Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

piątek, 20 października 2017

Dzwon


Wieczorem, kiedy zachodziło słońce, a w górze między kominami lśniły jak złoto chmury, w wąskich uliczkach wielkiego miasta co rusz to ktoś słyszał dziwny głos, niby brzmienie kościelnego dzwonu, ale tylko przez chwilę, bo turkotały wozy i ludzie krzyczeli, a to wszystko zagłusza.
- Dzwoni wieczorny dzwon. Zachodzi słońce - mówili ludzie.
Ci, którzy wychodzili za miasto, gdzie daleko jeden od drugiego stały domy otoczone ogrodami i poletkami, oglądali wieczorne niebo jeszcze wspanialsze i dużo lepiej słyszeli brzmienie dzwonu, jakby jego dźwięk dochodził z kościoła z głębi cichego, pachnącego lasu; patrzyli w tym kierunku i ogarniał ich uroczysty nastrój. 
Minęło dużo czasu, ludzie często mówili jeden do drugiego:
- Czy w lesie jest jakiś kościół? Ten dzwon ma taki dziwny, cudowny dźwięk, może byśmy tam poszli i obejrzeli go z bliska? - I bogaci jechali, a biedni szli pieszo, ale droga tak bardzo im się dłużyła, że gdy już minęli wiele rosnących na skraju lasy wierzb, siadali, spoglądali w górę na rozłożyste gałęzie i uznawali, że są już na łonie natury. Przyszedł też z miast cukiernik, rozbił swój namiot i powiesił tuż na nim dzwonek i to pomysłowy, żeby mu nie zaszkodził deszcz, ale w dzwonku brakowało serca. A kiedy ludzie wrócili do domu, mówili, że było nadzwyczaj romantycznie, a to znaczy, że podobało im się o wiele bardziej niż na herbatkach u znajomych. Trzy osoby zapewniały, że były aż hen, gdzie las się kończy i przez cały czas słyszał ten dziwny dzwon, ale tam zdawało im się, że dźwięk dochodzi z miasta. 
Jeden z nich napisał o tym nawet piosenkę, powiedział, że dzwon brzmi jak głos matki mówiącej do kochanego, mądrego dziecka. Nie było piękniejszej melodii od brzmienia dzwonu.
Zainteresował się tym również cesarz tego kraju i obiecał, że ten, komu uda się odkryć, skąd dochodzi głos, otrzyma tytuł Dzwonnika Świata i to nawet jeśli dzwonnikiem nie jest.
Teraz wielu ludzi chodziło do lasu, bo taki tytuł oznaczał porządny kawałek chleba, ale tylko jeden wrócił do domu z jakimś wyjaśnieniem, nikt nie zapuścił się głęboko i on także nie. Powiedział tylko, że dźwięki pochodzą od wielkiej sowy, która siedzi w zmurszałym drzewie. 



To taka sowa mądrości, w zapamiętaniu waląca głową w drzewo, ale czy dźwięk pochodzi z jej głowy, czy ze zmurszałego pnia, tego nie mógł jeszcze jednoznacznie stwierdzić. I został zatrudniony jak Dzwonnik Świata i co rok pisał małą rozprawkę na temat sowy; ale nic nowego to nie wniosło.


Nadszedł dzień konfirmacji, pastor wygłosił piękne i głębokie kazanie, konfirmanci byli bardzo wzruszeni. Był to dla nich ważny dzień, z dzieci stawali się nagle dorosłymi ludźmi, dziecięca dusza miała teraz zamieszkać w bardziej rozumnej osobie. Była piękna, słoneczna pogoda, konfirmanci poszli za miasto, a z lasu dochodził przedziwnie mocny głos tajemniczego dzwonu. Od razu nabrali wielkiej ochoty, by tam pójść i to wszyscy z wyjątkiem trojga. Jedna dziewczyna poszła do domu przymierzyć balową suknię, bo właśnie sukienka i bal były przyczyną, dla której przystąpiła do konfirmacji właśnie teraz - w przeciwnym razie zrobiłaby to kiedy indziej. Druga osoba to ubogi chłopak, który pożyczył ubranie i buty od syna dozorcy i musiał je oddać o określonej godzinie. Trzeci powiedział, że nigdy nie chodzi w nieznane miejsca bez rodziców, zawsze jest posłusznym dzieckiem i takim chce pozostać nawet po konfirmacji i nie ma się z czego śmiać - ale i tak się z niego śmiali.
Więc trójka nie poszła, a pozostali wyruszyli. Słońce świeciło, ptaki śpiewały, a dzieci trzymając się za ręce, śpiewały razem z nimi, bo przecież nie miały jeszcze stanowisk. 
Wkrótce dwoje najmniejszych zmęczyło się i zawróciło do miasta, a dwie dziewczyny usiadły na trawie, by pleść wianki i one też nie poszły dalej, a gdy pozostali dotarli do wierzb, gdzie stał namiot cukiernika powiedzieli:
- No wiecie i doszliśmy, ten dzwon w gruncie rzeczy nie istnieje, ludzie to sobie tylko wmawiają.
W tej samej chwili w lesie zabrzmiała dźwięk dzwonu, o, jak słodko, jak uroczyście; czworo czy pięcioro dzieci postanowiło wejść trochę głębiej w las. Był tak gęsty, tak pełen listowia, naprawdę trudno było się w nim poruszać, wonne marzanki i zawilce rosły aż za wysoko, kwitnące powoje i jeżyny zwisały długimi girlandami pośród drzew, śpiewał słowik, igrały promienie słońca; och jakie piękne; nie była to jedna droga dla dziewcząt, podarłby sukienki. Były i kamienne głazy, porośnięte mchem w różnych odcinkach, a z ziemi wypływała świeża źródlana woda, wydając dziwny dźwięk: gul, gul, gul!
- To chyba nie dzwon - powiedział jeden chłopak i położył się na ziemi nasłuchując. - Trzeba to gruntownie zbadać! - I został, a pozostali ruszyli dalej.
Doszli do szałasu z gałęzi i z kory, nad którym pochylała się wielka, dzika jabłoń, jakby chciała strząsnąć całe swoje bogactwo na dach, na którym kwitły róże; ich długie pędy okrywały szczyty dachu, z którego zwisał mały dzwonek. Czyżby to jego dźwięk było słychać? Tak, z tym zgadzali się wszyscy chłopcy z wyjątkiem jednego. Powiedział on, że dzwonek jest za mały i zbyt delikatny, by jego głos dobiegał aż  tam, gdzie oni go słyszeli, i że to całkiem inne tony tak przemawiają do ludzkich serc. Chłopak, który to mówił był synem króla, więc pozostali orzekli:
- Taki jak on zawsze wie lepiej!
I zostawili go samego, a w miarę jak szedł, jego pierś coraz bardziej wypełniało uczucie samotności, tak dojmujące w lesie. Jeszcze słyszał dźwięk dzwonka, który tak się podobał reszcie, a od czasu do czasu, gdy wiatr przyniósł zapach od cukiernika, dobiegł go dźwięk śpiewów przy herbacie. Jedna głębokie uderzenia dzwonka brzmiały mocniej, jakby oprócz niego brzmiały jeszcze organy. Dźwięk dochodził z lewej strony, tej, po której jest serce. 
Nagle coś zaszeleściło w krzakach i przed królewskim synem stanął chłopak w drewniakach bluzie o tak krótkich rękawach, że, że łatwo było dostrzec jakie ma długie nadgarstki. Znali się, był to właśnie ten chłopak, który nie mógł pójść ze wszystkimi, bo musiał zwrócić synowi stróża ubranie i buty. Zrobił to i przyszedł w drewniakach i w ubogim stroju sam, bo dzwon brzmiał tak mocno, tak głęboko, że musiał wyruszyć za jego głosem. 
- Chodźmy razem - powiedział syn króla. Ale ubogi chłopak był bardzo nieśmiały, obciągnął przykrótkie rękawy i powiedział, że boi się, że nie nadąży, poza tym uważał, że dzwonu trzeba szukać po prawej stronie, bo z tą stroną wiązało się wszystko, co wielkie i wspaniałe.
- No to się nie spotkamy - odparł syn króla i skinął mu głową, a chłopak wszedł w najciemniejszą, najgęstszą część lasu, gdzie kolce rwały jego nędzne ubranie i do krwi raniły mu twarz, ręce i nogi. Królewski syn też nie uniknął paru solidnych zadrapań, ale jego drogę oświetlało słońce i to jemu będziemy teraz towarzyszyć , bo był z niego dzielny kawaler.
- Muszę znaleźć ten dzwon i znajdę go - powiedział. - Choćbym miał iść na koniec świata.
Na drzewach siedziały małpy i wytrzeszczały zęby.


