi i potem odchodzi, to, co pies nazywa słońcem, nie jest do mnie przyjaźnie usposobione, czuję to.
- Precz, precz! - ujadał pies, okręcił się w kółko trzy razy i położył się w kółko do spania. 
Pogoda zmieniła się istotnie. Nad ranem gęsta, wilgotna mgła pokryła całą okolicę. Kiedy dniało, zawiał wiatr, wziął ostry mróz. Ale cóż to za widok ukazał się, gdzie słońce wzeszło? Wszystkie drzewa i krzaki stały w szronie. Wyglądało to jak las z białego korala, wszystkie gałęzie były jakby obsypane białym, lśniącym kwieciem. Widać było nieskończenie wiele gałęzi i gałązek, w lecie niewidocznych pod liśćmi. Była to błyszcząca biała korona. Zdawało się, że z gałęzi promienieje oślepiający blask.
Brzoza chwiała się na wietrze, pełna była życia jak drzewa w lecie. Było to niezrównanie piękne. A kiedy zaświeciło słońce, wszystko zabłysło jak pokryte diamentowym pyłem, a na śnieżnej powłoce ziemi błyskały wielkie diamenty. Można sobie było też wyobrazić płoną tam niezliczone maleńkie światełka, jeszcze bielsze od białego śniegu.
- Jakie to cudownie piękne - powiedziała młoda dziewczynka, która weszła z młodzieńcem do ogrodu. Stanęli tuż koło bałwana i stąd oglądali błyszczące drzewa. - Nawet w lecie nie można mieć piękniejszego widoku - powiedziała dziewczyna i oczy jej zaświeciły.
- A takiego jegomościa jak ten nie ma wcale w lecie - dodał młodzieniec i wskazał na bałwana. - Jest wspaniały.
Dziewczyna zaśmiała się, kiwnęła głową bałwanowi i tańczyła ze swym przyjacielem po śniegu, który skrzypiał pod nogami, jak gdyby stąpali po krochmalu. 
- Kto to byli ci dwoje? - Spytał bałwan psa. - Jesteś tu na podwórku dłużej ode mnie, czy znasz ich?
- Rozumie się, że ich znam - odpowiedział podwórzowy pies. - Ona mnie pogłaskała, a on podarował mi kość. Nie ugryzę ich. 
- Ale co oni tu robią? - Spytał bałwan.
- Zakochana para - powiedział podwórzowy pies. - Zamieszkają w jednej budzie i będą razem gryźli kości. Precz, precz! 
- Czy tych dwoje może się równać ze mną i z tobą? - Spytał bałwan ze śniegu. 
- To państwo - odrzekł pies. - Kiedy się dopiero wczoraj przyszło na świat, wie się doprawdy niewiele, widzę to po tobie. Jestem stary i doświadczony, znam tu wszystkich po obejściu, a były czasy, kiedy nie stałem tu na zimnie, przywiązany na łańcuchu. Precz, precz!
- Zimno jest rozkoszne - zauważył bałwan. - Opowiadaj, opowiadaj. Ale nie brzęcz łańcuchem , bo we mnie coś trzeszczy.
- Precz, precz! - ujadał pies. - Byłem młodym pieskiem, oni mówili, że małym i ślicznym. Wówczas leżałem w pokoju na pluszowym fotelu, spoczywałem na kolanach pani i pana, całowano mnie w pyszczek i wycierano mi łapki haftowaną chusteczką. Nazywano mnie "najpiękniejszym piesiem, piesiulkiem", ale potem stałem się dla nich za duży, podarowali mnie gospodyni. Powędrowałem do suteryny. Z miejsca gdzie stoisz, możesz tam zajrzeć, możesz zobaczyć tą komórkę gdzie traktowali mnie po pańsku; gdyż tak się do mnie odnosiła gospodyni. Było tam wprawdzie skromniej niż na górze, ale przytulniej. Dzieci nie ciągnęły mnie i nie drażniły jak tam na górze. Karmili mnie równie dobrze, ale jeszcze o wiele obficiej. Miałem własną poduszkę i był tam także piec, a o tej porze roku jest to najmilsza rzecz na świecie. Właziłem pod piec, tak że znikałem pod nim. Często jeszcze śnię o piecu. Precz, precz!
- Czyż piec wygląda tak pięknie? - Spytał bałwan ze śniegu. - Czy jest podobny do mnie?
- Wygląd zupełnie jak twoje przeciwieństwo. Jest czarny jak węgiel, ma dłuższą szyję i mosiężną trąbę. Pożera drzewo, aż ogień bucha mu z ust. Trzeba trzymać się jego boku, tuż koło niego lub pod nim, to niezwykła przyjemność. Możesz go zobaczyć przez okno z tego miejsca, gdzie stoisz.
Bałwan ze śniegu zajrzał w okno suteryny i zobaczył rzeczywiście czarny, polerowany przedmiot z mosiężną rurą; ogień błyszczał w dole. Bałwan ze śniegu miał dziwne uczucie, z którego sam nie zdawał sobie sprawy: ogarnęło go coś takiego, czego nie znał, ale co znają wszyscy ludzie, o ile nie są bałwanami ze śniegu.
- Dlaczego "ją" opuściłeś? - Spytała bałwan. Wydawało mu się, że piec musi być istotą żeńskiego rodzaju. - Jakże mogłeś opuścić takie miejsce?
- Musiałem - odpowiedział pies. - wyrzucili mnie i przywiązali do łańcucha. Ugryzłem służącego w nogę, gdyż zabrał mi kość, którą obgryzałem, kość za kość, myślałem sobie. Ale wzięli to za złe i od tego czasu przymocowano mnie do łańcucha i straciłem mój piękny głos, posłuchaj no, jaki jestem zachrypnięty: precz, precz! Taki był koniec.
Bałwan ze śniegu nie słuchał już więcej, patrzał nieustannie w okna suteryny do gospodyni, patrzał w głąb pokoju, gdzie stał piec na swych czarnych, żelaznych nogach i był tej samej wielkości co bałwan ze śniegu. 
- Coś tak dziwnie we mnie trzeszczy - powiedział. - Czyż nigdy się tam nie dostanę? Przecież to niewinne życzenie, a nasze niewinne życzenia spełniają się zazwyczaj. Jest to moje najskrytsze życzenie. Byłoby to niesprawiedliwe, gdyby się nie ziściło. Muszę tam się dostać, muszę się do niego przytulić, nawet gdybym miał stłuc szybę w oknie.
- Nigdy tam nie wejdziesz - powiedziała pies. - A kiedy zbliżysz się do pieca, pójdziesz precz, precz. 
- I tak już prawie mnie nie ma - odrzekł bałwan. - Wdaje mi się, że się rozpadam.
Przez cały dzień bałwan stał i patrzył przez okno. W zmierzchu pokój wyglądał jeszcze bardziej zachęcająco. Z pieca rozchodził się taki miły blask, księżyc ani słońce nigdy nie potrafią tak błyszczeć jak piec, kiedy pali się ogień w jego wnętrzu.
Kiedy drzwiczki się otwierały, buchał jasny płomień, piec był do tego przyzwyczajony. Płomień oświetlał czerwonym blaskiem białą twarz bałwana, czerwień ta sięgała nawet jego piersi.
- Nie wytrzymam - powiedziała bałwan - jak mu do twarzy z tym wyciągniętym językiem.
Noc była bardzo długa, ale bałwanowi wydawała się krótka. Stał pogrążony w swych pięknych myślach, które zamarzły tak, że aż trzeszczało. 
Rankiem okna sutereny zamarzły. Ukazały się na nich najpiękniejsze kwiaty, jakie tylko bałwan ze śniegu mógł sobie wyobrazić, ale zasłoniły mu widok pieca. Szyby nie chciały odtajać i bałwan nie mógł zobaczyć "swojej ukochanej". trzeszczało i trzaskało w nim i obok niego. Był mróz wymarzony dla bałwana ze śniegu, ale on się nie cieszył - mógł być taki szczęśliwy, ale nie był szczęśliwy, tęsknił do pieca.
- Tęsknota do pieca to ciężka choroba dla bałwana - powiedział pies - i ja niegdyś cierpiałem na tę chorobę, ale przemogłem ją. Precz, precz! Teraz pogoda się zmieni.
I pogoda rzeczywiście się zmieniła. Rozpoczęła się odwilż.
Odwilż zwiększyła się, a bałwan się zmniejszył. Nie mówił nic, nie skarżył się, a to jest już zły znak.
Pewnego ranka rozpadł się. Z tego miejsca, gdzie stał, wystawało coś, co przypominała kij od miotły, chłopcy ulepili bałwana na tym kiju.
- teraz rozumiem jego tęsknotę - powiedział pies na łańcuchu. - Bałwan miał w ciele pogrzebacz; to on się w nim poruszał, teraz już to minęło. Precz, precz!
Wkrótce potem i zima również minęła.
- Precz, precz! - szczekał pies, a małe dziewczynki śpiewały na podwórzu: 


Niechajże rosną z ziemi kwiatuszki,
Pokaż nam, wierzbo, wiosenne puszki.
Wiosna nadchodzi, ptaszki, śpiewajcie,
Koniec lutego i pięknie zagrajcie,
I my wtórujmy kukułkom w chórze,
A ty, słoneczko, świećże nam w górze.

