Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

sobota, 23 grudnia 2017

Mała syrenka


Daleko w morzu woda jest tak niebieska jak płatki najpiękniejszych chabrów i tak przezroczysta jak czyste szkło, ale bardzo głęboka, tak głęboka, że żadna kotwica nie sięga tam dna; wiele wież zamkowych trzeba by postawić jedna na drugiej, by sięgnąć z dna na powierzchnię. Tam właśnie żyją mieszkańcy morza.
Nie należy jednak sądzić, że jest tam tylko nagie, białe, piaszczyste dno - nie, rosną na nim najdziwniejsze drzewa i rośliny o tak giętkich pędach i liściach, że przy najmniejszym ruchu wody poruszają się, jakby były żywe. Pomiędzy gałęziami przemykają małe i duże ryby, tak jak w powietrzu ptaki. W najgłębszym miejscu leży zamek króla mórz, jego mury są z koralu, wysokie, spiczaste okna z najczystszego bursztynu, a dach z muszli, które zamykają się i otwierają w rytm falowania wody. Wygląda to cudowanie, bo w każdej leżą lśniące perły; już choć jedna byłaby wspaniały klejnotem w królewskiej koronie.   

Mieszkający tam król mórz od wieli lat był wdowcem, dom prowadziła mu jego stara matka. Była mądrą syreną, lecz dumną ze swojego urodzenia, dlatego nosiła na ogonie dwanaście ostryg, a innym dobrze urodzonym wolno było nosić tylko sześć. Zasługiwała jednak na wiele pochwał, zwłaszcza za to, że bardzo kochała swoje małe wnuczki, morskie księżniczki. Było ich sześć, wszystkie śliczne, ale najpiękniejsza była najmłodsza. Skórę miała czystą i delikatną jak płatek róży, oczy błękitne jak najgłębsze jezioro, ale tak jak siostry nie miała stóp, jej ciało kończyło się rybim ogonem.
Całymi dniami księżniczki mogły bawić się w zamku, wielkich salach, gdzie ze ścian wyrastały żywe kwiaty. Otwierano wielkie bursztynowe okna i przypływały do nich ryby, tak jak na lądzie przez otwarte okna wlatują jaskółki. Ryby podpływały wprost do małych księżniczek, jadły im z rąk i pozwalały się głaskać. Do zamku przylegał wielki ogród z ognistoczerwonymi i granatowymi drzewami, owoce połyskiwały jak złoto, a kwiaty jak płomienie ognia, bo bez przerwy poruszały łodygami i liśćmi. Podłoże było z najdelikatniejszego piasku, tylko że błękitnego, jak płonąca siarka. na tym wszystkim kładła się przedziwna, błękitna łuna. Zdawało się, że nie jest się na dnie morza, ale wysoko w powietrzu i widzie się nad sobą, i pod sobą niebo. Kiedy woda była nieruchoma, można było dostrzec słońce; przypominało purpurowy kwiat, z którego korony wypływało całe to światło.
Każda z księżniczek miała w ogrodzie własny kawałek ziemi, który mogło uprawiać i sadzić rośliny, jakie zechce; jedna nadała swojemu kształt wieloryba, innej bardziej się podobało, by jej grządka przypominała małą syrenkę, a najmłodszej miała kształt okrągły, całkiem jak słońce i kwiaty na niej rosły tylko jak ono w czasie zachodu - czerwone. Najmłodsza księżniczka była niezwykłym dzieckiem, cichym i zamyślonym i podczas gdy pozostałe siostry ozdobiły swoje grządki z wydobytymi z wyrzuconych przez morze statków, jej poza czerwonymi kwiatami przypominającymi słońce tam, wysoko, wystarczył cudowny marmurowy posąg pięknego chłopca, wykuty w białym, czystym kamieniu, który dostał się na dno morza z zatopionego statku. Przy posągu księżniczka posadziła czerwoną płaczącą wierzbę, która rosła wspaniale i swoimi gałęziami spływała na niego z góry ku błękitnemu, piaszczystemu dnu, gdzie ich cienie zdawały się fioletowe i poruszały się tak samo jak gałęzie. Wyglądało to, jakby gałęzie drzewa i jego korzenie bawiły się w całowanie.
Największą przyjemnością dla księżniczki było słuchanie opowieści o świecie ludzi, tam, na lądzie. Babka musiała opowiadać wszystko, co wiedziała o statkach, miastach, ludziach i zwierzętach. Szczególnie cudowne wydawało się to , że na ziemi pachną kwiaty - te na dnie morza nie pachniały - i że lasy są zielone, a ryby, które widać wśród gałęzi, umieją śpiewać tak głośno i cudownie, że aż serce rośnie. Babka rybami nazywała ptaszki, bo w przeciwnym razie księżniczki by nie zrozumiały, o czym mówi, nigdy przecież nie widziały ptaka.
- Każdy z nas, gdy skończy piętnaście lat - powiedziała babka - będzie mogła wynurzyć się z morza, siedzieć w świetle księżyca na wydmach i patrzeć na przepływające wielkie statki, zobaczy lasy i miasta. 
W nadchodzącym roku jedna z sióstr miała skończyć piętnaście lat, ale pozostałe - no tak, jedna od drugiej była o rok młodsza, więc musiało minąć całych pięć lat, nim najmłodsze wypadałoby wynurzyć się z morskiego dna i zobaczyć, jak wygląda ląd. Ale obiecały opowiadać sobie, co widziały i co pierwszego dnia uznały za najpiękniejsze, bo babka nie mówiła im za dużo, a tak wiele chciały się dowiedzieć. 
Żadna nie czekała na to tak jak najmłodsza, właśnie ona, która musiała czekać najdłużej i która była tak cicha i zatopiona w myślach. Przez wiele nocy patrzyła przez otwarte okno w górę na ciemnobłękitną wodę, gdzie ryby wywijały płetwami i ogonami. Patrzyła na księżyc i gwiazdy, świeciły co prawda blado, ale przez wodę wyglądały na znacznie większe niż widziane z ziemi. Gdy przepływało pod nimi coś na kształt czarnej chmury, księżniczka widziała, że to albo wieloryb, albo statek z ludźmi na pokładzie. Na pewno nie sądzili, że stoi pod nimi śliczna syrenka i wyciąga do kilu swoje białe ręce. 
Wreszcie najstarsza księżniczka ukończyła piętnaście lat i mogła wynurzyć się na powierzchnię morza.