- Obrzućmy go czyś, obrzućmy, to królewski syn!
Ale on nieustraszenie szedł coraz głębiej i głębiej w las, gdzie rosły najprzedziwniejsze kwiaty, białe, gwiaździste lilie z krwistoczerwonymi pręcikami, błękitne jak niebo, migoczące na wietrze tulipany i jabłonie, na których rosły jabłka wypisz, wymaluj jak wielkie, lśniące, mydlane bańki. Pomyśl tylko jakie musiał być te drzewa w świetle słońca. Wokół cudnych zielonych polan, gdzie jeleń bawi się w trawie z sarną, stały wspaniałe buki i dęby, a jeśli w którymś z drzew była szczelina, to rosła w niej trawa i długie pnącza. Były też duże połacie lasu z cichymi jeziorami, po których szumiące skrzydłami białe łabędzie. Królewicz często się zatrzymywał i nasłuchiwał, przypuszczała, że dźwięk dzwonu dochodzi do niego z któregoś z tych głębokich jezior, ale w końcu zauważył, że to nie stamtąd, ale skądś jeszcze głębiej w lesie.
Wreszcie zaszło słońce, w powietrzu jarzyła się jak ogień czerwona poświata, w lesie zrobiło się cicho, bardzo cicho. Królewicz osunął się na kolana, zaśpiewał wieczorną modlitwę i powiedział:
- Nigdy nie znajdę tego, czego szukam. Już zachód słońca, zbliża się noc, ciemna noc, ale może będę mógł jeszcze raz zobaczyć okrągłe, czerwone słońce, zanim całkiem zanurzy się po drugiej stronie ziemi. Wejdę na tamte skałki, sięgają wysoko jak najwyższe drzewa. 
I chwytała się pnączy i korzeni, wspinał po mokrych kamieniach, gdzie pełzały zaskrońce, gdzie kumkały żaby. Wszedł na górę, póki jeszcze można było stamtąd zobaczyć słońce, nim całkiem zajdzie; co za wspaniałość! Przed jego oczami rozciągnęło się może, ogromne, wspaniałe morze, które przelewało ku brzegowi swoje wielkie fale, a słońce było jaki wielki, lśniący płomień tam, gdzie morze styka się z niebem. Wszystko stapiało się w rozżarzonych barwach, las śpiewał i morze śpiewało i serce królewskiego syna śpiewało razem z nimi. Cała przygoda była jedną wspaniałą wewnętrzną wędrówką. Czerwone barwy zgasły, gdy słońce znikło, ale zapłonęły miliony gwiazd, iskrzyły się miliony diamentowych lamp i królewicz wyciągnął ramiona ku niebu, morzu i lasowi - i w tej samej chwili z prawej strony pojawił się ubogi chłopak z przykrótkimi rękawami. Przyszedł w tym samym czasie, swoją własną drogą i wybiegli sobie na spotkanie, i trzymali się za ręce w wielki wymiarze natury, a nad nimi brzmiał niewidoczny dzwon przyrody. 

Hans Christian Andersen:) 



czwartek, 19 października 2017

Narzeczeni


Bąk i piłka leżały razem w szufladzie wraz z innymi zabawkami, więc bąk powiedziała do piłki:
- Może byśmy się zaręczyli, skoro i tak mieszkamy w jednej szufladzie?
Ale piłka, która była uszyta z safianu i zapatrzona w siebie jak jakaś wystrojona panienka, nie miała zamiaru na coś takiego odpowiadać. 
Nazajutrz przyszedł mały chłopiec, do którego należały zabawki i pomalował bąka na czerwono i żółto, a w środek wbił mosiężny gwóźdź; wspaniale wyglądało, kiedy bąk się kręcił.
- Proszę na mnie spojrzeć - zwrócił się do piłki. - Co pani na to? Może teraz byśmy się zaręczyli? Tak dobrze do siebie pasujemy, pani skacze, a ja tańczę; nikt nie mógłby być szczęśliwszy niż my dwoje!
- Hm, tak pan sądzi - powiedziała piłka. - Pewnie pan nie wie, że moja matka i mój ojciec byli safianowymi pantoflami, a ja mam w brzuchu korek!
- A ja jestem z mahoniu - odparł bąk. - I utoczył mnie sam sędzia, ma własną tokarkę, sprawiło mu to wielką przyjemność. 
- Hm, mam w to uwierzyć? - Powątpiewała piłka.
- Obym nigdy więcej nie dostał batem, jeśli kłamię - powiedziała bąk.
- jest pan bardzo przekonujący, ale ja mimo to nie mogę przyjąć propozycji, jestem prawie zaręczona z jaskółką. Za każdym razem, gdy wzlatuję w powietrze, wychyla się z gniazda i pyta: "Chcesz ty mnie?" - więc wreszcie powiedziała mu "Tak", a to prawie jakbym się zaręczyła. Ale przysięgam, nigdy pana nie zapomnę.