I nikt już nie myślał o bałwanie ze śniegu.  

Hans Christian Andersen:))

piątek, 6 maja 2016

Imbryk


Był sobie pewnego razu imbryk do herbaty, dumny z porcelany, z której był zrobiony, dumny ze swojej wysmukłej szyi i z dużego ucha. Miał on szyję z przodu, ucho z tyłu i o tym wciąż mówił. Nie mówił zaś nigdy o pokrywce, która była stłuczona  i sklejona, co było wielkim brakiem, a niechętnie mówi się o swych brakach, inni to przecież robią za nas. Filiżanki, garnuszek do śmietanki i cukiernica, cały serwis do herbaty - całe to towarzystwo zwracało uwagę na pęknięcie pokrywki i rozmawiali o tym więcej niż o pięknym uchu i niezwykłej szyi; imbryk do herbaty wiedział o tym dobrze.
- Znam ich - mówił sam do siebie. - Znam także dobrze moje wady i uznaję je, na tym właśnie polega pokora i skromność. Wszyscy mamy wady, ale posiadam także i zalety. Filiżanki mają uszka, cukiernic ma pokrywkę, a ja mam jedno i drugie i jeszcze w dodatku coś z przodu, czego oni nie posiadają - szyję, która sprawia, że jest królem stołu. Cukiernicy i garnuszkowi do śmietanki przypadło w udziale być służebnymi dobrego smaku, ale ja jestem tym szczodrym władcą, rozdaję błogosławieństwo łaknącej ludzkości: w moich wnętrznościach chińskie listeczki rozpuszczają się w gotowanej, pozbawionej smaku wodzie.
Wszystko to mówił imbryk, kiedy był beztroski i młody. Stał na nakrytym stole, podnosiła go w górę delikatna rączka, ale delikatna rączka okazała się niezręczna, imbryk upadł na ziemię, szyjka się stłukła, stłukło się ucho, o pokrywie nie ma co gadać, dość się już o niej mówiło. Imbryk leżał zemdlony na podłodze, wrzątek wyciekał z niego. Spotkał go ciężki los, ale najsmutniejsze było to, że śmiali się z niego, a nie z niezręcznej dłoni, która go upuściła na ziemię.
- Nigdy nie będę się mógł pozbyć tego wspomnienia - mówił imbryk później, opowiadając dzieje swojego życia. - Nazywali mnie inwalidą, postawili w kącie, a na drugi dzień podarowali kobiecie, która żebrała o łyżkę skromnej strawy. Zszedłem do rzędu nędzarzy, stałem bez użytku w kącie. Ale kiedy tak stałem, zaczęło się dla mnie lepsze życie. Jest się czymś jednym, a nagle staje się zupełnie czym innym. Napełniono mnie ziemią, ale imbryka znaczy to, to samo co pogrzeb, lecz do ziemi włożono cebulkę kwiatu, kto ją tam włożył, kto mi ją podarował - nie wiem, ale był to dla mnie dar, wynagrodzenie za chińskie listki i wrzątek, za stłuczone ucho i szyję. Cebulka leżała w ziemi, leżała we mnie, stała się moim sercem, moim żywym sercem, a przecież nigdy przedtem nie miałem takiego serca. Wstąpiło we mnie życie i siły. Puls bił, cebulka wypuściła pędy. Można było pęknąć od rozsadzających uczuć i myśli. Wyrósł z niej kwiat, patrzyłem na niego, dźwigałem go. Patrząc na jego piękno, sam zapomniałem o sobie; to prawdziwe błogosławieństwo zapomnieć przez innych o sobie. Kwiat nie dziękował mi za to, nie myślał o mnie. Podziwiali go i chwalili. Byłem taki szczęśliwy, że jemu jest dobrze. Pewnego dnia usłyszałem, jak mówiono, że kwiat zasługuje na lepszą doniczkę. Rozbito mnie na dwoje. Bolało to okropnie, ale kwiat dostał lepszą doniczkę, a mnie wyrzucono na podwórze, gdzie leżę jako stara skorupa - ale zostało mi wspomnienie, którego nikt nie może wydrzeć. 

Hans Christian Andersen:))    

czwartek, 5 maja 2016

Królowa Śniegu - opowiadanie siódme

Co się działo w pałacu Królowej Śniegu i co się później stało



Ściany pałacu były zrobione ze śnieżnej zawiei, a okna i drzwi z ostrych wiatrów. Było tam przeszło sto sal, zależnie od tego, jak zawiał śnieg. Największa sala rozciągała się na wiele mil, wszystkie oświetlało silne światło zorzy polarnej. Były wielkie, puste, lodowato zimne i błyszczące. Nie panowała tu nigdy radość, nie odbył się tu nawet ani razu bal niedźwiedzi, na którym mógł zagrać wicher i gdzie by białe niedźwiedzie mogły chodzić na tylnych nogach i popisać się swoimi dobrymi manierami. Nie było tu nigdy towarzyskich zabaw, ani otwierania paszcz i bicia łapami, białe lisice nie plotkowały tu nigdy przy herbacie. Puste, wielkie i zimne były sale Królowej Śniegu. Zorza północna świeciła się tak równomiernie, że można było według jej światła oznaczyć, kiedy znajdowała się na najwyższym punkcie, a kiedy na najniższym. Pośrodku pustej, nieskończonej, śnieżnej sali znajdowało się zamarznięte jezioro, które popękało na tysiące kawałków, ale jeden kawałek był podobny do drugiego, był to prawdziwe dzieło sztuki. Pośrodku tego jeziora siadywała Królowa Śniegu, wtedy gdy była w domu i wówczas mówiła, że siedzi zwierciadle rozsądku i że to jest jedyne, i najlepsze zwierciadło na świecie.
Kay był zupełnie siny z mrozu, ale nie spostrzegł tego wcale, gdyż Królowa Śniegu odjęła mu swym pocałunkiem wrażliwość na zimno, a jego serce stało się kawałkiem lodu. Chodził i zbierał płaskie, ostre kawałki lodu, które składał w ten sposób, aby coś z nich wyszło, zupełnie tak samo jak my, kiedy z kawałków drzewa składamy figury, co się nazywa chińską grą. Kay układał najkunsztowniejsze wzory, był to lodowa łamigłówka. W jego oczach figury te były nadzwyczajne i niezwykłej wagi, przyczyniała się do tego okruch szkła, który miał w oku. Kay składał całe figury, które tworzyły napisy, ale nie udało mu się ułożyć słowa, na którym mu właśnie zależało. Słowem ty była "Wieczność", a Królowa Śniegu oświadczyła:
- Jeżeli uda ci się ułożyć to słowo, staniesz się zupełnie niezależny, podaruję ci cały świat i na dodatek parę nowych łyżew. - Ale Kay nie mógł w żaden sposób ułożyć tego właśnie słowa.
- Teraz pomknę sobie daleko do ciepłych krajów - powiedziała Królowa Śniegu - chcę zajrzeć raz do tych czarnych garnków. - Miała na myśli góry ziejące ogniem, które się nazywają Etna i Wezuwiusz. - Pobielę je trochę. To im się należy, zresztą wyjdzie to na dobre cytryną i winogronom. - i Królowa Śniegu odfrunęła, a Kay został zupełnie sam w olbrzymiej lodowej sali, przyglądał się kawałkom lodu i myślał, myślał, aż coś w nim zatrzeszczało, siedział zupełnie sztywno i cicho, mogło się zdawać, że zamarzł.
Wtedy właśnie Gerda weszła przez wielkie wrota do pałacu. Wiały właśnie ostre wichry, ale dziewczynka odnalazła wewnętrzny spokój i wtedy wiatry ułożyły się, jakby chciały spać, a dziewczynka weszła do wielkiej, pustej, zimnej sali. Zobaczyła Kaya, poznała go, rzuciła mu się na szyję, objęła go mocno i zawołała:
- Kay, dorgi Kay! Nareszcie cię odnalazłam! 
Ale on siedział zupełnie cicho i sztywny z zimna.
Wtedy Gerda zapłakała gorącymi łzami, które spłynęły na jego pierś, dostały się aż do jego serca, roztopiły kawałki lodu i wchłonęły okruszynę szkła. Kay spojrzał na nią, a ona zaśpiewała mu pieśń:

Różyczki tak pięknie kwitną w dolinie,
Pójdę pokłonić się bożej Dziecinie.