Gdy wróciła, opowiadała o setkach rzeczy, ale najpiękniej mówiła, było leżeć przy spokojnym morzu w świetle księżyca na piaszczystej mieliźnie i z bliska oglądać wielkie miasto, gdzie światła połyskiwały jak setki gwiazd, słyszeć muzykę, szum, odgłosy wozów i ludzi, widzieć liczne wieże zamków; za tym wszystkim najbardziej tęskniła właśnie dlatego, że nie mogła się tam dostać. 
O, jak wsłuchiwała się w to najmłodsza siostra! I odtąd, patrząc wieczorami przez otwarte okno na ciemnobłękitną wodę, myślała o wielkim mieście z całym tym szumem i hałasem, i wydawało jej się, że słyszy, jak śpiewają dla niej ptaki. 
Po roku drugiej z sióstr wolno było wynurzyć się z morza i płynąć, dokąd zechce. Wypłynęła na powierzchnię w chwili, gdy zachodziło słońce i ten widok wydał jej się najpiękniejszy. Całe niebo wyglądało jak złoto, opowiadała, a chmury, ach, ich piękna nie potrafiła opisać. Żeglowały nad nią czerwone i fiołkowe, ale znacznie szybciej od nich, jak długi, biały welon, leciało nad wodą ku słońcu stado dzikich łabędzi; i ona popłynęła w kierunku słońca, lecz zanurzyło się w wodzie i różowa poświata znikła z chmur, i z powierzchni morza. 
Po roku na powierzchnię wypłynęła trzecia siostra. Była z nich najodważniejsza, więc ruszyła w górę szerokiej rzeki, która wpadła do morza. Widziała cudowne wzgórza pokryte szpalerami winorośli, z gęstwiny lasów wyglądały zamki i zagrody, słyszała śpiew ptaków, a słońce tak pięknie przygrzewało, że musiała często zanurzać się pod wodę, by ochłodzić rozpaloną twarz. W małej zatoczce natknęła się na sporą grupkę ludzkich dzieci; biegały i pluskały się w wodzie. Chciała się z nimi pobawić, ale uciekły przerażone i zjawił się mały, czarny zwierz, był to pies, ale ona nigdy wcześnie nie widziała psa. Tak strasznie na nią szczekał, że się przestraszyła i szybko odpłynęła ku otwartemu morzu. Nigdy jednak nie zapomniała tych pięknych lasów, zielonych wzgórz i tych ślicznych dzieci, które potrafiły pływać, choć nie miały płetw.
Czwarta siostra nie była tak odważna, pozostała na środku wielkiego morza. Opowiadała, że właśnie tam jest najpiękniej. Widać wszystko wokół na wiele mil, a niebo nad głową jest jak wielki szklany kosz. Z dala widziała statki, które wyglądały jak nadmorskie mewy. Wesołe delfiny wywijały koziołki, a wielkie delfiny tryskały wodą dziurkami od nosa i wyglądało to jakby wokół były setki fontann. 
Nadeszła kolej na piątą siostrę. Jej urodziny przypadały zimą i dlatego zobaczyła rzeczy, których inne siostry za pierwszym razem nie widziały. Morze miało kolor zielony i wokół pływały wielkie, lodowe góry. Mówiła, że każda wygląda jak perła, ale były dużo większe niż zamkowe wieże, które budują ludzie, ukazywały się w najdziwniejszych postaciach i lśniły jak diamenty. Usiadła na jednej z największych. Przerażeni żeglarze starali się ominąć miejsce, gdzie siedziała, a wiatr rozwiewał jej długie włosy. Lecz przed wieczorem niebo pokryły chmury, zaczęło się błyskać i grzmieć, czarne morze uniosło wielkie bloki lodu wysoko w górę, a one jaśniały w świetle ognistych błyskawic. Na statkach zwijano żagle, zapanowało przerażenia, a księżniczka spokojnie siedziała na swojej płynącej górze lodowej o patrzyła, jak błękitne błyskawice zygzakami rażą rozświetlone morze. 
Kiedy siostry wynurzyły się z morza po raz pierwszy, każda zachwycała się tym, co była dla niej nowe i piękne, ale potem, gdy jako dorosłe mogły wypływać, ile razy chciały, stawało im się to obojętne, tęskniły za domem, a po miesiącu mówiły, że u nich na dole jest jednak najpiękniej, tak dobrze jest być u siebie w domu.
Nieraz wieczorem trzymając się za ramiona, pięć sióstr wypływało razem na powierzchnię. Miały piękne głosy, piękniejsze niż ktokolwiek z ludzi, a gdy zanosiło się na burzę i podziewały się, że będą tonąć statki, płynęły przed nimi i przecudownie śpiewały o tym, jak pięknie jest na dnie oceanu i przekonywały marynarzy, żeby nie bali się tam zejść. Ale oni nie rozumieli tych słów, myśleli, że to huk sztormu i nie widzieli tych cudowności, bo kiedy statek szedł na dno, tonęli i przybywali do zamku króla mórz już nieżywi.
Kiedy więc wieczorem siostry trzymając się pod ręce, wypływały wysoko na powierzchnię, najmłodsza, która zostawała sama, patrzyła za nimi bliska płaczu, ale syrenki nie mają łez i przez to duża bardziej cierpią. 
- Ach, żebym już miała piętnaście lat - mówiła. - Wiem, że na pewno polubię świat tam na górze i ludzi, którzy tam mieszkają.
Wreszcie skończyła piętnaście lat.
- Widzisz, odtąd będziesz już sama decydować o sobie - powiedziała jej babka, stara królowa wdowa. - Chodź, przystroję cię jak siostry. - I założyła jej na włosy wieniec z białych lilii, a każdy płatek był połówką perły i by podkreślić jej wysokie urodzenie, przyczepiła do ogona osiem dużych ostryg.
- Oj, jak boli! - Zawołała syrenka.
- Trzeba pocierpieć, żeby się pięknie prezentować - odparła babka.
Och, jak bardzo księżniczka pragnęła zrzucić z siebie całe to bogactwo, zdjąć ten ciężki wieniec. Czerwone kwiaty w jej ogrodzie zdobiły ją znacznie lepiej, ale nie śmiała nic zmienić. 
- Do widzenia! - Zawołała i wzniosła się w górę, lekka i jasna jak bąbelek powietrza.
Gdy wyłoniła się z wody, słońce właśnie zaszło, ale chmury lśniły jeszcze jak róże i złoto, a w środku tej bladoróżowej poświaty świeciła gwiazda wieczorna, jasna i piękna. Powietrze było łagodne i rześkie, a morze spokojne jak tafla lustra. Na wodzie kołysał się duży statek o trzech masztach, z postawionym tylko jednym żaglem, bo nie było śladu wiatru, a na pokładzie, na relingu i na masztach siedzieli marynarze. Grała muzyka i brzmiał śpiew, a w miarę jak się ściemniało, zapalano setki kolorowych lampionów. Syrenka podpłynęła wprost do okna kajuty i za każdym razem gdy woda unosiła ją do góry, mogła zaglądać przez czyste jak lustro szyby. W środku było mnóstwo strojnie ubranych ludzi, ale najpiękniejszy był młody książę o wielkich, czarnych oczach, nie miał chyba więcej jak szesnaście lat. Były to jego urodziny, dlatego tak świętowano. Na pokładzie tańczyli marynarze, a kiedy książę do nich wyszedł, w powietrze wystrzeliło ponad tysiąc rakiet, zrobiło się jasno jak w biały dzień, aż mała syrenka przeraziła się i zanurkowała pod wodę. Szybko jednak znów wychyliła głowę i wtedy spadło na nią jakby tysiące gwiazd. Nigdy nie widziała takich sztuczek z ogniem. Wokół wirowały wielkie słońca, na granatowym niebie wywijały wspaniałe ogniste ryby, a wszystko to odbijało się w cichym, czystym morzu. Na statku było tak jasno, że widać było każdą linkę, nie mówiąc już o ludziach. Och, jaki piękny był ten młody książę, ściskał ludziom dłonie, uśmiechał się i radował, a pośród tej pięknej nocy rozbrzmiewała muzyka. 
Zrobiło się późno, ale mała syrenka nie mogła oderwać oczu od statku i od pięknego księcia. Zgaszono kolorowe lampiony, rakiety już nie strzelały w niebo, nie rozbrzmiewały też wystrzały z armat, ale z morskiej głębiny dochodził jakiś pomruk i szum. Syrenka siedziała w wodzie i kołysała się w górę i w dół, tak że mogła zaglądać do kajuty. Lecz statek przyspieszył i jeden po drugim podniosły się żagle. Naraz spotężniały fale, nadciągnęły wielkie chmury, w oddali błysnęło. Och, nadchodziła straszliwa burza, więc marynarze zwinęli żagle. Wielki statek kołysał się, mknął po rozszalałym morzu, woda unosiła się niczym wielkie, czarne góry, które zdawało się, że runą na maszt, ale statek nurkował między wysoki fale jak łabędź i znów wynurzał się na spiętrzone wody. Małej syrence wydało się to zabawne, lecz marynarze byli innego zdania, statek trzeszczał i stękał, grube belki wyginały się przy silnych uderzeniach, którymi morze raziło burty, maszt przełamał się na pół, jakby był słomką, statek przechylił się na bok, a do środka wdarła się woda. Syrenka zrozumiała, że statek jest w niebezpieczeństwie, sama musiała uważać na belki i odłamki łodzi, dryfujące po powierzchni wody. Przez chwilę było tak ciemno, że nic nie widziała, ale gdy rozjarzyła się błyskawica, znów zrobiło się jasno i rozpoznawała wszystkich na statku. Każdy ratował się, jak mógł. syrenka rozglądała się za młodym księciem i gdy statek rozpadł się na dwoje, spostrzegła go zanurzającego się w morskie głębiny. I zaraz bardzo się ucieszyła, bo teraz książę miał przybyć do niej, na dno morza, ale przypomniała sobie, że ludzie nie mogą pod wodą żyć, i że książę może trafić do zamku jej ojca tylko umarły. Nie, on nie może umrzeć! Ruszyła więc między dryfującymi po morzu balami i belkami, zapominając, że mogą ją zmiażdżyć, nurkowała głęboko pod wodę i znów wznosiła się wysoko wraz z falami, aż wreszcie dotarła do młodego księcia, który już nie miał sił pływać w szalejącym morzu, zaczęły mu słabnąć ramiona i nogi, zamknęły się piękne oczy. Gdyby syrenka nie przypłynęła, musiałby zginąć. Trzymała jego głowę nad wodą i pozwalała falom unosić ich razem, dokąd chciały. 



Rankiem ten straszliwy sztorm minął. Ze statku nie pozostała ani jedna drzazga. Słońce wstało nad wodą czerwone i lśniące, zdawało się, że dzięki temu na policzki księcia powróciło życie, ale oczy wciąż miał zamknięte. Syrenka pocałowała jego piękne, wysokie czoło i odgarnęła mokre włosy. Przypominał marmurowy posąg z jej ogródka i znów go pocałowała. tak bardzo chciała, żeby żył!
Nagle zobaczyła przed sobą stały ląd i wysokie, błękitne góry. Na ich szczytach lśnił biały śnieg, jakby obsiadły je łabędzie. Nad brzegiem morza rósł piękny, zielony las, a przy nim stał duży budynek. W ogrodzie rosły cytrynowe i pomarańczowe drzewa, a przy bramie stały wysokie palmy.Morze wycięło tu małą zatoczkę, woda w niej była nieruchoma, ale bardzo głęboka, aż po skałę, gdzie fale naniosły delikatny biały piasek. Tutaj syrenka podpłynęła z pięknym księciem i położyła go na piasku, uważając, by głowa spoczywała wyżej, w ciepłym świetle słońca. 
Naraz w dużym, białym budynku zadzwoniły dzwony i w ogrodzie pojawiły się jakieś dziewczęta. Wtedy mała syrenka odpłynęła nieco dalej za wystające z wody wysokie kamienie, okryła głowię i piersi morską pianą, tak by nikt nie zauważył jej twarzy i stamtąd wypatrywała, kto przyjdzie do biednego księcia. 
Nie trwało długo, nim nadeszła jakaś dziewczyna. Wyglądała na bardzo przestraszoną, ale tylko przez chwilę, sprowadziła zaraz innych ludzi i syrenka zobaczyła, że książę odzyskał przytomność i do wszystkich się uśmiechał, ale nie do niej, nie wiedział przecież, że to ona go uratowała; tak bardzo się zasmuciła. A gdy go zabrano do białego domu, zanurkowała zgnębiona pod wodę i pośpieszyła do zamku ojca.
Zawsze była cicha i zamyślona, a teraz stała się jeszcze bardziej milcząca. Siostry pytały, co widziała na górze pierwszego dnia, ale ona milczała. 
Nieraz wieczorem i o poranku wynurzała się z wody tam, gdzie zostawiła księcia. Widziała, jak dojrzewały w ogrodzie owoce i jak je zbierano. Widziała, jak na wysokich górach topił się śnieg, ale księcia nie widziała i przez to wracała do domu za każdym razem coraz smutniejsza. Jedyną jej pociechą było spędzenie czasu w ogródku i obejmowanie pięknej, marmurowej rzeźby, która przypominała księcia, ale o swoje kwiat się nie troszczyła, rosły dziko, przerastały ścieżki i splatały długie pędy i liście z gałęziami drzew, aż zrobiło się tam całkiem ciemno. 
W końcu nie mogła już tego wytrzymać, zwierzyła się jednej z sióstr i wkrótce wiedziały już wszystkie, ale też nikt więcej, tylko one i kilka innych syren, które poza swoimi najbliższymi przyjaciółmi nikomu o tym nie mówiły. Jedna z nich znała księcia, widziała też uroczystości na statku i wiedziała, skąd książę pochodzi i gdzie leży jego królestwo. 
- Chodź siostrzyczko! - Zawołały pozostałe księżniczki i wziąwszy ją za ramiona, wynurzyły się długim szeregiem na powierzchnię morza tam, gdzie jak wiedziały, wznosił się zamek księcia. 