- Dużo mi z tego przyjdzie - powiedział bąk i więcej już ze sobą nie rozmawiali.
Nazajutrz piłkę wyjęto z szuflady. Bąk patrzył, jak wysoko wzlatuje w powietrze, niczym ptak, a potem całkiem znika z oczu; za każdy razem jednak wracała, ale dotknąwszy ziemi, znowu wskakiwała wysoko w górę - może z tęsknoty, a może dlatego, że w brzuchu miała korek. Za dziewiątym razem znikła i już nie wróciła; chłopiec szukał i szukał, ale nie było jej i już.
- Wiem, gdzie ona jest - westchnął bąk. - W gnieździe jaskółki. Wyszła za mąż.
Im więcej o tym myślał, tym mocniej był w piłce zakochany; jego miłość rosła właśnie dlatego, że nie mógł jej mieć; nie rozumiał jak wziąć innego. I tańczył dokoła i furczał, ale wciąż myślał o piłce, a ona stawała się w jego myślach coraz piękniejsza. Tak minęło wiele lat i zrobiła się z tego stara miłość.
Bąk nie był już młody, lecz pewnego dnia pozłocono go całego, caluteńkiego; nigdy nie wyglądał tak pięknie. Był teraz złotym bąkiem i kręcił się, że aż furczało. Tak, to było coś! Aż nagle podskoczył za wysoko i już go nie było!
Szukano go i szukano, nawet w piwnicy, ale nie można go było znaleźć. 
Co się z nim stało? 
Wpadł do kubła na śmieci, w którym leżały różności, śmieci, kapuściane głąby i żwirowy osad, który spływa z rynny.
- Ale trafiłem! Zaraz zejdzie ze mnie złocenie! A w ogóle wśród  jakiej ja hołoty wylądowałem! - I spojrzał na długi kapuściany głąb, za mocno oskrobany i na coś dziwnego, i okrągłego, co wyglądało jak stare jabłko. Ale to nie było jabłko, tylko stara piłka, która wiele lat przeleżała w rynnie nasiąknięta wodą.
- Dzięki Bogu, trafił tu też ktoś mojego stanu, z kim można porozmawiać - powiedziała piłka i przyjrzała się złoconemu bąkowi. - Tak naprawdę to jestem zrobiona z safianu, uszyły mnie kobiece ręce i mam w brzuchu korek, ale tego nikt nie widzi. Miałam właśnie wyjść za pewną jaskółkę, lecz wpadłam do rynny, leżałam tam pięć lat i nasiąknęłam wodą. To długo dla panienki, może mi pan wierzyć.
Ale bąk nic nie powiedział, myślał o swojej dawnej ukochanej, a im dłużej słuchał, tym bardziej nabierał pewności, że to ona.
Wtedy nadeszła służąca, żeby opróżnić kubeł.
- Patrzcie no, złoty bąk! - Zawołała.
I bąk trafił z powrotem do pokoju, gdzie przyjęto go z szacunkiem i honorami. A o piłce nikt nawet nie wspomniał i bąk już więcej nie mówił o swojej starej miłości; miłość mija, jeśli ukochana przez pięć lat leży w rynnie i nasiąka wodą, i nie można jej poznać, gdy się ją spotka w kuble na śmieci.

Hans Christian Andersen:))