Wtedy Kay wybuchnął płaczem i odłamek szkła wypadł mu z oka, poznał Gerdę i zawołał radośnie:
- Gerdo, kochana Gerdo! Gdzieś była tak długo? I gdzie ja byłem? - Rozejrzał się wokoło. - Jakże tu zimno. Jak pusto i rozlegle.
I przytulił się mocno do Gerdy, a ona śmiała się i płakała z radości. Było to takie piękne, że nawet kawałki lodu zaczęły tańczyć z radości, a kiedy się zmęczył i położyły, utworzyły właśnie te litery, o których mówiła Królowa Śniegu, że jeżeli Kay je ułoży, stanie się niezależnym panem, a ona podaruje mu cały świat i parę nowych łyżew.
Gerda pocałowała go w policzki, które zaróżowiły się. Całowała jego oczy, które zabłysły tak jak jej oczy, całowała jego ręce i nogi, które stały się mocne i zdrowe. Gdyby Królowa Śniegu nawet teraz wróciła, to i tak słowo wyzwalające Kaya wypisane było błyszczącymi kawałkami lodu.
A oni wzięli się za ręce i wywędrowali z wielkiego pałacu, rozmawiali o babce i o różach kwitnących wysoko na dachu. Wszędzie, gdzie przechodzili, układały się wiatry do spoczynku i ukazywało się słońce. Kiedy przyszli do krzaka z czerwonymi jagodami, stał tam ren i czekał. Obok niego stał drugi młody ren, o pełnych wymionach. dał dzieciom ciepłego mleka i ucałował je. Potem reny niosły Gerdę i Kaya najpierw do Finki, gdzie ogrzali się w ciepłej izbie i otrzymali wskazówki na drogę powrotną, potem do Laponki, która uszyła im nowe ubrania i przygotowała swoje sanki do drogi.
Oba reny skakały obok sań i dotrzymywały im towarzystwa, aż do granic kraju. Kiełkowała tam pierwsza zieleń. Wtedy pożegnali się z renami i Laponką. 
- Bądźcie zdrowi - powiedzieli wszyscy.
Pierwsze małe ptaszki zaczęły ćwierkać, drzewa miały zielone pączki i z lasu wyjechała na wspaniałym koniu, którego Gerda znała (był to jeden z koni zaprzęgniętych do złotej karety), dziewczynka w jaskrawoczerwonej czapce na głowie i z pistoletem za pasem. Była to mała rozbójniczka, której znudziło się w domu i chciała pojechać na północ, a w razie gdyby jej się tam nie spodobało, wybrałaby się w innym kierunku. Poznała od razu Gerdę i Gerda ją również poznała. Ucieszyły się bardzo.
- Ładny z ciebie nicpoń, że się tak po świecie włóczysz - powiedziała do Kaya - chciałbym wiedzieć, czy zasługujesz na to, żeby z twojego powodu pędzić na koniec świata.
Ale Gerda pogłaskała ją po twarzy i spytała o księcia i księżniczką.
- Pojechali do obcych krajów - powiedziała rozbójniczka.
- A wrona? - spytała Gerda.
- Wrona umarła - odpowiedziała dziewczynka. - Oswojona małżonka została wdową, nosi opaskę z czarnej krepy na nodze i skarży się żałośnie. Ale opowiedz lepiej, jak tobie się powiodło i jak go odnalazłaś.
Wtedy Gerda i Kay opowiedzieli wszystko.
- Tara-ra, ta-ra-ra! - zawołała mała rozbójniczka, schwyciła oboje za ręce i obiecała, że o ile kiedyś będzie przejeżdżała przez ich miasto, przyjdzie do nich w odwiedziny. Potem pojechała w daleki świat, a Kay i Gerda poszli trzymając się za ręce, a gdy tak szli, zrobiła się cudna wiosna, wszystko kwitło i zieleniało. dzwony biły i dzieci poznały wszystkie wieże i wielkie miasto. Było to miasto, w którym mieszkali Poszli przez ulice aż do drzwi babki, weszki na schody i znaleźli się w pokoju, gdzie wszystko stało na tym samym miejscu co dawniej, a zegar mówił: tik,tak! i wskazówki poruszały się, ale przechodząc przez drzwi, spostrzegli, że byli już dorosłymi ludźmi. Róże na rynnie dachu kwitły i zaglądały w otwarte okna - stały tam małe, dziecinne krzesełka. Kay i Gerda usiedli na nich i wzięli się za ręce. Zapomnieli jak o złym śnie, o zimnej, pustej wspaniałości Królowej Śniegu. Babka siedziała w jasnym blasku słońca i czytała: "A jeśli nie staniecie się jako dzieci nie osiągniecie Królestwa Bożego." 
A Kay i Gerda spojrzeli sobie w oczy i nagle zrozumieli starą pieśń:

        Różyczki tak pięknie kwitną w dolinie,
Pójdę pokłonić się bożej Dziecinie.

Siedzieli więc oboje, dorośli, a jednak jak dzieci w sercach i było lato gorące, błogosławione lato.

Hans Christian Andersen:))

poniedziałek, 2 maja 2016

Królowa Śniegu - opowiadanie szóste

Laponka i Finka 


Zatrzymali się przed małym, bardzo nędznym domkiem. Dach pochylał się aż do ziemi, a drzwi były tak niskie, że mieszkańcy musieli pełzać na czworaka chcąc wejść lub wyjść. W domu nie było nikogo prócz starej Laponki, która stojąc przy lampie tranowej, smażyła rybę. Ren opowiedział całą historię Gerdy, ale najpierw swoją własną, bo uważał, że ta jest o wiele ważniejsza, a Gerda była tak zmarznięta, że nie mogła wcale mówić.
- Ach, moi drodzy - powiedziała Laponka. - Macie jeszcze daleką drogę przed sobą. Musicie przebiec jeszcze przeszło sto mil równiną Finmarku, aż tam, gdzie rozsiadła się Królowa Śniegu i puszcza co wieczór bengalskie ognie. Napiszę parę słów na wysuszonym dorszu, nie mam papieru, a chcę napisać do Finki, tam na północy, on da wam lepsze wskazówki niż ja.
Kiedy Gerda ogrzała się, najadła i napiła, Laponka napisała na wysuszonym dorszu parę słów, kazała Gerdzie dobrze tego pilnować, przywiązała ją znowu do rena, który pędził razem z nią. "Fut, Fut!" - zabrzmiało wysoko w powietrzu. Przez całą noc płonęła najpiękniejsza niebieska zorza polarna i potem przyjechali do Finmarku, i zapukali do komina Finki, bo w chacie nie było nawet drzwi wejściowych. 
Wewnątrz był tak straszny upał, że Finka sama chodził prawie zupełnie nago. Była mała i bardzo brudna. Zaraz rozebrała Gerdę, zdjęła z niej rękawice i buciki, aby nie było jej za gorąco. Renowi położyła na głowie kawałek lodu i potem przeczytała to, co było napisane na skórze dorsza. Przeczytała trzy razy, tak że nauczyła się tego na pamięć i wrzuciła rybę do gotującej się wody w garnku, bo nadawała się do jedzenia, a ona nigdy niczego nie marnowała.
Ren opowiedział jej najpierw swoją historię, a potem dziej Gerdy, a Finka błyskała mądrymi oczami, ale nic nie mówiła.
- Jesteś taka mądra - powiedział ren. - Wiem, że potrafisz związać wszystkie wiatry świata jedną nitką. Kiedy żeglarz rozplątuje jeden węzeł, wieje przyjazny wiatr, kiedy rozplątuje drugi wieje ostry wicher, a kiedy rozwiązuje trzeci i czwarty, zrywa się taka burza, że lasy się przewracają. Czy zechciałbyś dać dziewczynce taki napój, aby zrobiła się silna jak dwunastu mężczyzn i aby zwyciężył Królową Śniegu?
- Silna jak dwunastu mężczyzn? - zapytała Finka. - Na cóż to się jej może przydać? - Potem podeszła do łóżka, wzięła dużą, zwiniętą skórę i rozwinęła ją. Były tam napisane dziwaczne litery. Finka zaczęła czytać, aż jej pot spływał z czoła.
Ale ren wstawił się tak gorąco za Gerdą, a Gerda patrzyła takimi błagalnymi, pełnymi nadziei oczami, że finka zaczęła znowu błyskać spojrzeniem, zaciągnęła rena w kąt pokoju i szepnęła coś kładąc mu na głowę świeży lód. 
- Kay jest co prawda u Królowej Śniegu, ma tam wszystko, czego tylko dusza zapragnie i jest pewien, że to najlepsze miejsce na świecie, ale dzieje się to dlatego, że ma w sercu mały odłamek szkła i okruszynkę szkła w oku. trzeba mu to wyjąć, inaczej nie stanie się nigdy na powrót prawdziwym człowiekiem i Królowa Śniegu zachowa nad nim moc.
- Ale czy nie mogłabyś dać Gerdzie czegoś takiego, żeby stała się mocniejsza od wszystkich?
- Nie mogę jej użyczyć większej mocy od tej, którą posiada. Czyż nie widzisz jaka jest potężna? Czy nie widzisz, jak jej chcą służyć ludzie i zwierzęta, jak udała jej się przejść przez świat na bosych nóżkach? Nie powinna myśleć, że to myśmy użyczyli jej tej potęgi, ona tkwi w jej sercu, pochodzi stąd, że Gerda jest dobrym, niewinnym dzieckiem. Skoro jej samej nie uda się dostać do Królowej Śniegu i uwolnić Kaya od odłamków szkła, to my jej nic nie pomożemy. O dwie mile stąd zaczyna się ogród Królowej Śniegu, tam możesz zanieść dziewczynkę. Posadź ją na śniegu koło wielkiego krzaka pełnego czerwonych jagód. Nie marudź długo, tylko pośpiesz się i wróć tu znowu. - Potem Finka uniosła Gerdę, posadziła ją na grzbiecie rena, a ren popędził, jak tylko mógł najprędzej.
- Ach, nie zabrałam moich trzewików, nie mam rękawic! - zawoła Gerda; spostrzegła to, bo było przeraźliwie zimno, ale ren nie odważył się zatrzymać, pędził, aż przebiegł do dużego krzaka z czerwonymi jagodami. Tam posadził Gerdę, pocałował ją w czoło, a wielki, jasne łzy popłynęły z oczu po policzkach zwierzęcia. Potem pobiegł z powrotem tak prędko, jak tylko mogły unieść go nogi. A Gerda stała bez trzewików i bez rękawiczek pośrodku lodowatego, zimnego pola Finmarku.
Biegła przed siebie, jak tylko mogła najszybciej. Nagle nadciągnął cały pułk śnieżnych ptaków; ale nie padały z nieba, niebo było zupełnie jasne i błyszczące od zorzy północnej. Ptaki śniegu biegły tuż przy ziemi i im bardziej się zbliżały, tym były większe. Gerda pamiętała jeszcze, jakie wielkie i kunsztowne wydawały się jej ptaki śniegu wtedy, kiedy je oglądała przez powiększające szkło, ale tu były jeszcze o wiele większe i bardziej zdumiewające. Były żywe i stanowiły przednią straż Królowej Śniegu. Miały najdziwniejsze kształty. Niektóre wyglądały jak szkaradne wielkie jeżowce, inne jak sploty wężów, wysuwających głowy, a znowu inne - jak małe grube niedźwiedzie o nastroszonej sierści. Wszystkie były oślepiająco białe, wszystkie były żywymi ptakami śniegu.
Gerda biegła dalej przed siebie, a mróz był tak wielki, że widziała swój własny oddech. Parował z jej ust jak gęsty dym. Oddech ten stawała się coraz gęstszy i ułożył się w kształt jasnych aniołów, które w miarę zbliżania się do ziemi stawały się coraz większe. Wszystkie miały na głowach hełmy, a w rękach dzidy i tarcze. Było ich coraz więcej i kiedy Gerda przystanęła na chwilę, staną na około niej cały legion; uderzył swoimi mieczami w szkaradne ptaki śniegu tak, że te rozpadały się na tysiące drobnych kawałków, a Gerda szła dalej pewnie i radośnie na przód. Aniołki gładziły jej nogi i ręce, wtedy nie czuła wcale zimna i szła prędko na przód do pałacu Królowej Śniegu.
A teraz zobaczmy, co działo się z Kayem. Nie myślał on wprawdzie o Gerdzie, a już najmniej o tym, że stała n dworze przed pałacem. 