Zamek zbudowany był z jasnożółtego, połyskliwego kamienia, prowadziły do niego wielki, marmurowe schody; ostatnie stopnie schodziły wprost do morza. Nad dachem wznosiły się wspaniałe, pozłacane kopuły, a miedzy otaczającymi cały gmach kolumnami stały marmurowe posągi, które wyglądały ja żywe. Przez przezroczyste szyby wysokich okien widać było wspaniałe sale, wisiały tam jedwabne zasłony i kilimy, ściany zdobiły wielkie malowidła, na które przyjemnie było patrzeć. Na środku największe sali pluskała wielka fontanna, strumienie wody wznosiły się wysoko ku szklanej kopule, przez którą słońce świeciło na wodę i na piękne rośliny, rosnące w wielkim basenie. 
Teraz syrenka wiedziała już, gdzie mieszka książę i wiele razy przypływała tam wieczorem albo nocą. Podpływała o wiele bliżej niż ośmielały się inne syreny, aż do wąskiego kanału pod wspaniałą marmurową altaną, która rzucała na wodę długi cień. Tam siadała i patrzyła na młodego księcia, który sądził, że jest całkiem sam w świetle księżyca. 
Wiele razy widziała wieczorem, jak przy dźwiękach muzyki pływała wspaniałą łodzią, na której powiewały flagi. Wyglądała spomiędzy zielonego sitowia, a jeśli wiatr unosił jej srebrzystobiały welon i ktoś to spostrzegł, to myślał, że widzi skrzydła łabędzia.
Nieraz w nocy słyszała, jak pływający z zapalonymi światłami rybacy dobrze mówią o księciu i cieszyło ją, że uratowała mu życie, kiedy półżywy dryfował wraz z falami. Rozmyślała o tym, jak pewnie jego głowa spoczywała na jej piersi i jak gorąco go całowała; nic o tym nie wiedział, nawet nie mógł jej sobie wyobrazić.
Coraz bardziej i bardziej lubiła ludzi, coraz bardziej i bardziej pragnęła móc się wśród nich znaleźć. Uważała, że ich świat jest znacznie większy od jej świata, potrafi przecież pływać statkami po morzu, wchodzić na wysokie góry hen ponad chmurami, a ich krainy z polami i lasami rozciągały się dalej niż sięgał wzrok. Tak dużo chciała wiedzieć, lecz siostry nie znały na wszystko odpowiedzi, pytała więc starą babkę, bo on dobrze znała świat tam, na lądzie, który bardzo słusznie nazywała krainą nad morzem.
- Jeśli człowiek nie utonie - pytała syrenka - to czy może żyć wiecznie, czy umiera, jak my tu, w morzu?
- Tak - powiedziała babka. - Ludzie też muszą umierać, a ich życie jest nawet krótsze niż nasze. My możemy dożyć trzystu lat, ale kiedy nas już tu nie ma, stajemy się morską pianą. Nie mamy nieśmiertelnej duszy, nie otrzymamy drugiego życia, jesteśmy jak to zielone sitowie, raz ścięte, już nie może się zazielenić. A ludzie mają duszę, która żyje wiecznie, nawet kiedy ciało zamienia się w proch. Dusza unosi się w powietrzu do nieba, w górę do tych świecących gwiazd; tak jak my wznosimy się z głębiny i oglądamy ludzkie krainy, tak oni wznoszą się do nieznanych, cudownych miejsc, których my nigdy nie poznamy.
- Dlaczego nie mamy nieśmiertelnej duszy? - Spytała ze smutkiem syrenka. - Oddałabym te setki lat mojego życia, żeby choć jeden dzień być człowiekiem, a potem dostać się do nieba.
- Nie myśl o tym - powiedziała babka. - My mamy o wiele lepsze i szczęśliwsze życie niż ludzie na lądzie. 
- Więc mam umrzeć i pływać jako morska piana, nie słysząc muzyki fal, nie widząc pięknych kwiatów i czerwonego słońca! Nic nie mogę zrobić, żeby zobaczyć nieśmiertelną duszę?
- Nie - odparła babka. - Chyba żeby jakiś człowiek pokochał cię tak, że znaczyła być dla niego więcej niż ojciec i matka, gdyby był z tobą wszystkimi myślami i całą swoją miłością i gdyby połączył swoją dłoń z twoją dłonią i tu i na wieczność wyznał miłość. Wtedy jego dusza spłynęła by na twoje ciało i dostąpiłabyś szczęścia ludzi. Dałby ci duszę, a swoją by zatrzymał. Ale to się nie stanie. To, co jest najpiękniejsze tu , na dnie morza, twój rybi ogon, tam na górze uważają za szpetne, po prostu się na tym nie znają. Żeby tam być pięknym, trzeba mieć dwie klockowate podpory, które nazywają nogami!
- Ciesz się - powiedziała babka. - Przez trzysta lat, jakie mamy do przeżycia, bawimy się i tańczymy; jakkolwiek by patrzeć, to dużo czasu, a potem tym milej będzie odpocząć po śmierci. Dziś wieczorem będzie bal!
I rzeczywiście, takich wspaniałości nie widuje się na lądzie. Ściany i sufity w wielkiej sali balowej były z grubego, ale przezroczystego szkła. Wzdłuż ścian stała w szeregach kilkaset ogromnych muszli, różowych i koloru trawiastej zieleni, i płonął w nich błękitny ogień, oświetlający całą salę i świecący przez ściany, tak że aż morze na zewnątrz było rzęsiście oświetlone. Wdać było mnóstwo dużych i małych ryb podpływających do szklanych ścian; łuska jednych lśniła purpurową czerwienią, inne wydawały się pokryte złotem i srebrem. Środkiem sali balowej płynął szeroki, perlący się strumień i w nim właśnie tańczyły syreny i wodniki, akompaniując sobie pięknym śpiewem. Tak cudownych głosów nie mają ludzie na lądzie. Najpiękniej ze wszystkich śpiewała mała syrenka, a inni nagradzali ją brawami i przez chwilę czuła w sercu radość, bo wiedziała, że ma najwspanialszy głos w morzy i na ziemi. Ale wkrótce znów zaczęła myśleć o świcie tam, na górze. Nie mogła zapomnieć pięknego księcia i przestać się smucić, że nie ma jak on nieśmiertelnej duszy. Dlatego wymknęła się zamku ojca i gdy tam panowały śpiewy i zabawa, ona siedziała zasmucona w swoim ogródku. Nagle usłyszała dobiegający na dno morza sygnał rogu i pomyślała: "Pewnie płynie tam teraz ten, którego kocham bardziej niż ojca i matkę, którego nie odstępują moje myśli i w którego ręce złożyłabym chętnie moje szczęście, i moje życie. Odważyłabym się na wszystko, by zdobyć jego i nieśmiertelną duszę! Siostry tańczą w zamku ojca, a ja pójdę do marskiej wiedźmy, której tak się zawsze bałam, może ona mi coś poradzi i pomoże".
I syrenka opuściła swój ogród i popłynęła do rwących wirów, za którymi mieszkała wiedźma. 