poniedziałek, 20 marca 2017

Bałwan ze śniegu


- Taki mróz rozkoszny, że aż coś we mnie trzeszczy - powiedziała bałwan ze śniegu. - Wiatr potrafi tchnąć życie, ale jakże rozżarzone jest "to" w górze, jak wytrzeszcza swoje gały. - Miała na myśli słońce, właśnie zachodziło. - Nie zmusi mnie do mrugania, będę mocno zaciskał moje skorupki. 
Zamiast oczu miał dwa duże, trójkątne kawałki dachówek, usta miała zrobione z kawałka starych grabi, posiadał więc i zęby.
Przyszedł na świat wśród radosnych okrzyków dzieci, powitany brzęczeniem dzwonków sanek i klaskaniem.
Słońce zaszło, wzeszedł księżyc w pełni, okrągły i wielki, jasny i piękny w błękitnym powietrzu.
- Znowu wyszło po drugiej stronie - powiedział bałwan ze śniegu. Był przekonany, że słońce się znów pokazało. - Odzwyczaiłem go od gapienia się. Może sobie tam wisieć i świecić, abym tylko mógł oglądać siebie samego. Gdybym tylko wiedział, jak trzeba się ruszyć z miejsca. Tak chętnie poruszałbym się. Gdybym to potrafił, zszedłbym teraz poślizgać się po lodzie, widziałem, jak to robili chłopcy, ale nie potrafię biegać.
- Precz, precz! - zaszczekał stary, podwórzowy pies na łańcuchu. Był trochę zachrypnięty. Miał chrypę od czasu, gdy przestał być pokojowym psem i już nie leżał pod piecem. - Słońce nauczy cię biegać. Widziałem, co się działo zeszłego roku z twymi poprzednikami, a dawniej z ich poprzednikami. Precz, precz! Wszyscy oni poszli sobie precz.
- Nie rozumiem cię, kolego - powiedział bałwan ze śniegu - to, co jest w górze, ma mnie nauczyć biegać? - Miał na myśli księżyc. - On sam, kiedy mu się dobrze przyjrzę, posuwa się na przód, teraz skrada się z drugiej strony.
- Nic nie wiesz - powiedział podwórzowy pies. - Dopiero niedawno cie ulepiono. To, no co teraz patrzysz, nazywa się księżycem; to, które przedtem odeszło, było słońcem, jutro rano znowu wróci, ono już cię nauczy, jak stoczyć się do rowu. Wkrótce zmieni się pogoda, czuję to po rwaniu w lewej łapie. Pogoda zmieni się.
- Nie rozumiem tego - powiedział bałwan ze śniegu - ale mam wrażenie, że mi powiedział coś nieprzyjemnego. To, co się tak na mnie gapi i potem odchodzi, to, co pies nazywa słońcem, nie jest do mnie przyjaźnie usposobione, czuję to.
- Precz, precz! - ujadał pies, okręcił się w kółko trzy razy i położył się w kółko do spania. 
Pogoda zmieniła się istotnie. Nad ranem gęsta, wilgotna mgła pokryła całą okolicę. Kiedy dniało, zawiał wiatr, wziął ostry mróz. Ale cóż to za widok ukazał się, gdzie słońce wzeszło? Wszystkie drzewa i krzaki stały w szronie. Wyglądało to jak las z białego korala, wszystkie gałęzie były jakby obsypane białym, lśniącym kwieciem. Widać było nieskończenie wiele gałęzi i gałązek, w lecie niewidocznych pod liśćmi. Była to błyszcząca biała korona. Zdawało się, że z gałęzi promienieje oślepiający blask.
Brzoza chwiała się na wietrze, pełna była życia jak drzewa w lecie. Było to niezrównanie piękne. A kiedy zaświeciło słońce, wszystko zabłysło jak pokryte diamentowym pyłem, a na śnieżnej powłoce ziemi błyskały wielkie diamenty. Można sobie było też wyobrazić płoną tam niezliczone maleńkie światełka, jeszcze bielsze od białego śniegu.
- Jakie to cudownie piękne - powiedziała młoda dziewczynka, która weszła z młodzieńcem do ogrodu. Stanęli tuż koło bałwana i stąd oglądali błyszczące drzewa. - Nawet w lecie nie można mieć piękniejszego widoku - powiedziała dziewczyna i oczy jej zaświeciły.
- A takiego jegomościa jak ten nie ma wcale w lecie - dodał młodzieniec i wskazał na bałwana. - Jest wspaniały.
Dziewczyna zaśmiała się, kiwnęła głową bałwanowi i tańczyła ze swym przyjacielem po śniegu, który skrzypiał pod nogami, jak gdyby stąpali po krochmalu. 
- Kto to byli ci dwoje? - Spytał bałwan psa. - Jesteś tu na podwórku dłużej ode mnie, czy znasz ich?
- Rozumie się, że ich znam - odpowiedział podwórzowy pies. - Ona mnie pogłaskała, a on podarował mi kość. Nie ugryzę ich. 
- Ale co oni tu robią? - Spytał bałwan.
- Zakochana para - powiedział podwórzowy pies. - Zamieszkają w jednej budzie i będą razem gryźli kości. Precz, precz! 
- Czy tych dwoje może się równać ze mną i z tobą? - Spytał bałwan ze śniegu. 
- To państwo - odrzekł pies. - Kiedy się dopiero wczoraj przyszło na świat, wie się doprawdy niewiele, widzę to po tobie. Jestem stary i doświadczony, znam tu wszystkich po obejściu, a były czasy, kiedy nie stałem tu na zimnie, przywiązany na łańcuchu. Precz, precz!
- Zimno jest rozkoszne - zauważył bałwan. - Opowiadaj, opowiadaj. Ale nie brzęcz łańcuchem , bo we mnie coś trzeszczy.
- Precz, precz! - ujadał pies. - Byłem młodym pieskiem, oni mówili, że małym i ślicznym. Wówczas leżałem w pokoju na pluszowym fotelu, spoczywałem na kolanach pani i pana, całowano mnie w pyszczek i wycierano mi łapki haftowaną chusteczką. Nazywano mnie "najpiękniejszym piesiem, piesiulkiem", ale potem stałem się dla nich za duży, podarowali mnie gospodyni. Powędrowałem do suteryny. Z miejsca gdzie stoisz, możesz tam zajrzeć, możesz zobaczyć tą komórkę gdzie traktowali mnie po pańsku; gdyż tak się do mnie odnosiła gospodyni. Było tam wprawdzie skromniej niż na górze, ale przytulniej. Dzieci nie ciągnęły mnie i nie drażniły jak tam na górze. Karmili mnie równie dobrze, ale jeszcze o wiele obficiej. Miałem własną poduszkę i był tam także piec, a o tej porze roku jest to najmilsza rzecz na świecie. Właziłem pod piec, tak że znikałem pod nim. Często jeszcze śnię o piecu. Precz, precz!
- Czyż piec wygląda tak pięknie? - Spytał bałwan ze śniegu. - Czy jest podobny do mnie?
- Wygląd zupełnie jak twoje przeciwieństwo. Jest czarny jak węgiel, ma dłuższą szyję i mosiężną trąbę. Pożera drzewo, aż ogień bucha mu z ust. Trzeba trzymać się jego boku, tuż koło niego lub pod nim, to niezwykła przyjemność. Możesz go zobaczyć przez okno z tego miejsca, gdzie stoisz.
Bałwan ze śniegu zajrzał w okno suteryny i zobaczył rzeczywiście czarny, polerowany przedmiot z mosiężną rurą; ogień błyszczał w dole. Bałwan ze śniegu miał dziwne uczucie, z którego sam nie zdawał sobie sprawy: ogarnęło go coś takiego, czego nie znał, ale co znają wszyscy ludzie, o ile nie są bałwanami ze śniegu.
- Dlaczego "ją" opuściłeś? - Spytała bałwan. Wydawało mu się, że piec musi być istotą żeńskiego rodzaju. - Jakże mogłeś opuścić takie miejsce?
- Musiałem - odpowiedział pies. - wyrzucili mnie i przywiązali do łańcucha. Ugryzłem służącego w nogę, gdyż zabrał mi kość, którą obgryzałem, kość za kość, myślałem sobie. Ale wzięli to za złe i od tego czasu przymocowano mnie do łańcucha i straciłem mój piękny głos, posłuchaj no, jaki jestem zachrypnięty: precz, precz! Taki był koniec.
Bałwan ze śniegu nie słuchał już więcej, patrzał nieustannie w okna suteryny do gospodyni, patrzał w głąb pokoju, gdzie stał piec na swych czarnych, żelaznych nogach i był tej samej wielkości co bałwan ze śniegu. 
- Coś tak dziwnie we mnie trzeszczy - powiedział. - Czyż nigdy się tam nie dostanę? Przecież to niewinne życzenie, a nasze niewinne życzenia spełniają się zazwyczaj. Jest to moje najskrytsze życzenie. Byłoby to niesprawiedliwe, gdyby się nie ziściło. Muszę tam się dostać, muszę się do niego przytulić, nawet gdybym miał stłuc szybę w oknie.
- Nigdy tam nie wejdziesz - powiedziała pies. - A kiedy zbliżysz się do pieca, pójdziesz precz, precz. 
- I tak już prawie mnie nie ma - odrzekł bałwan. - Wdaje mi się, że się rozpadam.
Przez cały dzień bałwan stał i patrzył przez okno. W zmierzchu pokój wyglądał jeszcze bardziej zachęcająco. Z pieca rozchodził się taki miły blask, księżyc ani słońce nigdy nie potrafią tak błyszczeć jak piec, kiedy pali się ogień w jego wnętrzu.
Kiedy drzwiczki się otwierały, buchał jasny płomień, piec był do tego przyzwyczajony. Płomień oświetlał czerwonym blaskiem białą twarz bałwana, czerwień ta sięgała nawet jego piersi.
- Nie wytrzymam - powiedziała bałwan - jak mu do twarzy z tym wyciągniętym językiem.
Noc była bardzo długa, ale bałwanowi wydawała się krótka. Stał pogrążony w swych pięknych myślach, które zamarzły tak, że aż trzeszczało. 
Rankiem okna sutereny zamarzły. Ukazały się na nich najpiękniejsze kwiaty, jakie tylko bałwan ze śniegu mógł sobie wyobrazić, ale zasłoniły mu widok pieca. Szyby nie chciały odtajać i bałwan nie mógł zobaczyć "swojej ukochanej". trzeszczało i trzaskało w nim i obok niego. Był mróz wymarzony dla bałwana ze śniegu, ale on się nie cieszył - mógł być taki szczęśliwy, ale nie był szczęśliwy, tęsknił do pieca.
- Tęsknota do pieca to ciężka choroba dla bałwana - powiedział pies - i ja niegdyś cierpiałem na tę chorobę, ale przemogłem ją. Precz, precz! Teraz pogoda się zmieni.
I pogoda rzeczywiście się zmieniła. Rozpoczęła się odwilż.
Odwilż zwiększyła się, a bałwan się zmniejszył. Nie mówił nic, nie skarżył się, a to jest już zły znak.
Pewnego ranka rozpadł się. Z tego miejsca, gdzie stał, wystawało coś, co przypominała kij od miotły, chłopcy ulepili bałwana na tym kiju.
- teraz rozumiem jego tęsknotę - powiedział pies na łańcuchu. - Bałwan miał w ciele pogrzebacz; to on się w nim poruszał, teraz już to minęło. Precz, precz!
Wkrótce potem i zima również minęła.
- Precz, precz! - szczekał pies, a małe dziewczynki śpiewały na podwórzu: 


Niechajże rosną z ziemi kwiatuszki,
Pokaż nam, wierzbo, wiosenne puszki.
Wiosna nadchodzi, ptaszki, śpiewajcie,
Koniec lutego i pięknie zagrajcie,
I my wtórujmy kukułkom w chórze,
A ty, słoneczko, świećże nam w górze.

I nikt już nie myślał o bałwanie ze śniegu.  

Hans Christian Andersen:))