Hans Christian Andersen:))  

czwartek, 11 lutego 2016

Królowa Śniegu - opowiadanie piąte

Mała rozbójniczka


Jechali przez ciemny las, ale kareta błyszczała jak pochodnia; kuło to rozbójników w oczy, nie mogli tego znieść. 
- Złoto, złoto! - wołali, pchali się na przód, schwycili konie za uzdy, zbili małych forysiów, stangreta i służących, i wyciągnęli Gerdę z karety.
- Jest tłusta, śliczna i karmiona orzechami - powiedziała stara rozbójniczka, która miała długą, sterczącą brodę i brwi opadające na oczy. - Jest taka smaczna jak małe, tłuste jagniątko, to dopiero będzie uczta! - I wyciągnęła nóż, który błysnął tak, że aż ciarki po ciele przeszły.
- Ach! - zawołała nagle stara; jej własna, mała, dzika i nieznośna córeczka, którą niosła na plecach, ugryzła ją w ucho. - Ty przeklęty bachorze! - zawołała matka i nie zdążyła zabić Gerdy. 
- Ona będzie się ze mną bawiła - powiedziała mała rozbójniczka. - Nie mi odda swoją mufkę i śliczną sukienkę, i niech śpi ze mą w łóżku. - I ugryzła matkę parę razy tak, że żona rozbójnika aż skoczyła do góry i zaczęła się kręcić w kółko; wszyscy rozbójnicy śmiali się i mówili: 
- Patrzcie, jak to tańczy ze swoim bachorem!
- Ja chcę siedzieć w karecie - powiedziała mała rozbójniczka. Chciała i musiała postawić na swoim, bo była rozpieszczona i uparta. Usiadła obok Gerdy w karecie i potem pojechała przez pnie i krzaki coraz głębiej w las. Mała rozbójniczka była tak duża jak Gerda, ale silniejsza, o szerszych ramionach i ciemniejszej cerze. Jej oczy był czarne i patrzyły prawie smutno. Objęła ramieniem Gerdę i powiedziała:
- Nie powinni cię zabijać, dopóki się na ciebie nie pogniewam. Jesteś pewnie księżniczką?
- Nie - odrzekła Gerda i opowiedziała jej wszystko, co przeżyła i jak bardzo kocha Kaya. 
Córeczka rozbójników patrzała na nią zupełnie poważnie, pokiwała trochę głową i odezwała się:
-  Nie powinni cię zabijać, nawet gdybym była na ciebie zła; sama to wtedy zrobię! - Otarła Gerdzie oczy i włożyła obie woje ręce do ślicznej mufki, która była bardzo ciepła i miękka. Wtem kareta się zatrzymała; znajdowali się w środku podwórza starego zbójeckiego zamku. Był on pęknięty od góry do dołu. Kruki i wrony wyfruwały z otwartych szczelin, a  wielki buldogi, które wyglądały tak, jakby miały połknąć człowieka, skakały wysoko do góry, ale nie szczekały, bo to było zabronione. 
W wielkiej, starej, zadymionej sali palił się na środku kamiennej podłogi duży ogień, dym wznosiła się aż do sufitu i musiał sobie sam szukać wyjścia. Gotował się duży kocioł z zupą, a na rożnie piekł się zające i króliki.
- Musisz przespać się w tuż obok mnie razem ze wszystkimi moimi zwierzątkami - powiedziała mała rozbójniczka.  
Dano im jeść i pić, i poszły potem w kąt, gdzie leżała słoma i koce. Wysoko na żerdziach i belkach siedziała prawie sto gołębi, które, zdawało się, że śpią, ale gdy obie dziewczynki weszły, poruszyły się trochę.
- Wszystkie są moje - powiedziała mała rozbójniczka i schwyciła prędko jednego z najbliżej siedzących gołębi. Złapała go za nogę i potrząsnęła nim tak, że zatrzepotał skrzydłami. 
- Pocałuj go! - zawołała i uderzyła Gerdę ptakiem w twarz. - Tam siedzą leśne dzikusy - mówiła dalej i pokazała szereg żelaznych prętów, wbitych wysoko w murze na otworem. - Musimy ich pilnować, to są kanalie z lasu, uciekają, gdy tylko nie są dobrze zamknięte, a tutaj stoi mój stary, kochany Ba. - I przyciągnęła za rogi rena. Naokoło szyi miał błyszczący, miedziany pierścień i był przywiązany. - Tego też musimy trzymać na uwięzi, bo inaczej uciekłby. Co wieczór łechcę go moim ostrym nożem, bo się tego bardzo boi. - I dziewczynka wyciągnęła długi nóż ze szpary w murze i przesunęła go po szyi rena. Biedne zwierzę kopała tylnymi nogami, a mała rozbójniczka śmiała się i wyciągnęła Gerdę z łóżka. 
- Czy będziesz miała nóż przy sobie w czasie snu? - spytała Gerda i spojrzała na nóż. 
- Ja zawsze śpię z nożem - powiedziała mała rozbójniczka. - Nigdy nie wiadomo, co może się przytrafić. Ale powtórz jeszcze raz to, co mi opowiadałaś o Kayu i dlaczego poszłaś w daleki świat. - I Gerda opowiedziała od początku, a dzikie gołębie w klatce gruchały, inne gołębie spały. Mała rozbójniczka objęła ramieniem Gerdę za szyję, w drugiej ręce trzymała nóż i zasnęła, tak że było słychać jej oddech. Ale Gerda nie mogła zamknąć oczu, nie wiedziała, czy będzie żyła, czy też umrze. Rozbójnicy siedzieli naokoło ognia, śpiewali i pili, a żona rozbójnika fikała koziołki. O, jakże niemiło był małej dziewczynce na to patrzeć.
Wtem gołębie leśne powiedziały:
- Gurr, grr! Widziałyśmy Kaya. Biała kura niosła saneczki, on siedział w saniach Królowej Śniegu, które uniosły się nad lasem, podczas gdy my siedziałyśmy w naszym gnieździe. Dmuchnęła na nas i prócz nas dwóch umarły wszystkie pisklęta. Grr, grr!
- Co wy tam w górze mówicie? - spytała Gerda - Dokąd pojechała Królowa Śniegu? Czy wiecie coś o tym?   
- Pewnie pojechała do Laponii, bo tam jest zawsze śnieg i lód. Spytaj rena, co stoi na postronku.
- Tam jest lód i śnieg, tam jest dobrze i pięknie - powiedział ren. - Skacze się swobodnie po wielkich, błyszczących dolinach. Królowa Śniegu ma tam swój letni namiot, ale jej stały zamek stoi wysoko nad biegunem północnym, na wyspie, która się nazywa Szpicberg.
- Ach, Kay, kochany Kay - westchnęła Gerda.
- Leż teraz spokojnie - powiedziała mała rozbójniczka - inaczej zakłuję cię nożem.
Rano opowiedziała jej Gerda wszystko, co mówiły dzikie gołębie, a mała rozbójniczka słuchała uważnie, ale potem pokręciła głową i powiedziała:
- Właśnie! Właśnie! Czy wiesz, gdzie leży Laponia? - spytała rena.
- Któż ma lepiej wiedzieć ode mnie? - powiedziało zwierze, a oczy mu zabłysły. - Tam się urodziłem i wyrosłem, tam skakałem po polach.
- Słuchaj no! - powiedziała mała rozbójniczka do Gerdy. - Widzisz, że wszyscy nasi mężczyźni już wyszli, ale matka jest jeszcze tutaj i zostanie. Później, rano, pije zawsze z dużej butelki i ucina sobie drzemkę; wtedy będę mogła coś zrobić dla ciebie. - Wskoczyła z łóżka, rzuciła się mate na szyję, stuknęła ją w brodę i powiedziała: 
- Mój najsłodszy koziołku, dzień dobry! - A matka dała jej szczutka w nos, tak że jej nos poczerwieniał i posiniała, ale to wszystko jedynie z miłości. Kiedy potem matka napiła się z dużej flaszki i ucięła sobie drzemkę, mała rozbójniczka zbliżyła się do rena i powiedziała:
- Miałbym straszną ochotę połechtać cię parę razy ostrym nożem, bo jesteś taki zabawny, ale trudno, odwiążę twój sznur i pomogę ci dostać się do Laponii, tylko nie wolno ci oszczędzać nóg. Musisz zaprowadzić tę dziewczynkę do pałacu Królowej Śniegu, gdzie jest jej towarzysz zabaw. Słyszałeś pewnie to, co ona opowiadała, bo mówiła dość głośno, a ty zawsze podsłuchujesz. 
Ren wysoko podskoczył z radości. Dziewczynka rozbójników podniosła do góry Gerdę i była na tyle przezorna, że ją mocno przywiązała, a nawet dała jej małą poduszeczkę, aby miała na czym siedzieć.
- Właśnie - powiedziała. - Masz z powrotem twoje futrzane trzewiki, bo będzie ci zimno, ale mufkę zatrzymam sobie, bo jest z ładna. Chyba nie zmarzniesz. Masz tu wielkie rękawice mojej matki, sięgają aż do łokcia. Kładź je! Twoje ręce wyglądają teraz jak ręce mojej wstrętnej matki.
A Gerda płakała z radości.
- Nie mogę znieść tego, że beczysz - powiedziała mała rozbójniczka. - Teraz właśnie powinnaś mieć zadowoloną minę. Masz tu dwa bochenki chleba i ser, nie będziesz głodna. - Wszystkie zapasy przywiązano renowi. Mała rozbójniczka otworzyła drzwi i zawołała do środka wszystkie wielkie psy, potem przecięła nożem postronek i powiedziała do rena: 
- Teraz pędź, ale uważaj na dziewczynkę.
A Gerda wyciągnęła ręce w wielkich rękawicach do małej rozbójniczki i powiedziała:
- Do widzenia! - A potem ren puścił się przez krzaki i kamienie, przez wielki las, przez błota i stepy tak prędko, jak tylko mógł. Wilki wyły, a kruki krakały>
- Fut, fut! - dźwięczało w powietrzu. Brzmiało to tak, jakby ktoś pluł czerwonym ogniem.
- To moja stara zorza północna - powiedziała ren. - Patrz, jak błyszczy. 
I potem biegł jeszcze prędzej, coraz dalej, dniem i nocą. Gerda zjadła chleb, ser także i już byli w Laponii. 

