Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Kociołek

Na przyzbie małej chatki, na skraju wsi, siedziało dwoje staruszków.
- Cóżeś się tak zafrasował? - spytała żona.
- Bo myślę o tym, że trzeba będzie sprzedać krowę, a żal mi jej.
- Co, naszą Krasulę chcesz sprzedać? Chyba cię coś zamroczyło! Karmiłam nas własnym mlekiem tyle lat, a teraz na starość, jak już straciła mleko, chcesz się jej tak odwdzięczyć?
- A czym ją wyżywimy przez zimę? Myśmy przecież nie gospodarze, tylko wyrobnicy, własnego gruntu nie mamy ani zagonka. A nasz gospodarz nie da paszy dla krasuli.
Staruszka westchnęła:
- Oj, nie da, nie da, to prawda. Odprawił nas, jakeśmy się zestarzeli i nic go nie obchodzi, że możemy umrzeć z głodu. Jeszcze jak pokręcił rachunki na pożegnanie, że nie wypłacił nam ani gotówki, ani zboża, które mam był winien. "Nic się wam nie należy", powiedział, "a więc was nie potrzebuję, bo nie macie już siły do pracy". Nasz gospodarz, chociaż sam ma tyle krów i owiec, i pola, i łąki, nie dał by dla krasuli nawet garści sieczki.
- Nie wyrzekaj, żono - uspokajał ją mąż - ale sam widzisz, że musimy sprzedać krowę, inaczej padnie nam z głodu. Wiele się za nią niedostanie, ale kupimy sobie choć trochę jedzenia na zimę.
Żona jeszcze biadała, nawet trochę łez uroniła, wreszcie skończyło się na tym, że mąż wziął krowę na postronek i poszedł, żeby Krasulę sprzedać na jarmarku.
Idzie, idzie, aż tu spotyka wędrownego handlarza z workiem na plecach.
- Dokąd prowadzicie to bydlątko, dziadziusiu?
- Na sprzedaż.
- Może ja bym kupił waszą krowę?
- Czemu nie, potargujmy.
- Mam tu w worku coś dobrego, dam wam to za krowę - powiedział handlarz
Zsunął worek na ziemię, rozwiązał go, wydobył kociołek na trzech nóżkach z pazurkami i podał go staruszkowi. Ten obejrzał go, opukał i mówi: 
- Jakby był srebrny, to bym go może wziął, bo mógłbym coś za niego kupić. Ale to zwyczajny, żelazny kociołek, w dodatku już zardzewiały ze starości. Nie mogę dać krowy za taki gar.
- Jak nie, to nie - powiedział handlarz i chciał wrzucić kociołek z powrotem do worka.
Wtem staruszek usłyszał, że kociołek mówi do niego cichutko, ale wyraźnie:
- Weź mnie, weź mnie, weź mnie ...
"Dziwy jakieś", pomyślał. " to nie jest zwyczajny kociołek, trzeba go wziąć". Oddał handlarzowi postronek od krowy, chwycił kociołek i zawrócił w stronę domu.
Im bliżej był chaty, tym wolniej szedł, bo się bał, co też żona powie na taką zamianę.
Zdziwiła się, że wrócił tak prędko.
- Sprzedałem krowę po drodze, więc nie miałem po co iść na jarmark. - powiedział staruszek.
- Dużoś za nią wziął?
- Ten kociołek.
- Ale co w kociołku?
- Powiedziałem ci , że wziąłem kociołek, ale nie mówiłem, że pełny.
Skoro żona pomiarkowała, jaka to była zmiana, wpadła w rozpacz i gniew.
- Czyś ty rozum zgubił po drodze? - zawołała. - Oddałeś krowę za jakiś stary kociołek, w którym nie będziemy mieli co gotować! 
Siadła na ławie i zaczęła płakać.
Wtem kociołek, który stał przed nią na stole, poprosił cichutko: 
- Wyczyść mnie, wyczyść mnie, wyczyść mnie... 
Przestała płakać, ze zdziwienia szeroko otworzyła oczy, potem skoczyła po szmatkę, nagarnęła na nią popiołu spod blachy i zaczęła czyścić kociołek. Tarła go, tarła, aż błysnął jak srebrny. 
Wtedy powiedział:
- Skoczę, skoczę skoczę... 
- Dokąd skoczysz, kochany kociołku? 
- Skoczę do bogatego gospodarza i przyniosę to, czego wam potrzeba.
Zeskoczył ze stołu, przesadził próg - i hop! hop! hop! pobiegł bokiem gościńca, wzdłuż rowu.
Bogata gospodyni własnie zamiesiła słodki, tłuste ciasto na kołacze, a ono tak urosło, że chciało wykipieć z dzieży. Rozglądała się więc po kuchni za jakimś naczyniem, do którego mogłaby część ciasta przełożyć.
Tymczasem kociołek wskoczył cichutko do kuchni stanął obok dzieży. Gospodyni popatrzyła na niego i zastanowiła się. "Czyj to taki zgrabny, błyszczący kociołek? Nie mój, to pewne. Ktoś go tu widać postawił i zapomniał zabrać. Ale to nic, wezmę go sobie, bo mi się przyda. Nikt tego przecież nie widzi."
Nałożyła pełno ciasta do kociołka i odwróciła się, żeby wymieść żar z pieca. Kociołek zamruczał cichutko: 
- Skoczę, skoczę, skoczę... - i wyskoczył z kuchni na podwórze, z podwórza na gościniec, a gościńcem hop! hop! hop! przycwałował do chatki biedaków.