piątek, 6 maja 2016

Imbryk


Był sobie pewnego razu imbryk do herbaty, dumny z porcelany, z której był zrobiony, dumny ze swojej wysmukłej szyi i z dużego ucha. Miał on szyję z przodu, ucho z tyłu i o tym wciąż mówił. Nie mówił zaś nigdy o pokrywce, która była stłuczona  i sklejona, co było wielkim brakiem, a niechętnie mówi się o swych brakach, inni to przecież robią za nas. Filiżanki, garnuszek do śmietanki i cukiernica, cały serwis do herbaty - całe to towarzystwo zwracało uwagę na pęknięcie pokrywki i rozmawiali o tym więcej niż o pięknym uchu i niezwykłej szyi; imbryk do herbaty wiedział o tym dobrze.
- Znam ich - mówił sam do siebie. - Znam także dobrze moje wady i uznaję je, na tym właśnie polega pokora i skromność. Wszyscy mamy wady, ale posiadam także i zalety. Filiżanki mają uszka, cukiernic ma pokrywkę, a ja mam jedno i drugie i jeszcze w dodatku coś z przodu, czego oni nie posiadają - szyję, która sprawia, że jest królem stołu. Cukiernicy i garnuszkowi do śmietanki przypadło w udziale być służebnymi dobrego smaku, ale ja jestem tym szczodrym władcą, rozdaję błogosławieństwo łaknącej ludzkości: w moich wnętrznościach chińskie listeczki rozpuszczają się w gotowanej, pozbawionej smaku wodzie.
Wszystko to mówił imbryk, kiedy był beztroski i młody. Stał na nakrytym stole, podnosiła go w górę delikatna rączka, ale delikatna rączka okazała się niezręczna, imbryk upadł na ziemię, szyjka się stłukła, stłukło się ucho, o pokrywie nie ma co gadać, dość się już o niej mówiło. Imbryk leżał zemdlony na podłodze, wrzątek wyciekał z niego. Spotkał go ciężki los, ale najsmutniejsze było to, że śmiali się z niego, a nie z niezręcznej dłoni, która go upuściła na ziemię.
- Nigdy nie będę się mógł pozbyć tego wspomnienia - mówił imbryk później, opowiadając dzieje swojego życia. - Nazywali mnie inwalidą, postawili w kącie, a na drugi dzień podarowali kobiecie, która żebrała o łyżkę skromnej strawy. Zszedłem do rzędu nędzarzy, stałem bez użytku w kącie. Ale kiedy tak stałem, zaczęło się dla mnie lepsze życie. Jest się czymś jednym, a nagle staje się zupełnie czym innym. Napełniono mnie ziemią, ale imbryka znaczy to, to samo co pogrzeb, lecz do ziemi włożono cebulkę kwiatu, kto ją tam włożył, kto mi ją podarował - nie wiem, ale był to dla mnie dar, wynagrodzenie za chińskie listki i wrzątek, za stłuczone ucho i szyję. Cebulka leżała w ziemi, leżała we mnie, stała się moim sercem, moim żywym sercem, a przecież nigdy przedtem nie miałem takiego serca. Wstąpiło we mnie życie i siły. Puls bił, cebulka wypuściła pędy. Można było pęknąć od rozsadzających uczuć i myśli. Wyrósł z niej kwiat, patrzyłem na niego, dźwigałem go. Patrząc na jego piękno, sam zapomniałem o sobie; to prawdziwe błogosławieństwo zapomnieć przez innych o sobie. Kwiat nie dziękował mi za to, nie myślał o mnie. Podziwiali go i chwalili. Byłem taki szczęśliwy, że jemu jest dobrze. Pewnego dnia usłyszałem, jak mówiono, że kwiat zasługuje na lepszą doniczkę. Rozbito mnie na dwoje. Bolało to okropnie, ale kwiat dostał lepszą doniczkę, a mnie wyrzucono na podwórze, gdzie leżę jako stara skorupa - ale zostało mi wspomnienie, którego nikt nie może wydrzeć. 

Hans Christian Andersen:))    

czwartek, 5 maja 2016

Królowa Śniegu - opowiadanie siódme

Co się działo w pałacu Królowej Śniegu i co się później stało



Ściany pałacu były zrobione ze śnieżnej zawiei, a okna i drzwi z ostrych wiatrów. Było tam przeszło sto sal, zależnie od tego, jak zawiał śnieg. Największa sala rozciągała się na wiele mil, wszystkie oświetlało silne światło zorzy polarnej. Były wielkie, puste, lodowato zimne i błyszczące. Nie panowała tu nigdy radość, nie odbył się tu nawet ani razu bal niedźwiedzi, na którym mógł zagrać wicher i gdzie by białe niedźwiedzie mogły chodzić na tylnych nogach i popisać się swoimi dobrymi manierami. Nie było tu nigdy towarzyskich zabaw, ani otwierania paszcz i bicia łapami, białe lisice nie plotkowały tu nigdy przy herbacie. Puste, wielkie i zimne były sale Królowej Śniegu. Zorza północna świeciła się tak równomiernie, że można było według jej światła oznaczyć, kiedy znajdowała się na najwyższym punkcie, a kiedy na najniższym. Pośrodku pustej, nieskończonej, śnieżnej sali znajdowało się zamarznięte jezioro, które popękało na tysiące kawałków, ale jeden kawałek był podobny do drugiego, był to prawdziwe dzieło sztuki. Pośrodku tego jeziora siadywała Królowa Śniegu, wtedy gdy była w domu i wówczas mówiła, że siedzi zwierciadle rozsądku i że to jest jedyne, i najlepsze zwierciadło na świecie.
Kay był zupełnie siny z mrozu, ale nie spostrzegł tego wcale, gdyż Królowa Śniegu odjęła mu swym pocałunkiem wrażliwość na zimno, a jego serce stało się kawałkiem lodu. Chodził i zbierał płaskie, ostre kawałki lodu, które składał w ten sposób, aby coś z nich wyszło, zupełnie tak samo jak my, kiedy z kawałków drzewa składamy figury, co się nazywa chińską grą. Kay układał najkunsztowniejsze wzory, był to lodowa łamigłówka. W jego oczach figury te były nadzwyczajne i niezwykłej wagi, przyczyniała się do tego okruch szkła, który miał w oku. Kay składał całe figury, które tworzyły napisy, ale nie udało mu się ułożyć słowa, na którym mu właśnie zależało. Słowem ty była "Wieczność", a Królowa Śniegu oświadczyła:
- Jeżeli uda ci się ułożyć to słowo, staniesz się zupełnie niezależny, podaruję ci cały świat i na dodatek parę nowych łyżew. - Ale Kay nie mógł w żaden sposób ułożyć tego właśnie słowa.
- Teraz pomknę sobie daleko do ciepłych krajów - powiedziała Królowa Śniegu - chcę zajrzeć raz do tych czarnych garnków. - Miała na myśli góry ziejące ogniem, które się nazywają Etna i Wezuwiusz. - Pobielę je trochę. To im się należy, zresztą wyjdzie to na dobre cytryną i winogronom. - i Królowa Śniegu odfrunęła, a Kay został zupełnie sam w olbrzymiej lodowej sali, przyglądał się kawałkom lodu i myślał, myślał, aż coś w nim zatrzeszczało, siedział zupełnie sztywno i cicho, mogło się zdawać, że zamarzł.
Wtedy właśnie Gerda weszła przez wielkie wrota do pałacu. Wiały właśnie ostre wichry, ale dziewczynka odnalazła wewnętrzny spokój i wtedy wiatry ułożyły się, jakby chciały spać, a dziewczynka weszła do wielkiej, pustej, zimnej sali. Zobaczyła Kaya, poznała go, rzuciła mu się na szyję, objęła go mocno i zawołała:
- Kay, dorgi Kay! Nareszcie cię odnalazłam! 
Ale on siedział zupełnie cicho i sztywny z zimna.
Wtedy Gerda zapłakała gorącymi łzami, które spłynęły na jego pierś, dostały się aż do jego serca, roztopiły kawałki lodu i wchłonęły okruszynę szkła. Kay spojrzał na nią, a ona zaśpiewała mu pieśń:

Różyczki tak pięknie kwitną w dolinie,
Pójdę pokłonić się bożej Dziecinie.