Hans Christian Andersen:))      

czwartek, 4 lutego 2016

Królowa Śniegu - opowiadanie czwarte

Książę i księżniczka


Gerda musiała znowu odpocząć. Naprzeciw miejsca gdzie siedziała, sfrunęła na śnieg duża wrona; przyglądała się dziewczynce i kręciła głową. 
- Kra, kra - powiedziała - Dź dobry! Dź dobry!
lepiej nie umiała wypowiedzieć, ale odniosła się życzliwie do dziewczynki i spytała ją, dokąd to idzie taka sama w daleki świat. Słowo "sama" Gerda zrozumiał bardzo dobrze i czuła, ile w tym się zawierało treści, opowiedziała wronie swoje całe życie, wszystko, co przeżyła i spytała, czy nie widziała Kaya. A wrona kiwnęła w zamyśleniu głową i powiedziała:
- To możliwe, to bardzo możliwe, to bardzo możliwe.
- Naprawdę? - pytała Gerda i przytulała wronę tak, że o mało jej nie udusiła.
- Spokojnie, spokojnie - powiedziała wrona. - Myślę, że to mógł być Kay. Ale na pewno zapomniał o tobie przy księżniczce.
- Czy on mieszka u księżniczki? - spytała Gerda.
- Tak, posłuchaj - powiedziała wrona. - Ale będzie mi trudno mówić twoim językiem. Czy rozumiesz wroni język? Byłoby mi łatwiej powiedzieć.
- Nie, nie uczyłam się go - powiedziała Gerda - ale babka zna ten język i język innych ptaków też. Gdybym to ja się go nauczyła.
- Nic nie szkodzi - rzekła wrona. - Opowiem, jak potrafię, ale nie będzie to dobrze opowiedziane! - I zaczęła mówić to, co wiedziała:
- W państwie, w którym teraz jesteśmy, mieszka księżniczka; jest tak niebywale mądra, że przeczytała wszystkie gazety świata, a potem zapomniała to, co przeczytała, taka jest mądra. Teraz siedzi na tronie, ale podobno to wcale nie jest takie przyjemne; więc zaczęła śpiewać taką piosenkę: "Dlaczegoż bym nie miała wyjść za mąż? Naprawdę, to dobra myśl." Tak, postanowiła wyjść za mąż, ale za takiego, który potrafiłby odpowiedzieć na zadawane mu pytania, nie takiego, co tylko stoi i wytwornie wygląda, bo to jest nudne. I księżniczka zawołała wszystkie damy dworu, a kiedy usłyszały, o co chodzi, były bardzo zadowolone. "To się nam nadzwyczajnie podoba - powiedziały - myślałyśmy o tym niedawno." Możesz mi wierzyć, że każde słowo, że każde słowo, które mówię, jest prawdą - dodała wrona. - Mam oswojoną narzeczoną, która wchodzi swobodnie do zamku i ona mi to wszystko opowiedziała!
Narzeczona była naturalnie także wroną, gdyż swój ciągnie do swego, czyli wrona do wrony.
- Tego dnia gazety wyszły z obwódką w kształci serca i z podpisem księżniczki; można w nich było przeczytać, że każdy dobrze prezentujący się młodzieniec może przyjść na zamek i rozmawiać z księżniczką, a ten, który będzie się tam zachowywał jak u siebie w domu i będzie najmądrzej mówił, zostanie mężem księżniczki.
- Tak, tak - powiedziała wrona - wszystko, co mówię, to święta prawda. Więc ludzie ciągnęli gromadnie, był tłok i ścisk, ale nikomu nie poszczęściło się ani pierwszego dnia, ani drugiego. Kiedy wszyscy razem stali na ulicy, rozmawiali swobodnie, ale gdy tylko wchodzili w bramę zamkową, tracili głowy na widok gwardii w srebrze, lokajów w złoci na schodach, wielkich oświetlonych sal; sali przed tronem, na którym siedziała księżniczka i nie umieli nic powiedzieć prócz ostatniego słowa przez nią wymówionego, a jej nie zależało przecież na tym, aby usłyszeć powtórzone własne słowa. Miało się wrażenie, że ci ludzie zażyli tabaki na czczy żołądek i zapadli w sen, dopóki nie znaleźli się znowu na ulicy, gdzie odzyskali mowę. Od bram miast aż do zamku stał długi ogon. Ja sam tam byłem, aby się im przyjrzeć - dodała wrona. - Czuli już głód i pragnienie, ale na zamku nie dostali nawet szklanki wody. Wprawdzie niektórzy mądrzejsi zabrali ze sobą zapasy, ale nie dzielili się ze swym sąsiadem; myśleli sobie: "Niech wygląda na głodomora, to wtedy księżniczka go nie weźmie!"
- A Kay? Mały Kay? - spytała Gerda. - Kiedy on przyszedł? Czy był między nimi wszystkimi?
- Miej cierpliwość! - powiedziała wrona. - Zara do niego dojdziemy. Był to trzeciego dnia, na zamek przyszedł mały chłopiec bez konia i pojazdu. Szedł wesoło, oczy błyszczały mu jak twoje, miał prześliczne długie włosy, ale był ubogo ubrany.
- To był Kay! - cieszyła się Gerda. - Ach, nareszcie go znalazłam! - I klasnęła w ręce.
- Na plecach miał mały tornister - opowiadała wrona.
- Nie, to były pewnie jego sanki - zauważyła Gerda - zniknął z sankami. 
- To możliwe - powiedziała wrona. - Tak dokładnie nie widziałem. Ale wiem od mojej oswojonej narzeczonej, że kiedy przechodził przez zamkowe wrota i zobaczył srebrną gwardię, i lokajów w złocie na schodach, zupełnie się nie zmieszał, skinął do nich głową i mówił: "Jakże to musi być nudne tak stać na schodach, lepiej wejdę do środka."
Sale błyszczały od świateł, radcy i ministrowie chodzili boso i roznosili złote półmiski; nastrój był uroczysty. Buciki tego chłopca skrzypiały okropnie, ale on nic sobie z tego nie robił.
- To na pewno był Kay - zawołała Gerda. - Wiem, że ma nowe buciki; słyszałam w pokoju babci jak skrzypiały. 
- Tak, skrzypiały porządnie - powiedziała wrona. - Chłopie z uradowaną miną poszedł wprost do księżniczki, która siedziała na perle tak wielkiej, jak kołowrotek. Wszystkie damy dworu ze swymi służebnymi i służebne służebnych, i wszyscy marszałkowie dworu ze swymi paziami i służącymi paziów, którzy mieli swoich chłopców na posyłki, wszyscy stali dookoła, a im który stał bliżej drzwi, tym dumniej wyglądał. Twarz pachołka sługi służącego zaledwie można było dostrzec, tak dumnie stał w drzwiach.
- To musiało być dostojne - powiedziała Gerda. - A jednak Kay zdobył księżniczkę?
- Gdybym nie był wroną, zdobyłbym ją również, nie bacząc na to, że jestem zaręczona. On mówił równie dobrze jak ja, kiedy mówię wronim językiem, wiem to od mojej oswojonej narzeczonej. Był swobodny i miły, i wcale nie przyszedł po to, aby starać się o jej rękę, przyszedł jedynie, aby posłuchać mądrości księżniczki; spodobała mu się i on jej spodobał się także!