Przeskoczył próg i stanął.
- Patrz, mężu, co kociołek nam przyniósł - zawołała staruszka i klasnęła w ręce. - Skąd on to wziął? Chyba gospodyni przypomniała sobie o nas i przysłała nam część swojego ciasta, ona zawsze piekła wyborne kołacze.
Staruszek zabrał się zaraz do rozpalania w piecu, żeby żona mogła ciasto upiec. Dawno nie jedli takich pyszności.
Bogata gospodyni bała się gniewu męża, więc nie powiedziała mu, że zjawił się tajemniczy kociołek i uciekł z ciastem. Nazajutrz rano, skoro świt, kociołek zeskoczył z półki, stanął obok łózka i poprosił staruszkę:
- Wyczyść mnie, wyczyść mnie, wyczyść mnie!
Staruszka tak go wypucowała szmatkami, że błyszczał jeszcze piękniej niż poprzednim razem. Kociołek zawołał:
- Skoczę! Skoczę! Skoczę!
- Dokąd skoczysz, kochany kociołku?
- Skoczę do bogatego gospodarza i przyniosę, czego wam potrzeba.
Przesadził próg i hop! hop! hop! pobiegł skrajem gościńca.
U gospodarza po całym podwórku rozlegały się miarowe uderzenia cepów, to parobcy młócili pszenicę na klepisku. Sam gospodarz wysypiał się jeszcze pod pierzyną, ale oni zdążyli już namłócić tyle zboża, że nie mieli gdzie zsypywać. 
Kociołek wskoczył cicho i stanął pod ścianą stodoły. Wydął się, napęczniał i zrobił się wielki jak piec.
- Patrz no - zawołał jeden z parobków - ślepi byliśmy, czy co, żeśmy tego kotła nie widzieli? Martwimy się, gdzie sypać, a tu stoi kocioł wielki jak byk i czeka.
Nasypali do kotła pszenicy po brzegi i zabrali się z powrotem do młocki. Kocioł mruknął sam do siebie:
- Skoczę, skoczę, skoczę...
Wyskoczył, ze stodoły za plecami młocarzy i pobiegł do chaty biedaków.
Staruszkowie czekali na powrót kociołka i spodziewali się czegoś dobrego. Ale kiedy wtoczyło się na ich podwórko olbrzymie kolisko, aż im dech zaparło z wrażenia. Staruszek wspiął się na palce, zajrzał do środka i zawołał:
- Pełen pszenicy, najdrobniejszej pszenicy! To chyba nasz gospodarz przypomniał sobie, że nam nie wypłacił ordynarii i przysłał ją teraz.
Jego żona śmiała się z radości. Wiedziała, że przez całą zimę nie zaznają głodu.
Kiedy go opróżniali, kociołek zrobił się znów mały i grzecznie wskoczył na półkę. 
Parobcy bali się gospodarza, więc mu nie powiedzieli, że tajemniczy kocioł wyniósł część pszenicy.
Na trzeci dzień rano staruszka już nie czekała, aż kociołek poprosi, żeby go wyczyściła. Zaledwie wstała, tarła go szmatkami póty, aż zabłysł ja księżyc w pełni.
Kociołek zawołał wesoło:
- Skoczę! Skoczę! Skoczę!
- Dokąd skoczysz, kochany kociołku?
-Skoczę do bogatego gospodarza i przyniosę, czego wam potrzeba.
Przesadził próg i pobiegł tak prędko, że zakurzyło się za nim na gościńcu.
Gospodarz był sam w swojej izbie. Zamknął drzwi na zasuwę, ale zapomniał zamknąć dokładnie okna i zostawił je uchylone. Siedział na ławie i liczył swoje pieniądze.
"Tylu złodziei kręci się po świecie, lepiej złoto zakopać nocą nie nikomu nie mówiąc, nawet żonie, bo rozgada. Ale w czym zakopać? Póki było pod łóżkiem, mogłem je trzymać w skrzynce zamkniętej na kłódkę, ale w ziemi skrzynka zgnije".
Tymczasem kociołek uchylił okno szerzej, wskoczył cicho do izby i stanął na ławie obok gospodarza. Kiedy ten go spostrzegł zdziwił się bardzo. "Skąd on się tu wziął?, zastanawiał się."Ja takiego kociołka nie miałem. Ale to nic, że nie mój. Wezmę go sobie, bo mi się przyda". 
Podczas gdy gospodarz sypał do niego złote monety, kociołek ani drgnął. Ale kiedy poczuł, że jest pełny po brzegi, brzdęknął pieniędzmi i zawołał:
- Skoczę! Skoczę! Skoczę! 
W mig wyskoczył przez okno i uciekł.
Zanim grubas zdążył wybiec za nim przez drzwi dookoła domu, po kociołku z pieniędzmi nie zostało ani śladu.
Kociołek wysypał staruszce złoto do fartucha, aż ugięła się pod ciężarem, a sam zawrócił co prędzej na podwórze gospodarza. Ukrył się za studnią i czekał, co będzie.
Tymczasem bogacz czerwony i wściekły biegał po podwórzu i krzyczał:
- Gdzie kociołek? Gdzie ten przeklęty kociołek?
Żona bogacza myślała, że jej mąż dowiedział się od kogoś o cieście, więc podeszła do niego cała drżąca. 
- Proszę cię, mój mężu, nie gniewaj się na mnie. Ja przecież nieumyślnie pozwoliłam zabrać kociołkowi ciasto.