Nigdy przedtem nie przemierzała tej drogi. Nie było tam kwiatów ani morskiej trawy, tylko nagie, szare, piaszczyste dno, które rozciągało się aż do wirów, gdzie woda kręciła się jak huczące młyńskie koło i porywała w morską głębię wszystko, co napotykała na drodze. By dostać się na treny wiedźmy, mała syrenka musiała przejść przez sam środek tego miażdżącego kłębowiska, potem przez spory kawał nie dało się płynąć inaczej, tylko przez gorące, bulgoczące moczary, które wiedźma nazywała swoim torfowiskiem. Jej dom stał z tyłu, w samym środku osobliwego lasu. Drzewa i krzewy były tu polipami, pół-zwierzętami , pół-roślinami, wyglądały jak wyrastające z ziemi stugłowe węże; ich gałęziami były długie, oślizgłe ramiona o palcach ja giętkie dżdżownice. Poruszały się całe od korzenia po czubki, owijała się ciasno wokół wszystkiego, co mogły uchwycić w morzu i nigdy już nie puszczały. Znalazłszy się tam, mała syrenka bardzo się bała, serce waliła jej ze strachu, niewiele brakowało, a byłaby zawróciła, ale pomyślała o księciu i o ludzkiej duszy, i to jej dodało odwagi. Swoje długie, falujące włosy zawinęła wokół głowy, aby nie chwyciły jej za nie polipy, ręce przycisnęła do piersi i płynąc jak ryba, ruszyła między polipy, które wyciągały za nią swoje długie gałęzie. Wdziała ja każda z nich trzyma jakąś zdobycz, setki małych odnóg obejmowały je niby mocne, żelazne obręcze. Z gałęzi polipów sterczeli w postaci białych szkieletów ludzie, którzy zginęli w morzu i tu poszli na dno. Ściskały wiosła i trumny, szkielety lądowych zwierząt i pewną syrenkę, którą schwytały i udusiły. To było dla księżniczki najgorsze.
Wreszcie dotarła do dużego, pokrytego śluzem pałacu, gdzie kłębiły się ogromne, tłuste węgorze, pokazując ohydne żółtobiałe brzuchy. Na środku placu stał dom, zbudowany z białych kości, wyrzuconych przez morze ludzi. Siedziała w nim morska wiedźma i pozwalała jeść sobie z ust ropusze, tak jak ludzie dają małym kanarkom do dziobania cukier. Ohydne, tłuste węgorze nazywała swoimi kurczakami i pozwalała im kotłować się na swoich wielkich, gąbczastych piersiach. 
- Wiem, czego chcesz - powiedziała. - Robisz głupstwo! Mimo to twoja wola się spełni, ale przyniesie ci nieszczęście, moja śliczna księżniczko. Chcesz się pozbyć rybiego ogona i zamiast niego mieć dwa słupki do chodzenia, jak ludzie, żeby młody książę się w tobie zakochał i żebyś mogła dostać jego, i nieśmiertelną duszę. - Mówiąc to, wiedźma zaśmiała się tak głośno i ohydnie, że ropuch i węgorze spadły na ziemię i tam się też kotłowały. - Przychodzisz w samą porę - oznajmiła. - Jutro, kiedy wstanie słońce, już nie mogłabym ci pomóc, dopiero za rok. Przyrządzę ci napój, popłyń z nim na ląd, nim wstanie słońce, usiądź na brzegu i wypij. Wtedy twój ogon rozdzieli się i skurczy w to, co ludzie nazywają pięknymi nogami. Ale to będzie bolało, jakby cię przeciął ostry miecz. Każdy, kto na ciebie spojrzy, powie, że jesteś najpiękniejszym ludzkim dzieckiem, jakie widział. zachowasz swój rozkołysany krok, żadna tancerka nie będzie się kołysać tak jak ty, ale przy każdym kroku będziesz miała wrażenie, że nastąpiłaś na ostry nóż i że krwawisz. Jeśli chcesz znieść te wszystkie cierpienia, to ci pomogę.  
- Chcę! - Powiedziała syrenka drżącym głosem i pomyślała o księciu. i o nieśmiertelnej duszy.
- Ale pamiętaj - dodała wiedźma - kiedy już przybierzesz ludzką postać, nie będziesz nigdy mogła znowu stać się syrenką, nigdy nie zstąpisz w morskie głębiny do sióstr, do zamku ojca. A jeśli nie zdobędziesz serca księcia, jeśli nie zapomni dla ciebie o ojcu i matce, jeśli wszystkie jego myśli nie będą przy tobie jeśli nie połączycie swoich rąk, na znak zawarcia związku, to nie dostaniesz nieśmiertelnej duszy. Pierwszego ranka po jego ślubie z inną twoje serce pęknie i staniesz się morską pianą.
- Niech tak będzie - powiedziała syrenka. 
- Ale musisz mi jeszcze zapłacić - oznajmiła wiedźma. - A żądam niemało. Masz najpiękniejszy głos z wszystkich tutaj na dnie morza. Pewnie myślisz, że potrafisz nim zaczarować księcia, ale swój głos musisz oddać mnie. Za mój drogocenny napój chcę to, co posiadasz najlepszego, bo muszę dać ci w nim własną krew, żeby był ostry jak obosieczny miecz.
- Ale co mi pozostanie, gdy mi zabierzesz głos? - Spytała syrenka.
- Piękna postać, rozkołysany chód i twoje wymowne oczy, na pewno będziesz nimi mogła oczarować ludzkie serce. No, straciłaś odwagę? Wysuń języczek, to wydobędę twój głos i dostaniesz mój czarodziejski napój.
- Niech tak będzie - powiedziała syrenka, a wiedźma nastawiła kocioł, żeby ugotować napój.
- Czystość przede wszystkim - powiedziała, wycierając kocioł wodorostami, które zwinęła w węzeł. Potem zadrapała się w pierś i nakapał do kotła swojej czarnej krwi. Para przybierała najróżniejsze postaci niemiłych dla oka. Co chwilę wiedźma dokładała do kotła coś nowego, a gdy już dobrze bulgotało, to brzmiało to jak płacz krokodyla. Wreszcie napój był gotowy, wyglądał jak najczystsza woda.
- Masz - powiedziała wiedźma i zabrała syrence głos; odtąd syrenka nie mogła już ani śpiewać, ani mówić.
- Gdyby chciały cię porwać polipy, gdy będziesz wracać przez mój las - powiedziała wiedźma - pryśnij je jedną kroplą mojego napoju, a ich ramiona i macki rozpadną się na tysiąc kawałków. - Ale syrenka nie musiała tego robić, polipy odsuwały się od niej przerażone, widząc napój, który w jej ręku lśnił jak magiczna gwiazda. W ten sposób przedostała się szybko przez las, przez moczary i przez huczący wir. 
Zobaczyła zamek ojca. Ognie w sali balowej były ugaszone, wszyscy już pewnie spali, ale nie odważyła się nikogo szukać, teraz, kiedy była niema i na zawsze miała ich opuścić. Smutek rozdzierał jej serce. Wślizgnęła się do ogrodu, wzięła po jednym kwiecie z grządek sióstr i wysyłając tysiące całusów w kierunku zamku, wzbiła się w górę granatowej wody. 
Słońce jeszcze nie wzeszło, kiedy zobaczyła zamek księcia i wspięła się na wspaniałe, marmurowe schody. Księżyc świecił jasno. Syrenka wypiła palący napój i poczuła, jakby obosieczny miecz przeciął jej piękne ciało, zemdlała i padła jak nieżywa. Obudziła się, gdy daleko nad morzem zaświeciło słońce. Czuła piekący ból, ale nad nią stał piękny książę. przywarł do niej swoimi jak czarnymi jak węgiel oczami, aż ona opuściła swoje i spostrzegła, że rybi ogon znikł i że ma najpiękniejsze białe nogi, jakie może mieć dziewczyna, ale była całkiem naga, więc otuliła się swoimi bujnymi, długimi włosami. Książę zapytał, kim jest i jak się tu dostała, a ona patrzyła na niego swymi ciemnoniebieskimi oczami łagodnie, ale ze smutkiem, nie potrafiła przecież mówić. Wtedy wziął ją za rękę i zaprowadził do zamku. Tak, jak przepowiedziała wiedźma, każdy krok był jak chodzenie po ostrych nożach i po spiczastych szydłach. Znosiła to jednak chętnie, trzymana przez księcia za rękę stąpała lekko jak powietrzna bańka; jego i wszystkich innych zadziwiał jej wdzięczny i rozkołysany chód. 
Dostała kosztowne suknie z jedwabiu i muślinu. Na zamku była najpiękniejsza, ale była niema, nie mogła śpiewać ani mówić. Dla księcia i jego rodziców śpiewały urocze niewolnice, ubrane w złoto i jedwabie. Jedna z nich śpiewała piękniej od innych; książę zaklaskał w dłonie i uśmiechnął się do niej. Wtedy syrenka posmutniała, wiedziała, że dawniej śpiewała dużo piękniej. "Och, gdyby tylko wiedział, że na zawsze oddałam swój głos, żeby móc być przy nim" - pomyślała. 
Pewnego razu razu król i królowa posłali swego syna wraz ze świtą do sąsiedniego królestwa, aby poznał córkę tamtejszego króla  poślubił ją. Syrenka także wybrała się wraz z królewiczem w podróż. Wiedziała przecież, co czuje jej ukochany i kogo tak naprawdę kocha. Jednak po przyjeździe na miejsce zdarzyło się coś całkiem niezwykłego. Okazało się, że córką króla jest ta cudowna dziewczyna, która odnalazła królewicza, kiedy ten nieprzytomny leżała na brzegu. 
Młodzi zakochali się w sobie i ku uciesze rodziców postanowili się pobrać. Ach, jak wielki był smutek przepięknej syrenki! jak bardzo chciał być na miejscu tej, która odebrała jej królewicza! Zazdrościła jej uczuć księcia, zazdrościła tego, że ich dusze będą żyły wiecznie połączone nierozerwalnym węzłem miłości. 
Wieczorem, kiedy po uroczystym ślubie i weselnych szaleństwach młodzi poszli już spać, syrena poszła na plażę i przysiadła na burcie łodzi, czekając na pierwsze promienie słońca, które miały przemienić ją w pianę morską. 
Nagle z wody wynurzyły się siostry. pokazały jej nóż i rzekły, że otrzymały go od czarownicy.
- Jeśli tej nocy zanurzysz w jego sercu ten nóż, przemienisz się na powrót w syrenę i powrócisz wraz z nami do morskich głębin.
- Nie mogę tego uczynić! - pomyślała syrenka i przecząco pokręciła głową.
- Wolisz więc stracić swoje drogie życie? - spytała jedna z sióstr. Nie uzyskała jednak odpowiedzi.
Syrenka udała się do komnaty, w której spali nowożeńcy. Pochyliła się nad królewiczem, a kiedy spostrzegła jego spokojne oblicze i przypomniała sobie wszystkie wspólnie spędzone chwile, wypuściła nóż z ręki i wyszła z królewskie sypialni.
Nie mogła tego zrobić - zabić ukochanego, którego jedyną winą było to, że ośmielił się pokochać inną. Zresztą i tak za chwilę zakończy swe marne życie...
poczuła na sobie gorące promienie słońca, ale czuła, że żyje! Co prawda, było to dziwne, gdyż unosiła się w przestworzach i oglądała z góry świat, ludzi, rośliny i zwierzęta. Wtedy gdzieś z wyżyn odezwała się do niej głos:
- My jesteśmy córami przestworzy i mamy nieśmiertelne dusze. Dzieci morza nigdy nie będą nieśmiertelne, jednak ty stałaś się jedną z nas i zyskałaś życie wieczne, ponieważ zasłużyłaś sobie na to swoją dobrocią. Staramy się służyć ludziom i nieść  im odpoczynek oraz ulgę w trudnych chwilach. Teraz zmierzamy do krainy, w której szerzy się straszliwa zaraza, aby udręczonym i chorym przynieść świeże powietrze i ochładzający wiatr. Leć wraz z nami, nasza siostrzyczko! Jesteś nieśmiertelna!
Syrenka raz jeszcze spojrzała na królewicza, który wraz ze swoją małżonką stał przy burcie, patrzył w morską dal i szukała wzrokiem swojej ulubionej przyjaciółki, po czym odleciała z córami przestworzy, aby nieść dobro i radość tym, którzy tego potrzebują.