- Tak, to był na pewno Kay - powiedziała Gerda. - Był taki mądry, że potrafiła rachować z pamięci i to z ułamkami. Ach, czy zaprowadzisz mnie na zamek? 
- To łatwo powiedzieć - odrzekła wrona - ale jak to zrobimy? Pomówię o tym z moją narzeczoną; na pewno nam poradzi; bo muszę ci powiedzieć, że takiej małej dziewczynki jak ty nie przepuszczą nigdy do pałacu. 
- A jednak się tam dostanę - powiedziała Gerda. - Gdy Kay usłyszy, że ja tu jestem, zaraz przyjdzie i zabierze mnie. 
- Czekaj na mnie przy sztachetkach - powiedziała wrona, kiwnęła głową i odleciała.
Dopiero kiedy nadszedł wieczór, wrona wróciła.
- Kra, kra! - powiedziała. - Dużo pozdrowień od mojej narzeczonej, a oto bułeczka dla ciebie, wziąłem ja z kuchni, tam jest dość chleba, a ty jesteś na pewno głodna. To zupełnie niemożliwe, abyś weszła do pałacu, jesteś przecież bosa; srebrna gwardia i lokaje w złocie nie pozwolą na to, ale nie płacz, jakoś wejdziemy. Moje narzeczona zna pewne tylne schody, prowadzące do sypialnych pokojów i wie, gdzie można znaleźć klucze. 
Weszli więc do ogrodu, w wielką aleję, gdzie z drzew spadały liście; kiedy w pałacu jedne za drugimi pogasły światła, wrona zaprowadziła Gerdę do tylnych drzwi, które były uchylone. 
O, jakże biło serce Gerdy z niepewności i tęsknoty. Zupełnie tak, jakby chciała zrobić coś niewłaściwego, a przecież pragnęła tylko wiedzieć, czy tu jest Kay: tak, musi tam być; myślała z takim przejęciem o jego mądrych oczach, o jego długich włosach, widziała wyraźnie jego uśmiech, kiedy siedział z nią w domu pod różami. Ucieszy się na pewno, gdy ją zobaczy i usłyszy, jaką długą drogę odbyła do niego, kiedy się dowie, jak martwili się, gdy on nie wrócił. 
O, jakie niepokoiła i cieszyła zarazem.
 Oto weszli już na schody; na szafie paliła się mała lampka; pośrodku na podłodze stała oswojona wrona, kręciła głową na wszystkie strony i patrzyła na Gerdę, która dygnęła tak, jak ją uczyła babcia. 
- Mój narzeczony opowiadał mi tyle dobrego o pani, miła panieneczko - powiedziała oswojona wrona. - Dzieje pani życia, jak to mówią, są również bardzo wzruszające. Niech pani weźmie lampę. Wtedy ja pójdę przodem. Gdy pójdziemy prosto przed siebie, to nie spotkamy nikogo.
- Wydaje mi się, że ktoś idzie tuż za nami - powiedziała Gerda. 
Rzeczywiście coś obok zaszeleściło, zupełnie jakby cienie prześlizgiwały się po ścianie, konie o rozwichrzonych grzywach i smukłych nogach, myśliwi, panowie i damy na koniach. 
- To są tylko sny - powiedziała wrona - przychodzą i zapraszają myśli księżniczki i księcia na polowanie. To dobrze, bo potem może mi się pani w łóżku lepiej przyjrzeć. Ale spodziewam się, że kiedy dojdzie do zaszczytów i godności, okaże mi pani wdzięczność. 
- To się samo przez się rozumie - wtrąciła się druga wrona. Weszli do pierwszej sypialni o ścianach z różowego atłasu w kwiaty; obok nich zaszeleściły sny, ale przeleciały tak prędko, że Gerda nie zdążyła obejrzeć tego czcigodnego towarzystwa. Jedna sala była wspanialsza od drugiej; było tam co podziwiać. Wreszcie znaleźli się w sypialni. Sufit przypominał wielką palmę, o liściach ze szkła z kosztownego szkła, a pośrodku pokoju o grubym sznurze ze złota wisiały dwa łóżka, każde wyglądało jak lilia; jedno było białe, leżała na nim księżniczka, drugie było czerwone i tak Gerda miała szukać Kaya. Uchyliła jeden czerwony płatek i zobaczyła brązową szyję. Tak, to był Kay. krzyknęła głośno jego imię, trzymając lampę tuż nad nim - sny znowu wtargnęły konno do pokoju, książę obudził się, odwrócił głowę i - to nie był Kay.
Miał tylko do niego podobny kark - był młody i piękny. Z łóżka, które wyglądało ja biała lilia, wyjrzała księżniczka i spytała, co się stało. Wtedy Gerda zapłakała i opowiedziała całą swoją historię i wszystko, co zrobiły dla niej wrony.
- Kochan dziewczynka - powiedzieli książę i księżniczka, a potem pochwalili wrony, zapewnili je, że nie gniewają się wcale, ale żeby tego częściej nie robiły. Tym razem zostanę wynagrodzone.
- Czy chcecie latać na wolności - zapytała księżniczka - czy wolicie mieć stałe miejsce jako dworskie wrony i korzystać ze wszystkich resztek z kuchni?
Obie wrony dygnęły nisko i poprosiły o stałe miejsce; myślały o starości i powiedziały:
- To dobrze, kiedy człowiek - tak powiedziały - ma pokój na stare lata.
Książę wstał z łóżka i ustąpił je Gerdzie, taki był dla niej dobry. Dziewczynka splotła swoje rączki i myślała: "I ludzie, i zwierzęta są dobrzy" - a potem zamknęła oczy i zasnęła słodko. Przyleciały znowu wszystkie sny w postaci aniołów, przyniosły małe sanki, na których siedział Kay i kiwał na nią; ale to był tylko sen i dlatego znikł, gdy tylko się obudziła.
Na drugi dzień ubrano ją od stóp do głów w jedwab i aksamit. Pozwolono jej zostać w pałacu i spędzić przyjemnie czas, ale Gerda prosiła żeby jej dali tylko wózek z koniem i parę trzewików, bo chciała znowu jechać w daleki świat odszukać Kaya.
 Dostała i buciki, i mufkę; ubrano ją ślicznie, a kiedy maiła jechać, czekała na nią przed bramą kareta z czystego złota, herb księcia i księżniczki błyszczał na drzwiach jak gwiazda, stangret, służba i forysie , gdyż byli tam także forysie; mieli złote korony na głowach. Książę i księżniczka sami pomagali jej wsiąść do karety i życzyli szczęścia. Leśna wrona, która właśnie pobrała się z oswojoną, odprowadziła Gerdę o trzy mile; siedział obok niej, bo nie nosiła jazdy tyłem do konia. Druga wrona stała we wrotach i biła skrzydłami, nie odprowadzała Gerdy, bo cierpiała na bóle głowy, od czasu kiedy miała stałe miejsce i przejadała się. Kareta wysadzana była w środku obarzankiem z cukru , a siedzenie napchane było owocami i piernikami.
- Żegnaj! Żegnaj! - wołali książę i księżniczka, a Gerda dziękowała i wołała także. Tak przeszła pierwsza mila podróży. Potem i wrona musiała się pożegnać i to było długie rozstanie. Pofrunęła na drzewo i trzepotała czarnymi skrzydłami , dopóki kareta, błyszcząca jak jasny promień słońca, nie zniknęła jej z oczu. 