- Jakie ciasto? - wrzasnął. - Kiedy to się stało i jak? 
Dopiero teraz dowiedział się, ja to było z ciastem dwa dni temu. Rozzłościł się jeszcze więcej i szukając kociołka pobiegł pod stodołę.
- Gdzie jest kociołek? Gdzie uciekł ten nicpoń? - wołał rozwścieczony.
Robotnicy myśleli, ze gospodarz dowiedział się od kogoś o pszenicy. Zaczęli prosić:
- Nie gniewaj się panie! Przecież nienaumyślnie pozwolili mu wziąć waszą pszenicę.
- Jaką znów pszenicę? - wrzasnął gospodarz. - To on i pszenicę zabrał?
Dopiero teraz dowiedział się, co się stało na gumnie poprzedniego dnia. Wtem zobaczył kociołek, który wyskoczył zza studni na gospodarskie obejście, zaczął tańczyć i podrygiwać na trzech nóżkach. Twarz gospodarza posiniała z gniewu. Biegał za kociołkiem, wymachiwał rękami i krzyczał:
- To on! To on zabrał mi ciast i pszenicę, i pieniądze! Łapać go! Dajcie mi siekierę, to go roztrzaskam!
Wtedy kociołek przyskoczył do gospodarza, capnął go za łokieć pazurkami i nuż ciągnąć ku wrotom.
- Puszczaj! Puszczaj! - krzyczał bogacz przerażony.
Ale łapki kociołka wczepiły się w jego rękaw żelaznymi pazurkami i ciągnęły go, ciągnęły, aż wyciągnęły na gościniec. Powlokły go przez wieś.
Staruszkowie stali oboje na progu swojej chatki odświętnie ubrani, bo wybierali się właśnie do swego dawnego chlebodawcy z podziękowaniem za to, co im przyniósł kociołek. Wtem zobaczyli, co dzieje się i zwolnili zdumieni i przestraszeni:
- Kociołku, co robisz? Dokąd ciągniesz naszego gospodarza? 
- Skaczę z nim, skaczę, skaczę aż na koniec świata! - zakrzyknął kociołek.
Kociołek z gospodarzem zniknęli w dali nikt nie zobaczył ich już nigdy. Staruszkowie mieli teraz wszystko, czego im było potrzeba. Obdzielili innych biedaków we wsi i żyli szczęśliwie.

Bajka angielska:))

Twardowski

Gdzie urodził się Twardowski, o którym tyle krąży opowieści, tego wam nie powiem, bo żadne zapiski o tym nie mówią. Wiemy tylko, że było to bardzo dawno, jeszcze w szesnastym wieku; kiedy Twardowski dorósł, panował nam miłościwie król Zygmunt August, ostatni Jagiellończyk.
Twardowski był szlachcicem po ojcu i po matce, ale zapewne pochodził z niezbyt znacznego rodu, bo nie wysłali go rodzice na naukę za granicę ani też nie oddali na dwór magnacki, tylko do Akademii Krakowskiej.
Co prawda była to wtedy uczelnia znana w kraju i za granicą; jednakże żaden szlachcic z bogatego rodu nie byłby w owych czasach obrał zawodu lekarza.
Z początku Twardowski był uczniem pilnym i pobożnym, układał nawet podobno kantyczki do Matki Boskiej, które powszechnie śpiewano.
Ale z czasem zachciało mu się poznać takie sekrety, jakich nie mógł mu odkryć żaden człowiek: jak robić złoto, jak wywoływać duchy zmarłych, jak odzyskać młodość i nigdy nie umrzeć.
Zaczął studiować księgi czarnoksięskie i nauczył się zaklęć, którymi można było wywołać diabła.
Kamienica, w której mieszkał Twardowski, stała pośród innych koło bramy grodzkiej. Niedogodnie było sprowadzić tam diabła, należało znaleźć miejsce bardziej ustronne.
Wybrał je sobie za Wisłą, na Podgórzu, gdzie do dziś wznoszą się wapienne skałki zwane Krzemionkami. Tam chodził Twardowski sam jeden i w skalnej rozpadlinie próbował swoich zaklęć czarnoksięskich.
Nie od razu udało mu się wywołać diabła. Ale dnia pewnego, kiedy wypowiedział wezwanie i użył tajemnych znaków — ziemia się zatrzęsła, błysnęło, buchnął płomień i przed Twardowskim stanął czart.
Nie wiemy, jak się z sobą targowali. Dość, że skończyło się na ugodzie. Diabeł obiecał służyć Twardowskiemu i spełniać wszystkie jego zachcianki aż do końca życia. W zamian za to Twardowski zapisał mu ciało i duszę po śmierci na wieki.
Straszna to była cena. Twardowski miał zamiar wykręcić się jakoś od tej zapłaty, więc wytargował paragraf dodatkowy: oto diabeł będzie miał prawo porwać go do piekła tylko z Rzymu. Myślał sobie, „mogę jeździć po całym świecie, ale nikt mnie nie zmusi, żebym jechał właśnie do Rzymu".
Diabeł zgodził się na ten warunek, bo wiedział, że kto wejdzie z nim w układy, ten musi w końcu przegrać.
Czart wygotował cyrograf na pergaminie, Twardowski podpisał go krwią z serdecznego palca.
Teraz zaczęło się dla niego życie pełne nadzwyczajności.
Kazał sobie na płótnie namalować konia, a ten koń ożył w jednej chwili. Twardowski go dosiadł i jeździł na nim, gdzie chciał. Nie miał biczyka — to ukręcił go sobie z piasku.