Hans Christian Andersen:)     

      

piątek, 20 października 2017

Dzwon


Wieczorem, kiedy zachodziło słońce, a w górze między kominami lśniły jak złoto chmury, w wąskich uliczkach wielkiego miasta co rusz to ktoś słyszał dziwny głos, niby brzmienie kościelnego dzwonu, ale tylko przez chwilę, bo turkotały wozy i ludzie krzyczeli, a to wszystko zagłusza.
- Dzwoni wieczorny dzwon. Zachodzi słońce - mówili ludzie.
Ci, którzy wychodzili za miasto, gdzie daleko jeden od drugiego stały domy otoczone ogrodami i poletkami, oglądali wieczorne niebo jeszcze wspanialsze i dużo lepiej słyszeli brzmienie dzwonu, jakby jego dźwięk dochodził z kościoła z głębi cichego, pachnącego lasu; patrzyli w tym kierunku i ogarniał ich uroczysty nastrój. 
Minęło dużo czasu, ludzie często mówili jeden do drugiego:
- Czy w lesie jest jakiś kościół? Ten dzwon ma taki dziwny, cudowny dźwięk, może byśmy tam poszli i obejrzeli go z bliska? - I bogaci jechali, a biedni szli pieszo, ale droga tak bardzo im się dłużyła, że gdy już minęli wiele rosnących na skraju lasy wierzb, siadali, spoglądali w górę na rozłożyste gałęzie i uznawali, że są już na łonie natury. Przyszedł też z miast cukiernik, rozbił swój namiot i powiesił tuż na nim dzwonek i to pomysłowy, żeby mu nie zaszkodził deszcz, ale w dzwonku brakowało serca. A kiedy ludzie wrócili do domu, mówili, że było nadzwyczaj romantycznie, a to znaczy, że podobało im się o wiele bardziej niż na herbatkach u znajomych. Trzy osoby zapewniały, że były aż hen, gdzie las się kończy i przez cały czas słyszał ten dziwny dzwon, ale tam zdawało im się, że dźwięk dochodzi z miasta. 
Jeden z nich napisał o tym nawet piosenkę, powiedział, że dzwon brzmi jak głos matki mówiącej do kochanego, mądrego dziecka. Nie było piękniejszej melodii od brzmienia dzwonu.
Zainteresował się tym również cesarz tego kraju i obiecał, że ten, komu uda się odkryć, skąd dochodzi głos, otrzyma tytuł Dzwonnika Świata i to nawet jeśli dzwonnikiem nie jest.
Teraz wielu ludzi chodziło do lasu, bo taki tytuł oznaczał porządny kawałek chleba, ale tylko jeden wrócił do domu z jakimś wyjaśnieniem, nikt nie zapuścił się głęboko i on także nie. Powiedział tylko, że dźwięki pochodzą od wielkiej sowy, która siedzi w zmurszałym drzewie. 



To taka sowa mądrości, w zapamiętaniu waląca głową w drzewo, ale czy dźwięk pochodzi z jej głowy, czy ze zmurszałego pnia, tego nie mógł jeszcze jednoznacznie stwierdzić. I został zatrudniony jak Dzwonnik Świata i co rok pisał małą rozprawkę na temat sowy; ale nic nowego to nie wniosło.


Nadszedł dzień konfirmacji, pastor wygłosił piękne i głębokie kazanie, konfirmanci byli bardzo wzruszeni. Był to dla nich ważny dzień, z dzieci stawali się nagle dorosłymi ludźmi, dziecięca dusza miała teraz zamieszkać w bardziej rozumnej osobie. Była piękna, słoneczna pogoda, konfirmanci poszli za miasto, a z lasu dochodził przedziwnie mocny głos tajemniczego dzwonu. Od razu nabrali wielkiej ochoty, by tam pójść i to wszyscy z wyjątkiem trojga. Jedna dziewczyna poszła do domu przymierzyć balową suknię, bo właśnie sukienka i bal były przyczyną, dla której przystąpiła do konfirmacji właśnie teraz - w przeciwnym razie zrobiłaby to kiedy indziej. Druga osoba to ubogi chłopak, który pożyczył ubranie i buty od syna dozorcy i musiał je oddać o określonej godzinie. Trzeci powiedział, że nigdy nie chodzi w nieznane miejsca bez rodziców, zawsze jest posłusznym dzieckiem i takim chce pozostać nawet po konfirmacji i nie ma się z czego śmiać - ale i tak się z niego śmiali.
Więc trójka nie poszła, a pozostali wyruszyli. Słońce świeciło, ptaki śpiewały, a dzieci trzymając się za ręce, śpiewały razem z nimi, bo przecież nie miały jeszcze stanowisk. 
Wkrótce dwoje najmniejszych zmęczyło się i zawróciło do miasta, a dwie dziewczyny usiadły na trawie, by pleść wianki i one też nie poszły dalej, a gdy pozostali dotarli do wierzb, gdzie stał namiot cukiernika powiedzieli:
- No wiecie i doszliśmy, ten dzwon w gruncie rzeczy nie istnieje, ludzie to sobie tylko wmawiają.
W tej samej chwili w lesie zabrzmiała dźwięk dzwonu, o, jak słodko, jak uroczyście; czworo czy pięcioro dzieci postanowiło wejść trochę głębiej w las. Był tak gęsty, tak pełen listowia, naprawdę trudno było się w nim poruszać, wonne marzanki i zawilce rosły aż za wysoko, kwitnące powoje i jeżyny zwisały długimi girlandami pośród drzew, śpiewał słowik, igrały promienie słońca; och jakie piękne; nie była to jedna droga dla dziewcząt, podarłby sukienki. Były i kamienne głazy, porośnięte mchem w różnych odcinkach, a z ziemi wypływała świeża źródlana woda, wydając dziwny dźwięk: gul, gul, gul!
- To chyba nie dzwon - powiedział jeden chłopak i położył się na ziemi nasłuchując. - Trzeba to gruntownie zbadać! - I został, a pozostali ruszyli dalej.
Doszli do szałasu z gałęzi i z kory, nad którym pochylała się wielka, dzika jabłoń, jakby chciała strząsnąć całe swoje bogactwo na dach, na którym kwitły róże; ich długie pędy okrywały szczyty dachu, z którego zwisał mały dzwonek. Czyżby to jego dźwięk było słychać? Tak, z tym zgadzali się wszyscy chłopcy z wyjątkiem jednego. Powiedział on, że dzwonek jest za mały i zbyt delikatny, by jego głos dobiegał aż  tam, gdzie oni go słyszeli, i że to całkiem inne tony tak przemawiają do ludzkich serc. Chłopak, który to mówił był synem króla, więc pozostali orzekli:
- Taki jak on zawsze wie lepiej!
I zostawili go samego, a w miarę jak szedł, jego pierś coraz bardziej wypełniało uczucie samotności, tak dojmujące w lesie. Jeszcze słyszał dźwięk dzwonka, który tak się podobał reszcie, a od czasu do czasu, gdy wiatr przyniósł zapach od cukiernika, dobiegł go dźwięk śpiewów przy herbacie. Jedna głębokie uderzenia dzwonka brzmiały mocniej, jakby oprócz niego brzmiały jeszcze organy. Dźwięk dochodził z lewej strony, tej, po której jest serce. 
Nagle coś zaszeleściło w krzakach i przed królewskim synem stanął chłopak w drewniakach bluzie o tak krótkich rękawach, że, że łatwo było dostrzec jakie ma długie nadgarstki. Znali się, był to właśnie ten chłopak, który nie mógł pójść ze wszystkimi, bo musiał zwrócić synowi stróża ubranie i buty. Zrobił to i przyszedł w drewniakach i w ubogim stroju sam, bo dzwon brzmiał tak mocno, tak głęboko, że musiał wyruszyć za jego głosem. 
- Chodźmy razem - powiedział syn króla. Ale ubogi chłopak był bardzo nieśmiały, obciągnął przykrótkie rękawy i powiedział, że boi się, że nie nadąży, poza tym uważał, że dzwonu trzeba szukać po prawej stronie, bo z tą stroną wiązało się wszystko, co wielkie i wspaniałe.
- No to się nie spotkamy - odparł syn króla i skinął mu głową, a chłopak wszedł w najciemniejszą, najgęstszą część lasu, gdzie kolce rwały jego nędzne ubranie i do krwi raniły mu twarz, ręce i nogi. Królewski syn też nie uniknął paru solidnych zadrapań, ale jego drogę oświetlało słońce i to jemu będziemy teraz towarzyszyć , bo był z niego dzielny kawaler.
- Muszę znaleźć ten dzwon i znajdę go - powiedział. - Choćbym miał iść na koniec świata.
Na drzewach siedziały małpy i wytrzeszczały zęby.


- Obrzućmy go czyś, obrzućmy, to królewski syn!
Ale on nieustraszenie szedł coraz głębiej i głębiej w las, gdzie rosły najprzedziwniejsze kwiaty, białe, gwiaździste lilie z krwistoczerwonymi pręcikami, błękitne jak niebo, migoczące na wietrze tulipany i jabłonie, na których rosły jabłka wypisz, wymaluj jak wielkie, lśniące, mydlane bańki. Pomyśl tylko jakie musiał być te drzewa w świetle słońca. Wokół cudnych zielonych polan, gdzie jeleń bawi się w trawie z sarną, stały wspaniałe buki i dęby, a jeśli w którymś z drzew była szczelina, to rosła w niej trawa i długie pnącza. Były też duże połacie lasu z cichymi jeziorami, po których szumiące skrzydłami białe łabędzie. Królewicz często się zatrzymywał i nasłuchiwał, przypuszczała, że dźwięk dzwonu dochodzi do niego z któregoś z tych głębokich jezior, ale w końcu zauważył, że to nie stamtąd, ale skądś jeszcze głębiej w lesie.
Wreszcie zaszło słońce, w powietrzu jarzyła się jak ogień czerwona poświata, w lesie zrobiło się cicho, bardzo cicho. Królewicz osunął się na kolana, zaśpiewał wieczorną modlitwę i powiedział:
- Nigdy nie znajdę tego, czego szukam. Już zachód słońca, zbliża się noc, ciemna noc, ale może będę mógł jeszcze raz zobaczyć okrągłe, czerwone słońce, zanim całkiem zanurzy się po drugiej stronie ziemi. Wejdę na tamte skałki, sięgają wysoko jak najwyższe drzewa. 
I chwytała się pnączy i korzeni, wspinał po mokrych kamieniach, gdzie pełzały zaskrońce, gdzie kumkały żaby. Wszedł na górę, póki jeszcze można było stamtąd zobaczyć słońce, nim całkiem zajdzie; co za wspaniałość! Przed jego oczami rozciągnęło się może, ogromne, wspaniałe morze, które przelewało ku brzegowi swoje wielkie fale, a słońce było jaki wielki, lśniący płomień tam, gdzie morze styka się z niebem. Wszystko stapiało się w rozżarzonych barwach, las śpiewał i morze śpiewało i serce królewskiego syna śpiewało razem z nimi. Cała przygoda była jedną wspaniałą wewnętrzną wędrówką. Czerwone barwy zgasły, gdy słońce znikło, ale zapłonęły miliony gwiazd, iskrzyły się miliony diamentowych lamp i królewicz wyciągnął ramiona ku niebu, morzu i lasowi - i w tej samej chwili z prawej strony pojawił się ubogi chłopak z przykrótkimi rękawami. Przyszedł w tym samym czasie, swoją własną drogą i wybiegli sobie na spotkanie, i trzymali się za ręce w wielki wymiarze natury, a nad nimi brzmiał niewidoczny dzwon przyrody. 