Hans Christian Andersen:))

   

sobota, 24 stycznia 2015

Królowa Śniegu - opowiadanie trzecie

Kwietny ogród kobiety, która umiała czarować
 
 
Ale co się działo z małą Gerdą, gdy Kay nie wracał? Co się z nim stało? Nikt nie wiedział. Nikt nie umiał tego wyjaśnić. Chłopcy opowiedzieli tylko, że widzieli, jak przywiązywał swoje sanki do dużych, wspaniałych sań, które pojechały ulicą i wyjechały za bramę miasta. Nikt nie wiedział, gdzie Kay się podział. Popłynęło wiele łez, mała Gerda płakała gorąco i długo. Potem powiedziano, że umarł, że utonął w rzece, która przepływała tuż obok miasta. O, cóż to były za długie , ciemne, zimowe dni.
Aż wreszcie przyszła wiosna, przyszły ciepłe promienie słońce.
- Kay umarł i nie ma go - powiedziała Gerda.
- Nie wierzę temu - odrzekł słoneczny promień.
- Umarł i nie ma go - powiedziała Gerda do jaskółek.
- Nie wierzymy temu - odrzekły ptaki. I w końcu Gerda sama przestała w to wierzyć.
- Włożę moje nowe, czerwone buty - powiedziała jednego ranka. - Kay nie widział ich jeszcze, pójdę do rzeki i spytam o niego.
Był bardzo wczesny ranek. Pocałowała starą babcię, która jeszcze spała, włożyła czerwone buciki i poszła zupełnie sama za bramę miasta, aż na brzeg rzeki.  
- Czy to prawda, że zabrałaś mi mojego towarzysza zabaw? Podaruję ci moje czerwone, o ile mi go oddasz.
I wydawało jej się, że fale patrzyły na nią tak dziwnie, wtedy zdjęła swoje czerwone trzewiki i rzuciła je do rzeki, ale upadły tuż obok brzegu i fale zaniosły je z powrotem na ląd tak, jak gdyby rzeka, nie mogąc zwrócić Gerdzie Kaya, nie chciała jej zabrać tego, co lubiła. Dziewczynce zdawało się, że rzuciła trzewiki za blisko brzegu, więc weszła do łódki, która stała w sitowiu, poszła na najdalszy koniec i wrzuciła raz jeszcze trzewiki do wody, ale łódka nie była mocno przywiązana i na skutek ruchów dziewczynki zakołysała się i odbiła od brzegu. Gerda spostrzegła to i chciała szybko wysiąść, ale nie zdążyła, łódka oddalił się od brzegu i popłynęła szybko naprzód. 
Wtedy Gerda przestraszyła się trochę i zaczęła płakać, ale nikt prócz wróbli jej nie słyszał, a te nie mogły jej zanieść na ląd. Leciały tylko wzdłuż brzegu i ćwierkały tak, jakby ją chciały pocieszyć: "Oto jesteśmy!" Łódka gnała z prądem. Gerda siedziała zupełnie spokojnie w pończochach, czerwone trzewiki płynęły za nią, ale nie mogły dogonić łódki, którą prąd szybko unosił.
Na obu brzegach było ślicznie, rosły tam piękne kwiaty, stare drzewa i ciągnęły się zbocza, na których pasły się owce i kozy, ale nigdzie nie było widać człowieka.
"Może rzeka zaniesie mnie do Kaya?" - myślała Gerda i ta myśl ją pocieszała, wyprostowała się przez długie godziny patrzyła na zielony brzeg. Potem przypłynęła do dużego, wiśniowego sadu wśród, którego widać było mały domek z dziwnymi czerwonymi i niebieskimi oknami i słomianym dachem. Przed domkiem stało dwóch drewnianych żołnie, prezentujących broń przed każdym, kto przepływał obok.
Gerda zawołała do nich. Myślała, że są żywi, ale oni, rozumie się, nic nie odpowiedzieli. Podpłynęła do nich zupełni blisko, prąd rzeki zaniósł łódkę do samego brzegu.
Gerda krzyknęła jeszcze głośniej, wtedy z domu wyszła stara kobieta, opierająca się na zakrzywionym kosturze. Miała duży kapelusz, pomalowany w najpiękniejsze kwiaty.
- Drogie dziecko - powiedziała staruszka. - Jakże się dostałaś na tę dużą, bystrą rzekę, w tak daleki świat? - I potem staruszka weszła aż do wody, zaczepiła kosturem za łódkę, przyciągnęła ją do brzegu i wyniosła z niej Gerdę.
A Gerda była zadowolona, że jest znowu na lądzie, tylko, że bała się trochę tej obcej starej kobiety.
- Chodź, opowiedz mi kim jesteś i jak się tu dostałaś? - powiedziała kobieta.
I Gerda opowiedziała jej wszystko, a staruszka kręciła głową i mówiła: "Hm! Hm!" A kiedy Gerda skończyła opowiadać i spytała ją, czy nie widziała Kaya, kobieta odparła, że nie przechodził jeszcze tędy, ale że na pewno przyjdzie. Gerda nie powinna się smucić, tylko kosztować jej wisienek i obejrzeć jej kwiaty, są piękniejsze od wszystkich książek z obrazkami, każdy z nich potrafi opowiedzieć bajkę. Wzięła Gerdę za rękę i poszły do małego domku i staruszka zamknęła drzwi. Okna były wysoko w górze, a szyby miały czerwone, niebieskie i żółte. Światło dzienne przeświecało przez szyby tak cudownie i mieniło się wszystkimi barwami, a na stole stały najsmaczniejsze wiśnie i Gerda jadła tyle, ile chciała, bo jej było wolno. Podczas gdy jadła, staruszka czesała jej włosy złotym grzebieniem i włosy kręciły się w pierścienie, otaczając złotą aureolą małą, miłą twarzyczkę, okrągłą i świeżą jak róża.
- Już od dawna tęskniłam do takiej uroczej, małej dziewczynki - powiedziała staruszka. - Zobaczysz, jak nam będzie dobrze razem. - I podczas podczas gdy czesała włosy Gerdy, dziewczynka zapominała coraz bardziej o swoim przybranym bracie. Staruszka umiała czarować, ale nie była złą czarownicą, czarowała tylko troszeczkę, dla własnej przyjemności i bardzo chciała zatrzymać Gerdę przy sobie. Dlatego poszła do ogrodu i dotknęła kijem wszystkich różanych krzewów, nawet tych, które najpiękniej kwitły, a one zapadły się głęboko w czarną ziemię i nikt nie mógł się domyślić, że tu rosły. Staruszka bała się, że kiedy Gerda zobaczy róże, pomyśli o swojej doniczce, a wtedy przypomni sobie Kaya i ucieknie od niej.
Potem zaprowadziła Gerdę do ogrodu. Jakże tam pachniało i jak tam było pięknie. Wszystkie kwiaty, jakie tylko rosną o każdej porze roku, rozkwitały tu wspaniale. Żadna książka z obrazkami nie mogła być barwniejsza i piękniejsza. Gerda skakała z radości i bawiła się, dopóki słońce nie zaszło pomiędzy wysokimi wiśniami. Potem ułożyła się w ślicznym łóżku z czerwonymi, jedwabnymi poduszkami, haftowanymi w fiołki, zasnęła i śniła jak królowa w dniu wesela. 
Następnego dnia mogła bawić się kwiatami w ciepłych promieniach słońca. Tak przeszło wiele dni. Gerda znała każdy kwiat, ale chociaż tyle ich było, jednak wydawało jej się, że jednego brak, nie wiedziała tylko jakiego. Pewnego dnia siedziała i oglądała kapelusz staruszki z wymalowanymi kwiatami. Najpiękniejszym z nich była róża. Staruszka zapomniała usunąć ją za kapelusza, podczas gdy inne żywe róże zagrzebała w ziemi. Tak zwykle bywa, gdy się jest roztargnionym.
- Co - zawołała Gerda - czyż tu nie ma wcale róż?
I skoczyła pomiędzy grządki. Szukała, szukała, ale róży nie znalazła, więc usiadła i rozpłakała się. Jej gorące łzy upadły właśnie na to miejsce, gdzie zakopane było różane drzewko i kiedy łzy zrosiły ziemię, drzewko wystrzeliło kwitnące tak samo jak wówczas, gdy zapadło się w ziemię. Gerda objęła je, całowała róże i potem przypomniała sobie piękne róże w domu, a wraz z nimi Kaya.
- Ach, jakże się tu zasiedziałam - powiedziała dziewczynka. - Chciałam przecież szukać Kaya. Czy nie wiecie gdzie on jest? - spytała róż. - Czy myślicie, że jego ciało umarło i że już go nie ma?
- Nie umarł - odpowiedziały róże. - Byłyśmy przecież w ziemi, tam są wszystkie umarłe ciała, ale ciała Kaya nie było.
- Dziękuję wam bardzo - powiedziała mała Gerda i poszła do innych kwiatów, zajrzała w ich kielichy i spytała: - Czy nie wiecie, gdzie jest Kay?
Ale kwiaty stały sobie w słońcu i każdy z nich śnił swoją baśń lub historię. Gerda wysłuchała ich dużo, ale w żadnej z nich nie było mowy o Kayu.
Co opowiedziała płomienna lilia?
- Czy słyszysz bęben: bum, bum! Tylko dwa tony, zawsze bum, bum! Słuchaj żałobnej pieśni kobiety, słuchaj wołania kapłana. Żona Hindusa stoi w długiej, czerwonej szacie na stosie, płomienie obejmują ją i jej zmarłego męża. Ale żona Hindusa myśli o żywym tu w orszaku, o tym, którego oczy goręcej palą niż płomień, o tym, którego żar oczu bardziej dosięga jej serca niż płomienie, co wkrótce spalą jej ciało na popiół. Czyż płomień serca może umrzeć w płomieniach na stosie?
- Nie rozumiem tego wcale - powiedziała Gerda.
- To moja baśń - odrzekła płomienna lilia.
Co opowiedział powój?
 