Kiedy mu się sprzykrzył malowany koń, dosiadał koguta. Kogut rósł w oczach, mógł unieść dorosłego mężczyznę i piejąc biegał po Krakowie z czarnoksiężnikiem na grzbiecie.
Ludzie gromadzili się ze wszystkich stron, żeby obejrzeć te dziwy. Nawet spoza Krakowa furmanki zwoziły ciekawych przez bramy grodzkie, tym bardziej, że kiedyś widziano, jak Twardowski latał bez skrzydeł nad dachami.
Tłumy podziwiały czarnoksiężnika, ale jednocześnie bano się go. Rozchodziły się trwożne wieści, że tylko dzięki zmowie z czartem doszedł do takiej potęgi.
— Czy wiecie, ludzie, co on zrobił u nas pod Knyszynem? — opowiadał obok Sukiennic jakiś przyjezdny. — Brakowało nam wody, bo to u nas nie ma rzeki. Nasz dziedzic to jakiś Twardowskiego krewniak. Twardowski chciał mu wygodzie i przez jedną noc wykopał mu wielki staw. Nawet nikt nie widział, jak on to zrobił. Mamy ten staw do dziś, nazywa się Czechowizna, cała wieś z niego korzysta.
— Przyjechali tu do nas, do Krakowa, handlarze zza Czerwińska — przerwała mu jedna ze straganiarek spod Sukiennic. — Mówili, że nasz Twardowski tam był także. Dźwignął na polu taki głaz, którego sześć koni nie mogło wyciągnąć. A on go wziął jakby to było jabłko, podniósł na grzbiecie i wrzucił do rzeki, aż woda na brzegi chlusnęła.
— Nie dziwota — mówiła inna — on przecie robił jeszcze większe czary. Pod Ojcowem przeniósł skałę wysoką jak góra i postawił cieńszym końcem na dół, że wygląda jak buława jakiego olbrzyma. Sokoły się na niej zagnieździły, więc ludzie o niej mówią : Sokola Skała.
— To nie Twardowski sprawił, tylko bies, co mu służy — szepnął trwożnie sukiennik z sąsiedniego stragana. — Czy to człowiek, chociażby nawet czarnoksiężnik, potrafiłby z całej Polski znieść srebro w jedno miejsce, jak się stało pod Olkuszem? Olkuską kopalnię srebra też czart zbudował, bo go zaklął Twardowski.
— Tsss, nie wymawiajcie złego imienia — syknęła przekupka i obejrzała się trwożnie, czy aby diabeł nie podsłuchuje.
Twardowski mieszkał w Krakowie, ale jeździł po całej Polsce. Czasem to nawet tak dziwnie się działo, że widziano go i tu, i tam. Mieszczanie krakowscy zaklinali się, że go spotkali w tym a w tym dniu na Floriańskiej czy na Szpitalnej, a tymczasem inni ludzie oglądali go gdzieś daleko, w Warszawie czy Bydgoszczy.
Opowiadano sobie tam nawet o przypadku, którego sprawcą był tenże sam Twardowski z Krakowa.
Poznał on w Bydgoszczy przy kuflu pewnego szlachcica, który na hulankach roztrwonił majątek odziedziczony po przodkach i wałęsał się teraz po gospodach, przysiadając się do nieznajomych w nadziei, że go poczęstują.
Twardowski miał zawsze trzos pełen dukatów, diabeł mu go napełniał co rano. Chętnie też każdemu fundował i wdawał się w rozmowy z obcymi, chyba że tego dnia ogarnęły go czarne myśli i przeczucia, bo wtedy zaszywał się w ciemny kąt i z nikim nie gadał.
Ale tym razem był wesół i podochocony, toteż sąsiadom w gospodzie pokazywał sztuczki rozliczne, a kiedy się dziwowali, on śmiał się do rozpuku.
Przysunął się bliżej na ławie ów zubożały szlachcic i zagadnął Twardowskiego:
— A może byś tak waćpan dobrodziej i mnie dopomógł jaką sztuczką? Cały majątek przepadł mi z kretesem i nie mam z czego żyć.
— Czemu nie, panie bracie — zawołał Twardowski. — Chętnie ci pomogę! Rad takowych, jak są moje, nie godzi się dawać publicznie, ale zajdź do mnie waćpan wieczorkiem na kwaterę, to sobie pogadamy.
Kiedy ów szlachcic przyszedł na zaproszenie, Twardowski poczęstował go lampką wina i odsypawszy na stół garść srebrnych monet, powiedział:
— Odlicz waćpan dziewięć pieniążków, idź z nimi do ustronnej jakiejś chaty i licz tam owe pieniążki od wieczora aż do świtania. Licz od jednego do dziewięciu i z powrotem od dziewięciu aż do jednego. Rób tak bez przerwy, póki słońce nie wstanie, ale uważaj, żebyś się nie pomylił, bo wszystko przepadnie. Czartów się nie bój; choć cię będą straszyły, nic ci nie zrobią.
Szlachcic poszedł za radą Twardowskiego. Zasiadł z wieczora na ławie w pustej chacie i przy świetle łojówki liczył swoich dziewięć pieniążków tam i z powrotem. Biesy wyły, skakały i sypały skrami dokoła niego, a on nic, tylko powtarza swoje:
— Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden — i tak w kółko.
Zaczęło szarzeć, a on nie pomylił się ani razu i nie uląkł się diabelskich strachów.