Wtedy Kay wybuchnął płaczem i odłamek szkła wypadł mu z oka, poznał Gerdę i zawołał radośnie:
- Gerdo, kochana Gerdo! Gdzieś była tak długo? I gdzie ja byłem? - Rozejrzał się wokoło. - Jakże tu zimno. Jak pusto i rozlegle.
I przytulił się mocno do Gerdy, a ona śmiała się i płakała z radości. Było to takie piękne, że nawet kawałki lodu zaczęły tańczyć z radości, a kiedy się zmęczył i położyły, utworzyły właśnie te litery, o których mówiła Królowa Śniegu, że jeżeli Kay je ułoży, stanie się niezależnym panem, a ona podaruje mu cały świat i parę nowych łyżew.
Gerda pocałowała go w policzki, które zaróżowiły się. Całowała jego oczy, które zabłysły tak jak jej oczy, całowała jego ręce i nogi, które stały się mocne i zdrowe. Gdyby Królowa Śniegu nawet teraz wróciła, to i tak słowo wyzwalające Kaya wypisane było błyszczącymi kawałkami lodu.
A oni wzięli się za ręce i wywędrowali z wielkiego pałacu, rozmawiali o babce i o różach kwitnących wysoko na dachu. Wszędzie, gdzie przechodzili, układały się wiatry do spoczynku i ukazywało się słońce. Kiedy przyszli do krzaka z czerwonymi jagodami, stał tam ren i czekał. Obok niego stał drugi młody ren, o pełnych wymionach. dał dzieciom ciepłego mleka i ucałował je. Potem reny niosły Gerdę i Kaya najpierw do Finki, gdzie ogrzali się w ciepłej izbie i otrzymali wskazówki na drogę powrotną, potem do Laponki, która uszyła im nowe ubrania i przygotowała swoje sanki do drogi.
Oba reny skakały obok sań i dotrzymywały im towarzystwa, aż do granic kraju. Kiełkowała tam pierwsza zieleń. Wtedy pożegnali się z renami i Laponką. 
- Bądźcie zdrowi - powiedzieli wszyscy.
Pierwsze małe ptaszki zaczęły ćwierkać, drzewa miały zielone pączki i z lasu wyjechała na wspaniałym koniu, którego Gerda znała (był to jeden z koni zaprzęgniętych do złotej karety), dziewczynka w jaskrawoczerwonej czapce na głowie i z pistoletem za pasem. Była to mała rozbójniczka, której znudziło się w domu i chciała pojechać na północ, a w razie gdyby jej się tam nie spodobało, wybrałaby się w innym kierunku. Poznała od razu Gerdę i Gerda ją również poznała. Ucieszyły się bardzo.
- Ładny z ciebie nicpoń, że się tak po świecie włóczysz - powiedziała do Kaya - chciałbym wiedzieć, czy zasługujesz na to, żeby z twojego powodu pędzić na koniec świata.
Ale Gerda pogłaskała ją po twarzy i spytała o księcia i księżniczką.
- Pojechali do obcych krajów - powiedziała rozbójniczka.
- A wrona? - spytała Gerda.
- Wrona umarła - odpowiedziała dziewczynka. - Oswojona małżonka została wdową, nosi opaskę z czarnej krepy na nodze i skarży się żałośnie. Ale opowiedz lepiej, jak tobie się powiodło i jak go odnalazłaś.
Wtedy Gerda i Kay opowiedzieli wszystko.
- Tara-ra, ta-ra-ra! - zawołała mała rozbójniczka, schwyciła oboje za ręce i obiecała, że o ile kiedyś będzie przejeżdżała przez ich miasto, przyjdzie do nich w odwiedziny. Potem pojechała w daleki świat, a Kay i Gerda poszli trzymając się za ręce, a gdy tak szli, zrobiła się cudna wiosna, wszystko kwitło i zieleniało. dzwony biły i dzieci poznały wszystkie wieże i wielkie miasto. Było to miasto, w którym mieszkali Poszli przez ulice aż do drzwi babki, weszki na schody i znaleźli się w pokoju, gdzie wszystko stało na tym samym miejscu co dawniej, a zegar mówił: tik,tak! i wskazówki poruszały się, ale przechodząc przez drzwi, spostrzegli, że byli już dorosłymi ludźmi. Róże na rynnie dachu kwitły i zaglądały w otwarte okna - stały tam małe, dziecinne krzesełka. Kay i Gerda usiedli na nich i wzięli się za ręce. Zapomnieli jak o złym śnie, o zimnej, pustej wspaniałości Królowej Śniegu. Babka siedziała w jasnym blasku słońca i czytała: "A jeśli nie staniecie się jako dzieci nie osiągniecie Królestwa Bożego." 
A Kay i Gerda spojrzeli sobie w oczy i nagle zrozumieli starą pieśń:

        Różyczki tak pięknie kwitną w dolinie,
Pójdę pokłonić się bożej Dziecinie.

Siedzieli więc oboje, dorośli, a jednak jak dzieci w sercach i było lato gorące, błogosławione lato.

Hans Christian Andersen:))