- Nad wąską, górską ścieżką wznosi się stary zamek. Gęsty bluszcz obrasta czerwone mury, liść przy liściu oplata balkon. Stoi tam śliczna dziewczyna, wychyla się poza sztachety i patrzy na drogę. Róża, zwieszając się z gałęzi, nie jest od niej świeższa. Kwiat jabłoni, strząśnięty przez wiatr z drzewa, nie jest tak lekki jak ona. Jakże szumi jej wspaniała, jedwabna szata. Czyż on nie przyjdzie?
- Czy myślisz o Kayu? - spytała Gerda.
- Opowiadam tylko moją baśń, mój sen - odrzekł powój.
Co powiedziała mały pierwiosnek?
- Pomiędzy drzewami wisi na sznurach długa deska, to huśtawka. Dwie śliczne dziewczynki w sukienkach białych jak śnieg i długich powiewających zielonych wstążkach przy kapeluszach, siedzą i bujają się. Brat jest starszy od nich, stoi wyprostowany na huśtawce, ramię owinął sobie sznurem, aby się utrzymać, bo w jednej ręce trzyma małą miseczkę, a w drugiej małą rurkę i puszcza bańki mydlane. Huśtawka się buja. Mały czarny piesek, lekki jak mydlana bańka, podnosi się na tylne łapki i chce wejść na huśtawkę. Huśtawka wznosi, się pies upada, szczeka i złości się. Drażnią go rozpryskujące się bańki, kołysząca się deska, piana - oto moja pieśń.
- Może to jest ładne, co opowiadasz, ale mówisz to tak smutno i nie wspominasz wcale o Kayu.
Co mówią hiacynty?
- Pewnego razu były trzy siostry przezroczyste i delikatne. Jedna miała czerwoną suknię, druga niebieską, a trzecia białą. Tańczyły, trzymając się za ręce nad jeziorem przy blasku księżyca. Nie były to elfy, ale dzieci. Pachniało tak słodko i dziewczynki zniknęły w lesie - zapach stawał się coraz silniejszy - trzy trumny, w których leżały trzy piękne dziewczynki, wysunęły się z gęstwiny na brzeg jeziora. Świętojańskie robaczki krążyły, błyszcząc jak małe kołyszące się światełka. Czy te tańczące dziewczynki zasnęły? Zapach kwiatów mówi, że nie żyją. Wieczorny dzwon wydzwania im pogrzebowy śpiew.
- Strasznie mnie zasmucacie - powiedziała Gerda. - Pachniecie tak mocno, że muszę myśleć o umarłych dziewczynkach. Ach, czy naprawdę Kay nie żyje? Róże były pod ziemią i mówiły, że go tam nie ma.
- Bim, bam! - dzwoniły dzwoneczki hiacyntów. - Nie dzwonimy dla Kaya, nie znamy go przecież. Śpiewamy tylko naszą piosenkę, jedyną jaką znamy.
Gerda podeszła do kaczeńca, który świecił wśród zielonych, błyszczących liści.
- Jesteś małym, jasnym słoneczkiem - rzekła Gerda. - Powiedz mi, czy wiesz gdzie mogłabym znaleźć mego towarzysza zabaw?
A kaczeniec błyszczał tak ładnie i także patrzył na Gerdę. A potem zaśpiewał swoją pieśń, ale i ta pieśń nie była o Kayu.
- W małym podwórku pierwszego dnia wiosny świecił gorąco kochane słońce. Promienie ześlizgiwały się po białym murze sąsiedniego domu, tuż obok rosły pierwsze żółte kwiaty, połyskujące jak złoto w blasku ciepłego słońca. Stara babka siedziała na dworze w fotelu, wnuczka, śliczna dziewczynka przyszła do domu i pocałowała babkę. W jej serdecznym pocałunku było szczere złoto. Złote usta, złota dziewczynka i złota poranku godzina. Oto moja krótka baśń - powiedział kaczeniec.
- Moja stara babcia - westchnęła Gerda. - Na pewno za mną tęskni i martwi się o mnie i o Kaya. Ale wrócę wkrótce znowu do domu i przyprowadzę go ze sobą. Nie ma po co pytać kwiatów, każdy z nich zna tylko swoją własną baśń, nie dadzą mi żadnych wskazówek. - I podwiązała sukienkę, aby móc prędzej biegać; ale narcyz uderzył ją po nodze, kiedy przez niego przeskakiwała, więc zatrzymała się, spojrzała na wysmukły kwiat i spytała, pochylając się nad nim:
- Czy powiesz mi coś więcej?
Cóż powiedział narcyz?
- Widzę samego siebie. O, jakże pachnę! Wysoko w małym pokoiku na poddaszu stoi na pół ubrana mała tancerka, stoi to na jednej nodze, to na dwóch, depcze nogami cały świat i tyle, że wszystkich olśniewa. Z imbryczka do herbaty nalewa wody na gorsecik, który trzyma w ręku. Czystość jest piękną rzeczą. Biała sukienka wisi na wieszaku i ona też została ubrana w imbryczku, i wisi, schnie na dachu. Kładzie ją na siebie, szafranowym szalem otula szyję, wtedy suknia połyskuje jeszcze śnieżniejszą bielą. Noga poniesiona. Patrz, jak ona krąży na jednej nodze. Widzę samego siebie. 
- Nic mnie to nie obchodzi - powiedziała Gerda. - Po co mi to opowiadasz? - I pobiegła na koniec ogrodu.
Furtka była zamknięta, ale dziewczynka potrząsnęła zardzewiałym zamkiem, a wtedy furtka odskoczyła i Gerda pobiegła boso w daleki świat. Obejrzała się trzy razy, ale nikogo za nią nie było. W końcu nie mogła już dłużej biec i usiadła na dużym kamieniu. Kiedy się rozejrzała, zobaczyła, że lato już przeszło, była późna jesień, nie spostrzegła tego wcale tam w wielkim ogrodzie, gdzie było tyle słońca i kwiaty kwitły o wszystkich porach roku.
- Ach, jakże się zasiedziałam - powiedziała Gerda. - Przecież jest już jesień. Teraz nie wolno mi odpoczywać. - Wstała, aby pójść dalej.
O, jakże obolałe i zmęczone były jej nóżki. Naokoło było tak zimno i pusto. Podłużne wierzbowe listki pożółkły zupełnie, mgła spływała z nich kroplami wody, jeden listek za drugim opadał na ziemię, tylko tarnina była pokryta owocami to takimi kwaśnymi, że cierpły od nich usta. O, jakże szaro i ponuro było na dalekim świecie.
 
Hans Christian Andersen:))