Słońce miało już wstać niebawem, gdy w izbie stanął nagle czart w postaci Twardowskiego. Oparł się dłonią o stół obok pieniążków i pyta:
— Nie pomyliłeś się?
— Nie — odpowiedział szlachcic, który myślał, że to Twardowski przyszedł zobaczyć, jak mu się powodzi.
— No, to licz dalej! — huknął czart i znikł, tylko na stole pozostał wypalony ślad jego pazurów.
Przerażony szlachcic chce liczyć dalej — a tu zapomniał, na czym przerwał.
I tak przepadło wszystko.
Ale wyszło mu to w końcu na korzyść, bo chociaż majątku nie odzyskał, to jednak opamiętał się i został mnichem w bydgoskim klasztorze reformatów. Tam przez resztę życia pokutował za swoje hulanki i za to, że wdał się w diabelskie praktyki.
Przyszedł czas, kiedy Twardowskiemu zachciało się żenić. Wybrał sobie mieszczkę krakowską miernego stanu, ale fertyczną i liczka gładkiego, którą znęciło jego bogactwo.
Z początku zaczęła się z nim droczyć. Najpierw zamknęła jakieś stworzenie we flaszce z zielonego szkła i powiada:
— Co to za zwierzę, robak czy wąż?
Kto to odgadnie, będzie mój mąż.
Twardowski miał diabła jako doradcę i wiedział o wszystkim, co się gdzie kryje. Toteż zawołał od razu:
— To pszczółka, waćpanno, to pszczółka!
I zgadł.
Ona jednak postawiła mu nowy warunek:
— Chcę, żebyś mnie wasza miłość przewiózł łodzią po Wiśle, ale tak, żebyśmy jechali pod prąd bez żagla ani wioseł.
— Zgoda! — zawołał Twardowski i powiózł ją tak w stronę Tyńca, a ludzie podziwiali spod Wawelu tę jazdę.
Na tym się jednak nie skończyło, bo ona zażądała jeszcze czegoś nowego:
— Chcę być kramarką na krakowskim rynku. Zbuduj mi tam domek, żebym miała gdzie sprzedawać garnki.
Twardowski podkręcił wąsa, z uśmiechem wziął ją za rączkę i wprowadził pod Sukiennice. A tam stał już przygotowany dla niej domeczek z wypalonej gliny. Przed nim na półkach i na ławach rozstawiono garnki i garnuszki, donice i miski, i dzbanki, i dwojaczki. Wszystko śliczne, polewane w kogutki, w lelije, w kocie pazurki, w sosenki, w różyczki.
Teraz już zgodziła się zostać żoną Twardowskiego.
Ale od tej pory dopiero zaczęły się psoty!
Siedzi sobie pani Twardowska na krakowskim rynku, plotkuje z kumoszkami i garnki sprzedaje. Kupujących nie brak, bo straganiarka urodziwa, a towar wyborny.
Wtem wjeżdża na rynek okazała kolasa, a w niej pan Twardowski przy szabli, w kontuszu i żupanie, w kołpaku z piórem i w czerwonych butach. Aż łuna od niego bije.
Przed nim dwaj hajducy drogę torują — myślałby kto, że to hetman jaki albo wojewoda na Wawel jedzie do króla jegomości.
Wtem kolasa przystaje obok straganów i Twardowski klaszcze na czeladź. Ci rzucają się na stragan pani Twardowskiej i nuż tłuc pałkami, nuż rzucać na ziemię garnki i misy, nuż deptać po nich obcasami...
Twardowska w krzyk, w lament, a mąż wygląda z kolasy i śmieje się do rozpuku.
— Nie płacz — woła — jutro ci sprawię piękniejsze!
Tak się to z żoną przekomarzał.
Ale dobrze z sobą żyli. Tylko dzieci nie mieli. Ludzie szeptali, że błogosławieństwa bożego brak temu stadłu.
W czary Twardowski nie wtajemniczył żony. Miał na czary komnatę osobną, sklepioną, na ciężkie wrzeciądze zamykaną, w niej foliały, butle przeróżne i palenisko.
Nikomu zachodzić tam nie dozwalał oprócz jednego ucznia zaufanego, a i ten nie do wszystkich sekretów był przypuszczony.
W owej komnacie Twardowski warzył tajemnicze zioła, sporządzał driakwie i maście. Prócz tego, jak powiadają, złoto nawet wytapiał.
Jego sława lekarska rozeszła się szeroko. Z całej Polski zjeżdżano się do niego po radę na przeróżne choroby, czasem nawet przez granicę czeską albo węgierską przetoczyła się kolasa wioząca kogoś, kto jego porady potrzebował.
Twardowski od jednych brał pieniądze za leczenie, od innych nie brał — jak się zdarzyło. Naprawdę to tych pieniędzy nie potrzebował, miał ich od czarta jak piasku.
Szeptano też, że umie wywoływać dusze zmarłych. Miał lustro z polerowanego kruszcu, w czarną dębową ramę ujęte. W tym lustrze ukazywały się patrzącym różne dziwy, w nim też oglądali nieboszczyków tak, jakby ci jeszcze żyli.
Czasem Twardowski potrafił wywołać ducha zmarłej osoby nawet bez lustra, tak że ukazywała się na chwilę pośród żywych.
Właśnie w tym czasie zmarła królowi umiłowana małżonka, piękna Barbara Radziwiłłówna. Zygmunt August nie mógł pocieszyć się po tej stracie — wychudł, pobladł, obawiano się o życie młodego króla. Zwierzył się kiedyś dworzanom, że dałby nie wiedzieć co, byle mógł choć przez chwilę zobaczyć ducha Barbary.