poniedziałek, 2 maja 2016

Królowa Śniegu - opowiadanie szóste

Laponka i Finka 


Zatrzymali się przed małym, bardzo nędznym domkiem. Dach pochylał się aż do ziemi, a drzwi były tak niskie, że mieszkańcy musieli pełzać na czworaka chcąc wejść lub wyjść. W domu nie było nikogo prócz starej Laponki, która stojąc przy lampie tranowej, smażyła rybę. Ren opowiedział całą historię Gerdy, ale najpierw swoją własną, bo uważał, że ta jest o wiele ważniejsza, a Gerda była tak zmarznięta, że nie mogła wcale mówić.
- Ach, moi drodzy - powiedziała Laponka. - Macie jeszcze daleką drogę przed sobą. Musicie przebiec jeszcze przeszło sto mil równiną Finmarku, aż tam, gdzie rozsiadła się Królowa Śniegu i puszcza co wieczór bengalskie ognie. Napiszę parę słów na wysuszonym dorszu, nie mam papieru, a chcę napisać do Finki, tam na północy, on da wam lepsze wskazówki niż ja.
Kiedy Gerda ogrzała się, najadła i napiła, Laponka napisała na wysuszonym dorszu parę słów, kazała Gerdzie dobrze tego pilnować, przywiązała ją znowu do rena, który pędził razem z nią. "Fut, Fut!" - zabrzmiało wysoko w powietrzu. Przez całą noc płonęła najpiękniejsza niebieska zorza polarna i potem przyjechali do Finmarku, i zapukali do komina Finki, bo w chacie nie było nawet drzwi wejściowych. 
Wewnątrz był tak straszny upał, że Finka sama chodził prawie zupełnie nago. Była mała i bardzo brudna. Zaraz rozebrała Gerdę, zdjęła z niej rękawice i buciki, aby nie było jej za gorąco. Renowi położyła na głowie kawałek lodu i potem przeczytała to, co było napisane na skórze dorsza. Przeczytała trzy razy, tak że nauczyła się tego na pamięć i wrzuciła rybę do gotującej się wody w garnku, bo nadawała się do jedzenia, a ona nigdy niczego nie marnowała.
Ren opowiedział jej najpierw swoją historię, a potem dziej Gerdy, a Finka błyskała mądrymi oczami, ale nic nie mówiła.
- Jesteś taka mądra - powiedział ren. - Wiem, że potrafisz związać wszystkie wiatry świata jedną nitką. Kiedy żeglarz rozplątuje jeden węzeł, wieje przyjazny wiatr, kiedy rozplątuje drugi wieje ostry wicher, a kiedy rozwiązuje trzeci i czwarty, zrywa się taka burza, że lasy się przewracają. Czy zechciałbyś dać dziewczynce taki napój, aby zrobiła się silna jak dwunastu mężczyzn i aby zwyciężył Królową Śniegu?
- Silna jak dwunastu mężczyzn? - zapytała Finka. - Na cóż to się jej może przydać? - Potem podeszła do łóżka, wzięła dużą, zwiniętą skórę i rozwinęła ją. Były tam napisane dziwaczne litery. Finka zaczęła czytać, aż jej pot spływał z czoła.
Ale ren wstawił się tak gorąco za Gerdą, a Gerda patrzyła takimi błagalnymi, pełnymi nadziei oczami, że finka zaczęła znowu błyskać spojrzeniem, zaciągnęła rena w kąt pokoju i szepnęła coś kładąc mu na głowę świeży lód. 
- Kay jest co prawda u Królowej Śniegu, ma tam wszystko, czego tylko dusza zapragnie i jest pewien, że to najlepsze miejsce na świecie, ale dzieje się to dlatego, że ma w sercu mały odłamek szkła i okruszynkę szkła w oku. trzeba mu to wyjąć, inaczej nie stanie się nigdy na powrót prawdziwym człowiekiem i Królowa Śniegu zachowa nad nim moc.
- Ale czy nie mogłabyś dać Gerdzie czegoś takiego, żeby stała się mocniejsza od wszystkich?
- Nie mogę jej użyczyć większej mocy od tej, którą posiada. Czyż nie widzisz jaka jest potężna? Czy nie widzisz, jak jej chcą służyć ludzie i zwierzęta, jak udała jej się przejść przez świat na bosych nóżkach? Nie powinna myśleć, że to myśmy użyczyli jej tej potęgi, ona tkwi w jej sercu, pochodzi stąd, że Gerda jest dobrym, niewinnym dzieckiem. Skoro jej samej nie uda się dostać do Królowej Śniegu i uwolnić Kaya od odłamków szkła, to my jej nic nie pomożemy. O dwie mile stąd zaczyna się ogród Królowej Śniegu, tam możesz zanieść dziewczynkę. Posadź ją na śniegu koło wielkiego krzaka pełnego czerwonych jagód. Nie marudź długo, tylko pośpiesz się i wróć tu znowu. - Potem Finka uniosła Gerdę, posadziła ją na grzbiecie rena, a ren popędził, jak tylko mógł najprędzej.
- Ach, nie zabrałam moich trzewików, nie mam rękawic! - zawoła Gerda; spostrzegła to, bo było przeraźliwie zimno, ale ren nie odważył się zatrzymać, pędził, aż przebiegł do dużego krzaka z czerwonymi jagodami. Tam posadził Gerdę, pocałował ją w czoło, a wielki, jasne łzy popłynęły z oczu po policzkach zwierzęcia. Potem pobiegł z powrotem tak prędko, jak tylko mogły unieść go nogi. A Gerda stała bez trzewików i bez rękawiczek pośrodku lodowatego, zimnego pola Finmarku.
Biegła przed siebie, jak tylko mogła najszybciej. Nagle nadciągnął cały pułk śnieżnych ptaków; ale nie padały z nieba, niebo było zupełnie jasne i błyszczące od zorzy północnej. Ptaki śniegu biegły tuż przy ziemi i im bardziej się zbliżały, tym były większe. Gerda pamiętała jeszcze, jakie wielkie i kunsztowne wydawały się jej ptaki śniegu wtedy, kiedy je oglądała przez powiększające szkło, ale tu były jeszcze o wiele większe i bardziej zdumiewające. Były żywe i stanowiły przednią straż Królowej Śniegu. Miały najdziwniejsze kształty. Niektóre wyglądały jak szkaradne wielkie jeżowce, inne jak sploty wężów, wysuwających głowy, a znowu inne - jak małe grube niedźwiedzie o nastroszonej sierści. Wszystkie były oślepiająco białe, wszystkie były żywymi ptakami śniegu.
Gerda biegła dalej przed siebie, a mróz był tak wielki, że widziała swój własny oddech. Parował z jej ust jak gęsty dym. Oddech ten stawała się coraz gęstszy i ułożył się w kształt jasnych aniołów, które w miarę zbliżania się do ziemi stawały się coraz większe. Wszystkie miały na głowach hełmy, a w rękach dzidy i tarcze. Było ich coraz więcej i kiedy Gerda przystanęła na chwilę, staną na około niej cały legion; uderzył swoimi mieczami w szkaradne ptaki śniegu tak, że te rozpadały się na tysiące drobnych kawałków, a Gerda szła dalej pewnie i radośnie na przód. Aniołki gładziły jej nogi i ręce, wtedy nie czuła wcale zimna i szła prędko na przód do pałacu Królowej Śniegu.
A teraz zobaczmy, co działo się z Kayem. Nie myślał on wprawdzie o Gerdzie, a już najmniej o tym, że stała n dworze przed pałacem. 

Hans Christian Andersen:))  