Hans Christian Andersen:) 



czwartek, 19 października 2017

Narzeczeni


Bąk i piłka leżały razem w szufladzie wraz z innymi zabawkami, więc bąk powiedziała do piłki:
- Może byśmy się zaręczyli, skoro i tak mieszkamy w jednej szufladzie?
Ale piłka, która była uszyta z safianu i zapatrzona w siebie jak jakaś wystrojona panienka, nie miała zamiaru na coś takiego odpowiadać. 
Nazajutrz przyszedł mały chłopiec, do którego należały zabawki i pomalował bąka na czerwono i żółto, a w środek wbił mosiężny gwóźdź; wspaniale wyglądało, kiedy bąk się kręcił.
- Proszę na mnie spojrzeć - zwrócił się do piłki. - Co pani na to? Może teraz byśmy się zaręczyli? Tak dobrze do siebie pasujemy, pani skacze, a ja tańczę; nikt nie mógłby być szczęśliwszy niż my dwoje!
- Hm, tak pan sądzi - powiedziała piłka. - Pewnie pan nie wie, że moja matka i mój ojciec byli safianowymi pantoflami, a ja mam w brzuchu korek!
- A ja jestem z mahoniu - odparł bąk. - I utoczył mnie sam sędzia, ma własną tokarkę, sprawiło mu to wielką przyjemność. 
- Hm, mam w to uwierzyć? - Powątpiewała piłka.
- Obym nigdy więcej nie dostał batem, jeśli kłamię - powiedziała bąk.
- jest pan bardzo przekonujący, ale ja mimo to nie mogę przyjąć propozycji, jestem prawie zaręczona z jaskółką. Za każdym razem, gdy wzlatuję w powietrze, wychyla się z gniazda i pyta: "Chcesz ty mnie?" - więc wreszcie powiedziała mu "Tak", a to prawie jakbym się zaręczyła. Ale przysięgam, nigdy pana nie zapomnę.



- Dużo mi z tego przyjdzie - powiedział bąk i więcej już ze sobą nie rozmawiali.
Nazajutrz piłkę wyjęto z szuflady. Bąk patrzył, jak wysoko wzlatuje w powietrze, niczym ptak, a potem całkiem znika z oczu; za każdy razem jednak wracała, ale dotknąwszy ziemi, znowu wskakiwała wysoko w górę - może z tęsknoty, a może dlatego, że w brzuchu miała korek. Za dziewiątym razem znikła i już nie wróciła; chłopiec szukał i szukał, ale nie było jej i już.
- Wiem, gdzie ona jest - westchnął bąk. - W gnieździe jaskółki. Wyszła za mąż.
Im więcej o tym myślał, tym mocniej był w piłce zakochany; jego miłość rosła właśnie dlatego, że nie mógł jej mieć; nie rozumiał jak wziąć innego. I tańczył dokoła i furczał, ale wciąż myślał o piłce, a ona stawała się w jego myślach coraz piękniejsza. Tak minęło wiele lat i zrobiła się z tego stara miłość.
Bąk nie był już młody, lecz pewnego dnia pozłocono go całego, caluteńkiego; nigdy nie wyglądał tak pięknie. Był teraz złotym bąkiem i kręcił się, że aż furczało. Tak, to było coś! Aż nagle podskoczył za wysoko i już go nie było!
Szukano go i szukano, nawet w piwnicy, ale nie można go było znaleźć. 
Co się z nim stało? 
Wpadł do kubła na śmieci, w którym leżały różności, śmieci, kapuściane głąby i żwirowy osad, który spływa z rynny.
- Ale trafiłem! Zaraz zejdzie ze mnie złocenie! A w ogóle wśród  jakiej ja hołoty wylądowałem! - I spojrzał na długi kapuściany głąb, za mocno oskrobany i na coś dziwnego, i okrągłego, co wyglądało jak stare jabłko. Ale to nie było jabłko, tylko stara piłka, która wiele lat przeleżała w rynnie nasiąknięta wodą.
- Dzięki Bogu, trafił tu też ktoś mojego stanu, z kim można porozmawiać - powiedziała piłka i przyjrzała się złoconemu bąkowi. - Tak naprawdę to jestem zrobiona z safianu, uszyły mnie kobiece ręce i mam w brzuchu korek, ale tego nikt nie widzi. Miałam właśnie wyjść za pewną jaskółkę, lecz wpadłam do rynny, leżałam tam pięć lat i nasiąknęłam wodą. To długo dla panienki, może mi pan wierzyć.
Ale bąk nic nie powiedział, myślał o swojej dawnej ukochanej, a im dłużej słuchał, tym bardziej nabierał pewności, że to ona.
Wtedy nadeszła służąca, żeby opróżnić kubeł.
- Patrzcie no, złoty bąk! - Zawołała.
I bąk trafił z powrotem do pokoju, gdzie przyjęto go z szacunkiem i honorami. A o piłce nikt nawet nie wspomniał i bąk już więcej nie mówił o swojej starej miłości; miłość mija, jeśli ukochana przez pięć lat leży w rynnie i nasiąka wodą, i nie można jej poznać, gdy się ją spotka w kuble na śmieci.

Hans Christian Andersen:))