Dworacy sprowadzili wróżów, obiecali im wspaniałe nagrody, czarodzieje próbowali rozmaitych zaklęć i sztuk — wszystko na próżno.
Wtem zjawił się nie wołany mistrz Twardowski. Obawiano się wzywać go z powodu jego konszachtów z mocami piekielnymi, ale kiedy przyszedł i oświadczył, że gotów jest ukazać królowi jego zmarłą małżonkę, Zygmunt August koniecznie chciał go wypróbować.
Twardowski ostrzegał króla:
— Miłościwy panie, gdyby wasza królewska mość poruszyła się z miejsca albo wyrzekła bodaj jedno słowo, nie ręczę za życie waszej królewskiej mości.
Król obiecał zastosować się do tej przestrogi.
Jakich zaklęć, czarodziejskich narzędzi i magicznych figur użył Twardowski do pomocy, nie wiadomo. Dość, że podobno z mroków komnaty powoli wystąpił cień młodej zmarłej. A króla ogarnęło takie wzburzenie, taka żałość, że zerwał się z fotela i chciał podbiec do zjawy.
Twardowski ledwo zdążył przytrzymać króla za ramiona, ale cień Barbary rozwiał się natychmiast.
Przyszedł wreszcie czas, gdy Twardowski się zestarzał. Coraz mniej mógł korzystać z różnych uciech, których dostarczał mu diabeł. Bo jakże tu używać życia, gdy po kościach człowieka strzyka, grzbiet chyli się ku ziemi, słuch zawodzi i wzrok się mąci?
Diabeł — wiadomo — pragnąłby jak najprędzej ukończyć służbę i porwać Twardowskiego. Cieszył się więc, że czarnoksiężnik się starzeje i zapewne niedługo umrze. Ale sam Twardowski wcale nie miał ochoty umrzeć i dostać się do piekła.
Był z niego ryzykant, więc postanowił w tajemnicy popróbować sztuki, o której wyczytał w starej księdze.
Kazał uczniowi rozgłosić wszędzie nowinę o śmierci swego mistrza, a sam w największej tajemnicy wyciskał soki z ziół, sporządzał wywary i maście.
Potem wypił jeden z naparów i zapadł w głęboki sen. Wtedy uczeń posiekał jego ciało na drobne kawałki, natarł je maściami i polał sokiem z ziół, jak mu Twardowski nakazał. Następnie złożył ciało z powrotem, ale w trumnie, na posłaniu z wiórów.
Wiadomo było, że czarnoksiężnik żył z biesem w komitywie, toteż nikt nie szedł za jego trumną oprócz tego jednego ucznia. Pochowano go nie na cmentarzu, tylko za murem, na nie poświęcanej ziemi.
Twardowski przed śmiercią powiedział był uczniowi tak:
— Masz czekać od chwili mojego pogrzebu trzy lata, siedem miesięcy, siedem dni i siedem godzin. Nastanie wtedy północ, a księżyc świecić będzie w pełni. Weźmiesz rydel i pójdziesz na mój grób, ale sam jeden, w tajemnicy. Rozkopiesz mogiłę, zapalisz nad trumną siedem świec i otworzysz ją. Jeżeli wszystko się uda, to w trumnie znajdziesz mnie żywego.
Uczeń zrobił jak kazał mistrz. Skoro nadszedł dzień wyznaczony, zabrał łopatę, zabrał świece i poszedł na grób Twardowskiego.
Z początku pracował przy świetle księżyca. Kiedy rydel uderzył już o wieko trumny, uczeń zapalił świece i przy ich migotliwych płomykach odgarnął ziemię, odsłonił wieko, podważył je i uniósł.
W trumnie na posłaniu z kwitnących fiołków i macierzanki leżało maleńkie niemowlę...
Zdumiał się uczeń. Co tu robić? Mistrz nie zezwolił przypuścić nikogo do tajemnicy, więc uczeń zrzucił kapotę, zawinął w nią niemowlę, a zasypawszy dół z powrotem ziemią dla niepoznaki, zabrał dziecię do domu i zamknął je w tajemniczej komnacie Twardowskiego.
Uczeń pielęgnował dziecko troskliwie, a ono po siedmiu dniach zaczęło mówić i po siedmiu miesiącach stało się dorosłym młodzieńcem, odrodzonym imć panem Twardowskim, jak wprzódy lekarzem czarnoksiężnikiem.
Wtedy ucznia swego zamienił Twardowski w pająka, żeby nie mógł zdradzić jego tajemnicy. Trzymał go w swojej komnacie i opiekował się nim troskliwie. Kiedy wyjeżdżał z domu, pająk zawsze mu towarzyszył, uczepiony u jego buta nitką pajęczyny.
Od chwili pogrzebu Twardowskiego diabeł na próżno szukał jego duszy i nigdzie nie mógł jej znaleźć. Podejrzewał więc jakiś podstęp.
Okazało się wreszcie, że Twardowski znów chodzi po ulicach Krakowa, nie tylko żywy, ale nawet odmłodzony.
Ba! na dobitkę czarnoksiężnik przywołał sobie znów czarta magicznym zaklęciem i kazał mu służyć jak przedtem.
Tego było nadto. Diabeł wpadł we wściekłość i postanowił z tym skończyć.