czwartek, 11 lutego 2016

Królowa Śniegu - opowiadanie piąte

Mała rozbójniczka


Jechali przez ciemny las, ale kareta błyszczała jak pochodnia; kuło to rozbójników w oczy, nie mogli tego znieść. 
- Złoto, złoto! - wołali, pchali się na przód, schwycili konie za uzdy, zbili małych forysiów, stangreta i służących, i wyciągnęli Gerdę z karety.
- Jest tłusta, śliczna i karmiona orzechami - powiedziała stara rozbójniczka, która miała długą, sterczącą brodę i brwi opadające na oczy. - Jest taka smaczna jak małe, tłuste jagniątko, to dopiero będzie uczta! - I wyciągnęła nóż, który błysnął tak, że aż ciarki po ciele przeszły.
- Ach! - zawołała nagle stara; jej własna, mała, dzika i nieznośna córeczka, którą niosła na plecach, ugryzła ją w ucho. - Ty przeklęty bachorze! - zawołała matka i nie zdążyła zabić Gerdy. 
- Ona będzie się ze mną bawiła - powiedziała mała rozbójniczka. - Nie mi odda swoją mufkę i śliczną sukienkę, i niech śpi ze mą w łóżku. - I ugryzła matkę parę razy tak, że żona rozbójnika aż skoczyła do góry i zaczęła się kręcić w kółko; wszyscy rozbójnicy śmiali się i mówili: 
- Patrzcie, jak to tańczy ze swoim bachorem!
- Ja chcę siedzieć w karecie - powiedziała mała rozbójniczka. Chciała i musiała postawić na swoim, bo była rozpieszczona i uparta. Usiadła obok Gerdy w karecie i potem pojechała przez pnie i krzaki coraz głębiej w las. Mała rozbójniczka była tak duża jak Gerda, ale silniejsza, o szerszych ramionach i ciemniejszej cerze. Jej oczy był czarne i patrzyły prawie smutno. Objęła ramieniem Gerdę i powiedziała:
- Nie powinni cię zabijać, dopóki się na ciebie nie pogniewam. Jesteś pewnie księżniczką?
- Nie - odrzekła Gerda i opowiedziała jej wszystko, co przeżyła i jak bardzo kocha Kaya. 
Córeczka rozbójników patrzała na nią zupełnie poważnie, pokiwała trochę głową i odezwała się:
-  Nie powinni cię zabijać, nawet gdybym była na ciebie zła; sama to wtedy zrobię! - Otarła Gerdzie oczy i włożyła obie woje ręce do ślicznej mufki, która była bardzo ciepła i miękka. Wtem kareta się zatrzymała; znajdowali się w środku podwórza starego zbójeckiego zamku. Był on pęknięty od góry do dołu. Kruki i wrony wyfruwały z otwartych szczelin, a  wielki buldogi, które wyglądały tak, jakby miały połknąć człowieka, skakały wysoko do góry, ale nie szczekały, bo to było zabronione. 
W wielkiej, starej, zadymionej sali palił się na środku kamiennej podłogi duży ogień, dym wznosiła się aż do sufitu i musiał sobie sam szukać wyjścia. Gotował się duży kocioł z zupą, a na rożnie piekł się zające i króliki.
- Musisz przespać się w tuż obok mnie razem ze wszystkimi moimi zwierzątkami - powiedziała mała rozbójniczka.  
Dano im jeść i pić, i poszły potem w kąt, gdzie leżała słoma i koce. Wysoko na żerdziach i belkach siedziała prawie sto gołębi, które, zdawało się, że śpią, ale gdy obie dziewczynki weszły, poruszyły się trochę.
- Wszystkie są moje - powiedziała mała rozbójniczka i schwyciła prędko jednego z najbliżej siedzących gołębi. Złapała go za nogę i potrząsnęła nim tak, że zatrzepotał skrzydłami. 
- Pocałuj go! - zawołała i uderzyła Gerdę ptakiem w twarz. - Tam siedzą leśne dzikusy - mówiła dalej i pokazała szereg żelaznych prętów, wbitych wysoko w murze na otworem. - Musimy ich pilnować, to są kanalie z lasu, uciekają, gdy tylko nie są dobrze zamknięte, a tutaj stoi mój stary, kochany Ba. - I przyciągnęła za rogi rena. Naokoło szyi miał błyszczący, miedziany pierścień i był przywiązany. - Tego też musimy trzymać na uwięzi, bo inaczej uciekłby. Co wieczór łechcę go moim ostrym nożem, bo się tego bardzo boi. - I dziewczynka wyciągnęła długi nóż ze szpary w murze i przesunęła go po szyi rena. Biedne zwierzę kopała tylnymi nogami, a mała rozbójniczka śmiała się i wyciągnęła Gerdę z łóżka. 
- Czy będziesz miała nóż przy sobie w czasie snu? - spytała Gerda i spojrzała na nóż. 
- Ja zawsze śpię z nożem - powiedziała mała rozbójniczka. - Nigdy nie wiadomo, co może się przytrafić. Ale powtórz jeszcze raz to, co mi opowiadałaś o Kayu i dlaczego poszłaś w daleki świat. - I Gerda opowiedziała od początku, a dzikie gołębie w klatce gruchały, inne gołębie spały. Mała rozbójniczka objęła ramieniem Gerdę za szyję, w drugiej ręce trzymała nóż i zasnęła, tak że było słychać jej oddech. Ale Gerda nie mogła zamknąć oczu, nie wiedziała, czy będzie żyła, czy też umrze. Rozbójnicy siedzieli naokoło ognia, śpiewali i pili, a żona rozbójnika fikała koziołki. O, jakże niemiło był małej dziewczynce na to patrzeć.
Wtem gołębie leśne powiedziały:
- Gurr, grr! Widziałyśmy Kaya. Biała kura niosła saneczki, on siedział w saniach Królowej Śniegu, które uniosły się nad lasem, podczas gdy my siedziałyśmy w naszym gnieździe. Dmuchnęła na nas i prócz nas dwóch umarły wszystkie pisklęta. Grr, grr!
- Co wy tam w górze mówicie? - spytała Gerda - Dokąd pojechała Królowa Śniegu? Czy wiecie coś o tym?   
- Pewnie pojechała do Laponii, bo tam jest zawsze śnieg i lód. Spytaj rena, co stoi na postronku.
- Tam jest lód i śnieg, tam jest dobrze i pięknie - powiedział ren. - Skacze się swobodnie po wielkich, błyszczących dolinach. Królowa Śniegu ma tam swój letni namiot, ale jej stały zamek stoi wysoko nad biegunem północnym, na wyspie, która się nazywa Szpicberg.
- Ach, Kay, kochany Kay - westchnęła Gerda.
- Leż teraz spokojnie - powiedziała mała rozbójniczka - inaczej zakłuję cię nożem.
Rano opowiedziała jej Gerda wszystko, co mówiły dzikie gołębie, a mała rozbójniczka słuchała uważnie, ale potem pokręciła głową i powiedziała:
- Właśnie! Właśnie! Czy wiesz, gdzie leży Laponia? - spytała rena.
- Któż ma lepiej wiedzieć ode mnie? - powiedziało zwierze, a oczy mu zabłysły. - Tam się urodziłem i wyrosłem, tam skakałem po polach.
- Słuchaj no! - powiedziała mała rozbójniczka do Gerdy. - Widzisz, że wszyscy nasi mężczyźni już wyszli, ale matka jest jeszcze tutaj i zostanie. Później, rano, pije zawsze z dużej butelki i ucina sobie drzemkę; wtedy będę mogła coś zrobić dla ciebie. - Wskoczyła z łóżka, rzuciła się mate na szyję, stuknęła ją w brodę i powiedziała: 
- Mój najsłodszy koziołku, dzień dobry! - A matka dała jej szczutka w nos, tak że jej nos poczerwieniał i posiniała, ale to wszystko jedynie z miłości. Kiedy potem matka napiła się z dużej flaszki i ucięła sobie drzemkę, mała rozbójniczka zbliżyła się do rena i powiedziała:
- Miałbym straszną ochotę połechtać cię parę razy ostrym nożem, bo jesteś taki zabawny, ale trudno, odwiążę twój sznur i pomogę ci dostać się do Laponii, tylko nie wolno ci oszczędzać nóg. Musisz zaprowadzić tę dziewczynkę do pałacu Królowej Śniegu, gdzie jest jej towarzysz zabaw. Słyszałeś pewnie to, co ona opowiadała, bo mówiła dość głośno, a ty zawsze podsłuchujesz. 
Ren wysoko podskoczył z radości. Dziewczynka rozbójników podniosła do góry Gerdę i była na tyle przezorna, że ją mocno przywiązała, a nawet dała jej małą poduszeczkę, aby miała na czym siedzieć.
- Właśnie - powiedziała. - Masz z powrotem twoje futrzane trzewiki, bo będzie ci zimno, ale mufkę zatrzymam sobie, bo jest z ładna. Chyba nie zmarzniesz. Masz tu wielkie rękawice mojej matki, sięgają aż do łokcia. Kładź je! Twoje ręce wyglądają teraz jak ręce mojej wstrętnej matki.
A Gerda płakała z radości.
- Nie mogę znieść tego, że beczysz - powiedziała mała rozbójniczka. - Teraz właśnie powinnaś mieć zadowoloną minę. Masz tu dwa bochenki chleba i ser, nie będziesz głodna. - Wszystkie zapasy przywiązano renowi. Mała rozbójniczka otworzyła drzwi i zawołała do środka wszystkie wielkie psy, potem przecięła nożem postronek i powiedziała do rena: 
- Teraz pędź, ale uważaj na dziewczynkę.
A Gerda wyciągnęła ręce w wielkich rękawicach do małej rozbójniczki i powiedziała:
- Do widzenia! - A potem ren puścił się przez krzaki i kamienie, przez wielki las, przez błota i stepy tak prędko, jak tylko mógł. Wilki wyły, a kruki krakały>
- Fut, fut! - dźwięczało w powietrzu. Brzmiało to tak, jakby ktoś pluł czerwonym ogniem.
- To moja stara zorza północna - powiedziała ren. - Patrz, jak błyszczy. 
I potem biegł jeszcze prędzej, coraz dalej, dniem i nocą. Gerda zjadła chleb, ser także i już byli w Laponii. 

Hans Christian Andersen:))