poniedziałek, 20 marca 2017

Bałwan ze śniegu


- Taki mróz rozkoszny, że aż coś we mnie trzeszczy - powiedziała bałwan ze śniegu. - Wiatr potrafi tchnąć życie, ale jakże rozżarzone jest "to" w górze, jak wytrzeszcza swoje gały. - Miała na myśli słońce, właśnie zachodziło. - Nie zmusi mnie do mrugania, będę mocno zaciskał moje skorupki. 
Zamiast oczu miał dwa duże, trójkątne kawałki dachówek, usta miała zrobione z kawałka starych grabi, posiadał więc i zęby.
Przyszedł na świat wśród radosnych okrzyków dzieci, powitany brzęczeniem dzwonków sanek i klaskaniem.
Słońce zaszło, wzeszedł księżyc w pełni, okrągły i wielki, jasny i piękny w błękitnym powietrzu.
- Znowu wyszło po drugiej stronie - powiedział bałwan ze śniegu. Był przekonany, że słońce się znów pokazało. - Odzwyczaiłem go od gapienia się. Może sobie tam wisieć i świecić, abym tylko mógł oglądać siebie samego. Gdybym tylko wiedział, jak trzeba się ruszyć z miejsca. Tak chętnie poruszałbym się. Gdybym to potrafił, zszedłbym teraz poślizgać się po lodzie, widziałem, jak to robili chłopcy, ale nie potrafię biegać.
- Precz, precz! - zaszczekał stary, podwórzowy pies na łańcuchu. Był trochę zachrypnięty. Miał chrypę od czasu, gdy przestał być pokojowym psem i już nie leżał pod piecem. - Słońce nauczy cię biegać. Widziałem, co się działo zeszłego roku z twymi poprzednikami, a dawniej z ich poprzednikami. Precz, precz! Wszyscy oni poszli sobie precz.
- Nie rozumiem cię, kolego - powiedział bałwan ze śniegu - to, co jest w górze, ma mnie nauczyć biegać? - Miał na myśli księżyc. - On sam, kiedy mu się dobrze przyjrzę, posuwa się na przód, teraz skrada się z drugiej strony.
- Nic nie wiesz - powiedział podwórzowy pies. - Dopiero niedawno cie ulepiono. To, no co teraz patrzysz, nazywa się księżycem; to, które przedtem odeszło, było słońcem, jutro rano znowu wróci, ono już cię nauczy, jak stoczyć się do rowu. Wkrótce zmieni się pogoda, czuję to po rwaniu w lewej łapie. Pogoda zmieni się.
- Nie rozumiem tego - powiedział bałwan ze śniegu - ale mam wrażenie, że mi powiedział coś nieprzyjemnego. To, co się tak na mnie gapi i potem odchodzi, to, co pies nazywa słońcem, nie jest do mnie przyjaźnie usposobione, czuję to.
- Precz, precz! - ujadał pies, okręcił się w kółko trzy razy i położył się w kółko do spania. 
Pogoda zmieniła się istotnie. Nad ranem gęsta, wilgotna mgła pokryła całą okolicę. Kiedy dniało, zawiał wiatr, wziął ostry mróz. Ale cóż to za widok ukazał się, gdzie słońce wzeszło? Wszystkie drzewa i krzaki stały w szronie. Wyglądało to jak las z białego korala, wszystkie gałęzie były jakby obsypane białym, lśniącym kwieciem. Widać było nieskończenie wiele gałęzi i gałązek, w lecie niewidocznych pod liśćmi. Była to błyszcząca biała korona. Zdawało się, że z gałęzi promienieje oślepiający blask.
Brzoza chwiała się na wietrze, pełna była życia jak drzewa w lecie. Było to niezrównanie piękne. A kiedy zaświeciło słońce, wszystko zabłysło jak pokryte diamentowym pyłem, a na śnieżnej powłoce ziemi błyskały wielkie diamenty. Można sobie było też wyobrazić płoną tam niezliczone maleńkie światełka, jeszcze bielsze od białego śniegu.
- Jakie to cudownie piękne - powiedziała młoda dziewczynka, która weszła z młodzieńcem do ogrodu. Stanęli tuż koło bałwana i stąd oglądali błyszczące drzewa. - Nawet w lecie nie można mieć piękniejszego widoku - powiedziała dziewczyna i oczy jej zaświeciły.
- A takiego jegomościa jak ten nie ma wcale w lecie - dodał młodzieniec i wskazał na bałwana. - Jest wspaniały.
Dziewczyna zaśmiała się, kiwnęła głową bałwanowi i tańczyła ze swym przyjacielem po śniegu, który skrzypiał pod nogami, jak gdyby stąpali po krochmalu. 
- Kto to byli ci dwoje? - Spytał bałwan psa. - Jesteś tu na podwórku dłużej ode mnie, czy znasz ich?
- Rozumie się, że ich znam - odpowiedział podwórzowy pies. - Ona mnie pogłaskała, a on podarował mi kość. Nie ugryzę ich. 
- Ale co oni tu robią? - Spytał bałwan.
- Zakochana para - powiedział podwórzowy pies. - Zamieszkają w jednej budzie i będą razem gryźli kości. Precz, precz! 
- Czy tych dwoje może się równać ze mną i z tobą? - Spytał bałwan ze śniegu. 
- To państwo - odrzekł pies. - Kiedy się dopiero wczoraj przyszło na świat, wie się doprawdy niewiele, widzę to po tobie. Jestem stary i doświadczony, znam tu wszystkich po obejściu, a były czasy, kiedy nie stałem tu na zimnie, przywiązany na łańcuchu. Precz, precz!
- Zimno jest rozkoszne - zauważył bałwan. - Opowiadaj, opowiadaj. Ale nie brzęcz łańcuchem , bo we mnie coś trzeszczy.
- Precz, precz! - ujadał pies. - Byłem młodym pieskiem, oni mówili, że małym i ślicznym. Wówczas leżałem w pokoju na pluszowym fotelu, spoczywałem na kolanach pani i pana, całowano mnie w pyszczek i wycierano mi łapki haftowaną chusteczką. Nazywano mnie "najpiękniejszym piesiem, piesiulkiem", ale potem stałem się dla nich za duży, podarowali mnie gospodyni. Powędrowałem do suteryny. Z miejsca gdzie stoisz, możesz tam zajrzeć, możesz zobaczyć tą komórkę gdzie traktowali mnie po pańsku; gdyż tak się do mnie odnosiła gospodyni. Było tam wprawdzie skromniej niż na górze, ale przytulniej. Dzieci nie ciągnęły mnie i nie drażniły jak tam na górze. Karmili mnie równie dobrze, ale jeszcze o wiele obficiej. Miałem własną poduszkę i był tam także piec, a o tej porze roku jest to najmilsza rzecz na świecie. Właziłem pod piec, tak że znikałem pod nim. Często jeszcze śnię o piecu. Precz, precz!
- Czyż piec wygląda tak pięknie? - Spytał bałwan ze śniegu. - Czy jest podobny do mnie?
- Wygląd zupełnie jak twoje przeciwieństwo. Jest czarny jak węgiel, ma dłuższą szyję i mosiężną trąbę. Pożera drzewo, aż ogień bucha mu z ust. Trzeba trzymać się jego boku, tuż koło niego lub pod nim, to niezwykła przyjemność. Możesz go zobaczyć przez okno z tego miejsca, gdzie stoisz.
Bałwan ze śniegu zajrzał w okno suteryny i zobaczył rzeczywiście czarny, polerowany przedmiot z mosiężną rurą; ogień błyszczał w dole. Bałwan ze śniegu miał dziwne uczucie, z którego sam nie zdawał sobie sprawy: ogarnęło go coś takiego, czego nie znał, ale co znają wszyscy ludzie, o ile nie są bałwanami ze śniegu.
- Dlaczego "ją" opuściłeś? - Spytała bałwan. Wydawało mu się, że piec musi być istotą żeńskiego rodzaju. - Jakże mogłeś opuścić takie miejsce?
- Musiałem - odpowiedział pies. - wyrzucili mnie i przywiązali do łańcucha. Ugryzłem służącego w nogę, gdyż zabrał mi kość, którą obgryzałem, kość za kość, myślałem sobie. Ale wzięli to za złe i od tego czasu przymocowano mnie do łańcucha i straciłem mój piękny głos, posłuchaj no, jaki jestem zachrypnięty: precz, precz! Taki był koniec.
Bałwan ze śniegu nie słuchał już więcej, patrzał nieustannie w okna suteryny do gospodyni, patrzał w głąb pokoju, gdzie stał piec na swych czarnych, żelaznych nogach i był tej samej wielkości co bałwan ze śniegu. 
- Coś tak dziwnie we mnie trzeszczy - powiedział. - Czyż nigdy się tam nie dostanę? Przecież to niewinne życzenie, a nasze niewinne życzenia spełniają się zazwyczaj. Jest to moje najskrytsze życzenie. Byłoby to niesprawiedliwe, gdyby się nie ziściło. Muszę tam się dostać, muszę się do niego przytulić, nawet gdybym miał stłuc szybę w oknie.
- Nigdy tam nie wejdziesz - powiedziała pies. - A kiedy zbliżysz się do pieca, pójdziesz precz, precz. 
- I tak już prawie mnie nie ma - odrzekł bałwan. - Wdaje mi się, że się rozpadam.
Przez cały dzień bałwan stał i patrzył przez okno. W zmierzchu pokój wyglądał jeszcze bardziej zachęcająco. Z pieca rozchodził się taki miły blask, księżyc ani słońce nigdy nie potrafią tak błyszczeć jak piec, kiedy pali się ogień w jego wnętrzu.
Kiedy drzwiczki się otwierały, buchał jasny płomień, piec był do tego przyzwyczajony. Płomień oświetlał czerwonym blaskiem białą twarz bałwana, czerwień ta sięgała nawet jego piersi.
- Nie wytrzymam - powiedziała bałwan - jak mu do twarzy z tym wyciągniętym językiem.
Noc była bardzo długa, ale bałwanowi wydawała się krótka. Stał pogrążony w swych pięknych myślach, które zamarzły tak, że aż trzeszczało. 
Rankiem okna sutereny zamarzły. Ukazały się na nich najpiękniejsze kwiaty, jakie tylko bałwan ze śniegu mógł sobie wyobrazić, ale zasłoniły mu widok pieca. Szyby nie chciały odtajać i bałwan nie mógł zobaczyć "swojej ukochanej". trzeszczało i trzaskało w nim i obok niego. Był mróz wymarzony dla bałwana ze śniegu, ale on się nie cieszył - mógł być taki szczęśliwy, ale nie był szczęśliwy, tęsknił do pieca.
- Tęsknota do pieca to ciężka choroba dla bałwana - powiedział pies - i ja niegdyś cierpiałem na tę chorobę, ale przemogłem ją. Precz, precz! Teraz pogoda się zmieni.
I pogoda rzeczywiście się zmieniła. Rozpoczęła się odwilż.
Odwilż zwiększyła się, a bałwan się zmniejszył. Nie mówił nic, nie skarżył się, a to jest już zły znak.
Pewnego ranka rozpadł się. Z tego miejsca, gdzie stał, wystawało coś, co przypominała kij od miotły, chłopcy ulepili bałwana na tym kiju.
- teraz rozumiem jego tęsknotę - powiedział pies na łańcuchu. - Bałwan miał w ciele pogrzebacz; to on się w nim poruszał, teraz już to minęło. Precz, precz!
Wkrótce potem i zima również minęła.
- Precz, precz! - szczekał pies, a małe dziewczynki śpiewały na podwórzu: 


Niechajże rosną z ziemi kwiatuszki,
Pokaż nam, wierzbo, wiosenne puszki.
Wiosna nadchodzi, ptaszki, śpiewajcie,
Koniec lutego i pięknie zagrajcie,
I my wtórujmy kukułkom w chórze,
A ty, słoneczko, świećże nam w górze.

I nikt już nie myślał o bałwanie ze śniegu.  

Hans Christian Andersen:))

piątek, 6 maja 2016

Imbryk


Był sobie pewnego razu imbryk do herbaty, dumny z porcelany, z której był zrobiony, dumny ze swojej wysmukłej szyi i z dużego ucha. Miał on szyję z przodu, ucho z tyłu i o tym wciąż mówił. Nie mówił zaś nigdy o pokrywce, która była stłuczona  i sklejona, co było wielkim brakiem, a niechętnie mówi się o swych brakach, inni to przecież robią za nas. Filiżanki, garnuszek do śmietanki i cukiernica, cały serwis do herbaty - całe to towarzystwo zwracało uwagę na pęknięcie pokrywki i rozmawiali o tym więcej niż o pięknym uchu i niezwykłej szyi; imbryk do herbaty wiedział o tym dobrze.
- Znam ich - mówił sam do siebie. - Znam także dobrze moje wady i uznaję je, na tym właśnie polega pokora i skromność. Wszyscy mamy wady, ale posiadam także i zalety. Filiżanki mają uszka, cukiernic ma pokrywkę, a ja mam jedno i drugie i jeszcze w dodatku coś z przodu, czego oni nie posiadają - szyję, która sprawia, że jest królem stołu. Cukiernicy i garnuszkowi do śmietanki przypadło w udziale być służebnymi dobrego smaku, ale ja jestem tym szczodrym władcą, rozdaję błogosławieństwo łaknącej ludzkości: w moich wnętrznościach chińskie listeczki rozpuszczają się w gotowanej, pozbawionej smaku wodzie.
Wszystko to mówił imbryk, kiedy był beztroski i młody. Stał na nakrytym stole, podnosiła go w górę delikatna rączka, ale delikatna rączka okazała się niezręczna, imbryk upadł na ziemię, szyjka się stłukła, stłukło się ucho, o pokrywie nie ma co gadać, dość się już o niej mówiło. Imbryk leżał zemdlony na podłodze, wrzątek wyciekał z niego. Spotkał go ciężki los, ale najsmutniejsze było to, że śmiali się z niego, a nie z niezręcznej dłoni, która go upuściła na ziemię.
- Nigdy nie będę się mógł pozbyć tego wspomnienia - mówił imbryk później, opowiadając dzieje swojego życia. - Nazywali mnie inwalidą, postawili w kącie, a na drugi dzień podarowali kobiecie, która żebrała o łyżkę skromnej strawy. Zszedłem do rzędu nędzarzy, stałem bez użytku w kącie. Ale kiedy tak stałem, zaczęło się dla mnie lepsze życie. Jest się czymś jednym, a nagle staje się zupełnie czym innym. Napełniono mnie ziemią, ale imbryka znaczy to, to samo co pogrzeb, lecz do ziemi włożono cebulkę kwiatu, kto ją tam włożył, kto mi ją podarował - nie wiem, ale był to dla mnie dar, wynagrodzenie za chińskie listki i wrzątek, za stłuczone ucho i szyję. Cebulka leżała w ziemi, leżała we mnie, stała się moim sercem, moim żywym sercem, a przecież nigdy przedtem nie miałem takiego serca. Wstąpiło we mnie życie i siły. Puls bił, cebulka wypuściła pędy. Można było pęknąć od rozsadzających uczuć i myśli. Wyrósł z niej kwiat, patrzyłem na niego, dźwigałem go. Patrząc na jego piękno, sam zapomniałem o sobie; to prawdziwe błogosławieństwo zapomnieć przez innych o sobie. Kwiat nie dziękował mi za to, nie myślał o mnie. Podziwiali go i chwalili. Byłem taki szczęśliwy, że jemu jest dobrze. Pewnego dnia usłyszałem, jak mówiono, że kwiat zasługuje na lepszą doniczkę. Rozbito mnie na dwoje. Bolało to okropnie, ale kwiat dostał lepszą doniczkę, a mnie wyrzucono na podwórze, gdzie leżę jako stara skorupa - ale zostało mi wspomnienie, którego nikt nie może wydrzeć. 