Kiedyś Twardowski przechadzał się po lesie bez swoich narzędzi czarnoksięskich, wtem diabeł napadł na niego. Zaczął go szarpać i krzyczeć:
— A pójdziesz mi nareszcie do Rzymu, przechero! Zapisałeś mi duszę, a teraz próbujesz się wymigać?
— I owszem, zapisałem — przyznał Twardowski. — Ale, po pierwsze nie było mowy o żadnym terminie. Po drugie, tyś się zobowiązał, że nie weźmiesz mnie inaczej niż z Rzymu, ale ja ci wcale nie obiecałem do Rzymu pojechać. Więc jakim prawem mi dokuczasz? Wynoś mi się stąd natychmiast!
Tu użył straszliwego zaklęcia. Diabeł nie mógł mu się oprzeć. Ale zanim znikł, wyrwał sosnę i uderzył nią Twardowskiego po nogach. Jedną z nóg mu zdruzgotał, a chociaż się zrosła, czarnoksiężnik odtąd kulał i przezwano go Kuternogą.
Kuternoga czy nie Kuternoga, hulał jak wprzódy, pił po gospodach i płatał psoty. To zamieni tchórza na chwilę w zająca i wszyscy się śmieją, a zając przerażony kica między ławami. To szpunt przyłoży pijakowi do podgolonego łba i ze szpunta węgrzyn leje się do podstawionego kielicha. To na pustym stole wyczaruje najprzedniejsze jadło i napoje. Czego Twardowski nie wyrabiał!
Ale diabeł nie dał za wygraną.
Pewnego dnia przed dom czarnoksiężnika zajechała, wygodna kolasa. Wysiadł z niej niemłody szlachcic i zastukał kołatką do drzwi. Gdy mu Twardowski otworzył, szlachcic powiedział:
— Jestem dworzaninem Jaśnie Oświeconego... — tu wymienił nazwisko i tytuły znane w całej Rzeczypospolitej. — Pan mój zachorzał w podróży i pilno pragnie widzieć waćpana, bo wierzy, że tylko twój kunszt potrafi go uleczyć. Zechciej więc waćpan nie mieszkając zabrać swoje narzędzia, proszki i mikstury i towarzyszyć mi. Konie czekają pod bramą.
— Dokąd mamy jechać? — zapytał Twardowski. Pochlebiało mu, że magnat nie innych doktorów wzywa ze sławnego krakowskiego grodu, ale właśnie jego. Z drugiej jednak strony niezbyt mu się ta jazda uśmiechała, bo wieczór był dżdżysty i wietrzny, a on siedział sobie przy zacisznym kominku nad kubkiem grzanego wina z korzeniami.
— Pojedziemy w stronę Sandomierza, ale nie nazbyt daleko — tłumaczył przybysz. — Zostawiłem mego pana w gospodzie pod opieką innych dworzan i towarzyszącej mu małżonki, a sam pośpieszyłem po waćpana.
Nie podejrzewając podstępu, Twardowski zebrał się w drogę, wsiadł do kolasy i pojechał.
Dziwił się, że konie szły całą noc jak smoki nie popasając ani razu. Ale nie domyślił się, że to czart przybrał postać podróżnego, żeby go zmylić i powieźć na zatracenie.
Kiedy nazajutrz Twardowski wysiadł wieczorem z kolasy i wszedł do gospody, przed którą się zatrzymali, stado kruków, puchaczy i sów obsiadło z wrzaskiem dach, a dworzanin w jednej chwili przedzierzgnął się z powrotem w diabła.
Twardowski poznał go teraz. Czart miał na sobie niemiecki frak z kamizelką długą, aż na brzuch, krótkie obcisłe spodnie, trój-graniasty kapelusz i trzewiki ze wstążkami i sprzączkami. Jednak spod kapelusza wystawały rogi, a pazury z trzewika.
Diabeł zakrzyknął z triumfem:
— Ha, ha, mam cię nareszcie! Ta karczma Rzym się nazywa! Twardowski pochwycił na ręce dziecko karczmarki leżące w kolebce. Chciał się w ten sposób obronić — wiedział, że szatan nie ma dostępu do bezgrzesznego dziecięcia.
Ale diabeł spoważniał nagle i powiedział:
— Mości Twardowski! Dałeś słowo, a verbum nobile debet esse stabile.
To znaczy po łacinie, że słowo szlachcica powinno być niezłomne. Jak widzicie, był to diabeł uczony.
Opamiętał się Twardowski. Odłożył dziecko do kołyski i rzekł:
— Choć wziąłeś mnie podstępem, masz mnie, mości czarcie!
Diabeł porwał czarnoksiężnika i uniósł w przestworza.
Rozległ się radosny wrzask złego ptactwa na dachu, ale do uszu Twardowskiego dolatywał z coraz większej dali, bo czart niósł go wciąż wyżej i wyżej nad ziemią.
Karczma wyglądała w dole jak muszka, Twardowskiego owiewały wysokie wichry podchmurne. Przypomniał sobie swoje przeszłe życie i ogarnął go straszliwy żal. Teraz już nie ma ratunku, nie pomogą żadne zaklęcia i ezary! Wyrzekł się Boga, zapisał duszę czartu i czart unosi go do piekła.
Wtem przypomniał sobie lata dziecinne, pacierz z matką odmawiany i kantyczki, które układał na cześć Matki Boskiej. I nagle czarnoksiężnik w szponach diabła zanucił gdzieś pod chmurami:
— Przybądź nam, miłościwa Pani, ku pomocy, A wyrwij nas z czartowskiej nieprzyjaciół mocy...