Hans Christian Andersen:))    

czwartek, 5 maja 2016

Królowa Śniegu - opowiadanie siódme

Co się działo w pałacu Królowej Śniegu i co się później stało



Ściany pałacu były zrobione ze śnieżnej zawiei, a okna i drzwi z ostrych wiatrów. Było tam przeszło sto sal, zależnie od tego, jak zawiał śnieg. Największa sala rozciągała się na wiele mil, wszystkie oświetlało silne światło zorzy polarnej. Były wielkie, puste, lodowato zimne i błyszczące. Nie panowała tu nigdy radość, nie odbył się tu nawet ani razu bal niedźwiedzi, na którym mógł zagrać wicher i gdzie by białe niedźwiedzie mogły chodzić na tylnych nogach i popisać się swoimi dobrymi manierami. Nie było tu nigdy towarzyskich zabaw, ani otwierania paszcz i bicia łapami, białe lisice nie plotkowały tu nigdy przy herbacie. Puste, wielkie i zimne były sale Królowej Śniegu. Zorza północna świeciła się tak równomiernie, że można było według jej światła oznaczyć, kiedy znajdowała się na najwyższym punkcie, a kiedy na najniższym. Pośrodku pustej, nieskończonej, śnieżnej sali znajdowało się zamarznięte jezioro, które popękało na tysiące kawałków, ale jeden kawałek był podobny do drugiego, był to prawdziwe dzieło sztuki. Pośrodku tego jeziora siadywała Królowa Śniegu, wtedy gdy była w domu i wówczas mówiła, że siedzi zwierciadle rozsądku i że to jest jedyne, i najlepsze zwierciadło na świecie.
Kay był zupełnie siny z mrozu, ale nie spostrzegł tego wcale, gdyż Królowa Śniegu odjęła mu swym pocałunkiem wrażliwość na zimno, a jego serce stało się kawałkiem lodu. Chodził i zbierał płaskie, ostre kawałki lodu, które składał w ten sposób, aby coś z nich wyszło, zupełnie tak samo jak my, kiedy z kawałków drzewa składamy figury, co się nazywa chińską grą. Kay układał najkunsztowniejsze wzory, był to lodowa łamigłówka. W jego oczach figury te były nadzwyczajne i niezwykłej wagi, przyczyniała się do tego okruch szkła, który miał w oku. Kay składał całe figury, które tworzyły napisy, ale nie udało mu się ułożyć słowa, na którym mu właśnie zależało. Słowem ty była "Wieczność", a Królowa Śniegu oświadczyła:
- Jeżeli uda ci się ułożyć to słowo, staniesz się zupełnie niezależny, podaruję ci cały świat i na dodatek parę nowych łyżew. - Ale Kay nie mógł w żaden sposób ułożyć tego właśnie słowa.
- Teraz pomknę sobie daleko do ciepłych krajów - powiedziała Królowa Śniegu - chcę zajrzeć raz do tych czarnych garnków. - Miała na myśli góry ziejące ogniem, które się nazywają Etna i Wezuwiusz. - Pobielę je trochę. To im się należy, zresztą wyjdzie to na dobre cytryną i winogronom. - i Królowa Śniegu odfrunęła, a Kay został zupełnie sam w olbrzymiej lodowej sali, przyglądał się kawałkom lodu i myślał, myślał, aż coś w nim zatrzeszczało, siedział zupełnie sztywno i cicho, mogło się zdawać, że zamarzł.
Wtedy właśnie Gerda weszła przez wielkie wrota do pałacu. Wiały właśnie ostre wichry, ale dziewczynka odnalazła wewnętrzny spokój i wtedy wiatry ułożyły się, jakby chciały spać, a dziewczynka weszła do wielkiej, pustej, zimnej sali. Zobaczyła Kaya, poznała go, rzuciła mu się na szyję, objęła go mocno i zawołała:
- Kay, dorgi Kay! Nareszcie cię odnalazłam! 
Ale on siedział zupełnie cicho i sztywny z zimna.
Wtedy Gerda zapłakała gorącymi łzami, które spłynęły na jego pierś, dostały się aż do jego serca, roztopiły kawałki lodu i wchłonęły okruszynę szkła. Kay spojrzał na nią, a ona zaśpiewała mu pieśń:

Różyczki tak pięknie kwitną w dolinie,
Pójdę pokłonić się bożej Dziecinie.

Wtedy Kay wybuchnął płaczem i odłamek szkła wypadł mu z oka, poznał Gerdę i zawołał radośnie:
- Gerdo, kochana Gerdo! Gdzieś była tak długo? I gdzie ja byłem? - Rozejrzał się wokoło. - Jakże tu zimno. Jak pusto i rozlegle.
I przytulił się mocno do Gerdy, a ona śmiała się i płakała z radości. Było to takie piękne, że nawet kawałki lodu zaczęły tańczyć z radości, a kiedy się zmęczył i położyły, utworzyły właśnie te litery, o których mówiła Królowa Śniegu, że jeżeli Kay je ułoży, stanie się niezależnym panem, a ona podaruje mu cały świat i parę nowych łyżew.
Gerda pocałowała go w policzki, które zaróżowiły się. Całowała jego oczy, które zabłysły tak jak jej oczy, całowała jego ręce i nogi, które stały się mocne i zdrowe. Gdyby Królowa Śniegu nawet teraz wróciła, to i tak słowo wyzwalające Kaya wypisane było błyszczącymi kawałkami lodu.
A oni wzięli się za ręce i wywędrowali z wielkiego pałacu, rozmawiali o babce i o różach kwitnących wysoko na dachu. Wszędzie, gdzie przechodzili, układały się wiatry do spoczynku i ukazywało się słońce. Kiedy przyszli do krzaka z czerwonymi jagodami, stał tam ren i czekał. Obok niego stał drugi młody ren, o pełnych wymionach. dał dzieciom ciepłego mleka i ucałował je. Potem reny niosły Gerdę i Kaya najpierw do Finki, gdzie ogrzali się w ciepłej izbie i otrzymali wskazówki na drogę powrotną, potem do Laponki, która uszyła im nowe ubrania i przygotowała swoje sanki do drogi.
Oba reny skakały obok sań i dotrzymywały im towarzystwa, aż do granic kraju. Kiełkowała tam pierwsza zieleń. Wtedy pożegnali się z renami i Laponką. 
- Bądźcie zdrowi - powiedzieli wszyscy.
Pierwsze małe ptaszki zaczęły ćwierkać, drzewa miały zielone pączki i z lasu wyjechała na wspaniałym koniu, którego Gerda znała (był to jeden z koni zaprzęgniętych do złotej karety), dziewczynka w jaskrawoczerwonej czapce na głowie i z pistoletem za pasem. Była to mała rozbójniczka, której znudziło się w domu i chciała pojechać na północ, a w razie gdyby jej się tam nie spodobało, wybrałaby się w innym kierunku. Poznała od razu Gerdę i Gerda ją również poznała. Ucieszyły się bardzo.
- Ładny z ciebie nicpoń, że się tak po świecie włóczysz - powiedziała do Kaya - chciałbym wiedzieć, czy zasługujesz na to, żeby z twojego powodu pędzić na koniec świata.
Ale Gerda pogłaskała ją po twarzy i spytała o księcia i księżniczką.
- Pojechali do obcych krajów - powiedziała rozbójniczka.
- A wrona? - spytała Gerda.
- Wrona umarła - odpowiedziała dziewczynka. - Oswojona małżonka została wdową, nosi opaskę z czarnej krepy na nodze i skarży się żałośnie. Ale opowiedz lepiej, jak tobie się powiodło i jak go odnalazłaś.
Wtedy Gerda i Kay opowiedzieli wszystko.
- Tara-ra, ta-ra-ra! - zawołała mała rozbójniczka, schwyciła oboje za ręce i obiecała, że o ile kiedyś będzie przejeżdżała przez ich miasto, przyjdzie do nich w odwiedziny. Potem pojechała w daleki świat, a Kay i Gerda poszli trzymając się za ręce, a gdy tak szli, zrobiła się cudna wiosna, wszystko kwitło i zieleniało. dzwony biły i dzieci poznały wszystkie wieże i wielkie miasto. Było to miasto, w którym mieszkali Poszli przez ulice aż do drzwi babki, weszki na schody i znaleźli się w pokoju, gdzie wszystko stało na tym samym miejscu co dawniej, a zegar mówił: tik,tak! i wskazówki poruszały się, ale przechodząc przez drzwi, spostrzegli, że byli już dorosłymi ludźmi. Róże na rynnie dachu kwitły i zaglądały w otwarte okna - stały tam małe, dziecinne krzesełka. Kay i Gerda usiedli na nich i wzięli się za ręce. Zapomnieli jak o złym śnie, o zimnej, pustej wspaniałości Królowej Śniegu. Babka siedziała w jasnym blasku słońca i czytała: "A jeśli nie staniecie się jako dzieci nie osiągniecie Królestwa Bożego." 
A Kay i Gerda spojrzeli sobie w oczy i nagle zrozumieli starą pieśń:

        Różyczki tak pięknie kwitną w dolinie,
Pójdę pokłonić się bożej Dziecinie.

Siedzieli więc oboje, dorośli, a jednak jak dzieci w sercach i było lato gorące, błogosławione lato.

Hans Christian Andersen:))