Chmura opadając ku ziemi zaniosła ten głos pasterzom, którzy strzegli nocą swoich trzód na pastwisku.
W tej samej chwili rozległ się w górze okrzyk diabelski pełen wściekłości — i całe niebo zaległa cisza.
Twardowski poczuł, że już nie leci dalej i że nikt go nie trzyma. Dookoła widział srebrzyste światło księżyca.
Usłyszał głos niebieski:
— Zostaniesz tak zawieszony aż do dnia sądnego.
Odtąd w pogodne noce, kiedy jest pełnia księżyca widzimy na nim zarys postaci mistrza Twardowskiego. Uczeń jest razem z nim, bo jak zwykle uczepił się jego buta, kiedy Twardowski wyjeżdżał przed wiekami w swą ostatnią podróż i diabeł uniósł pająka razem z Twardowskim na księżyc. Od czasu do czasu uczeń spuszcza się na nitce pajęczej nisko, niziutko nad ziemię. Podgląda i nadsłuchuje, co się u nas dzieje. Potem wraca na księżyc i opowiada swemu nauczycielowi nowinki, żeby mu się nie przykrzyło.
Na ziemi zostały gadki o Twardowskim, zostały także niektóre pamiątki. Jest na Krzemionkach krakowskich skalna rozpadlina zwana „szkołą Twardowskiego", stoi Sokola Skała pod Ojcowem, istnieją zasypane piaskiem kopalnie pod Olkuszem, z których srebro dawno wybrano.
Kruszcowe zwierciadło do wywoływania duchów zawieszono po śmierci czarnoksiężnika w skarbcu kościoła w Węgrowie na Podlasiu. Chociaż jest ono w dole pęknięte i nie wiadomo, czy by się jeszcze coś w nim ukazało, umieszczono je tak wysoko, żeby ludzie nie mogli do niego zaglądać.
Najdziwniejsze były losy czarodziejskiej księgi, w której mistrz Twardowski spisał na pergaminie całą swoją wiedzę. Nazywano ją po łacinie,,liber magnus", to znaczy wielka księga. Po zniknięciu Twardowskiego oddano ją podobno królowi, żeby rozporządził nią, jak uzna za słuszne. Szkoda było ją spalić, ale nie należało dać jej do rąk byle komu, żeby nie uczyć ludzi czarów i wywoływania diabłów.
W dawnych kronikach zanotowano, że król Zygmunt August zapisał księgę jezuitom wileńskim. Otóż zdarzyło się, że pomocnik przełożonego nad tamtejszym księgozbiorem jezuickim, ksiądz Daniel Butwił, w kilkadziesiąt lat później zaczął czytać ową księgę, by się przekonać, co też czarnoksiężnik tam napisał.
Wtem rozległ się dookoła niego w książnicy piekielny zgiełk i łoskot. Zleciała się ciżba złych duchów, a ksiądz ledwo wymknął się z izby. Spędził noc bezsennie. Z samego rana poprosił innych księży, żeby z nim razem weszli do książnicy. Ale książki Twardowskiego już tam nie znaleźli, pewno ją czarty porwały.
Pewien pamiętnikarz pisze jednak, że widział ją później w książnicy Akademii Krakowskiej i że była to wielka księga na łańcuchach przykuta i kamieniami dla bezpieczeństwa przywalona. Mimo to stamtąd też zniknęła i nie wiadomo, co się z nią stało. 

Bajka polska:))

niedziela, 29 kwietnia 2012

O dobrym przewoźniku i o dwóch siostrach rusałkach

Był sobie stary przewoźnik, który miał trzech dorosłych synów. Żona właśnie mu zmarła, nie szczęściło mu się przez całe życie. Często nie miał nawet kawałka chleba, bo jego rola był to piasek lotny, łąka - bagno bezdenne, a prom miał stary, spróchniały tak że nikt wozić się nim nie chciał.
Żył biedny staruszek, żył - aż zaniemógł i zebrało mu się na śmierć.
Właśnie kiedy umierał, zerwała się straszna burza, błyskało i grzmiało raz po raz, wreszcie deszcz luną jak z wiadra. Rzeka wezbrała i woda uniosła prom. 
Ojciec umarł. Synowie płakali, płakali - ani za co pogrzebu sprawić, ani żyć z czego. A zapracować też nie mam a czym bez promu. 
Przechodził tamtędy starzec z długą, białą brodą.
- Czego płaczecie, biedacy? - zapytał.
Opowiedzieli mu o śmierci ojca i o wszystkim, co się przydarzyło. Staruszek zaczął ich pocieszać:
- Ojciec wasz ciężkie miał życie i z woli bożej teraz ma odpoczynek. Nie ma tego złego, co by się nie obróciło na dobre. Ale spójrzcie na rzekę, toż prom jest na brzegu!
Trzej bracia pobiegli, patrzą: stoi prom nowiutki i mnóstwo ludzi czeka na przewóz. 
Obejrzeli się za staruszkiem - nie było go nigdzie.
Synowie pochowali ojca uczciwie zabrali się do pracy i powoli rozgospodarowali się dostatnio.
Dwaj starsi tacy już byli, że brakło im serca dla ludzi. Prędko zapomnieli o własnej biedzie, więc i cudzej nie rozumieli. Darmo nikogo nie przewieźli, choćby to był żebrak albo kaleka, co na nogach ledwo mógł ustać. Nawet jeśli ze łzami prosił, odpędzili takiego, co nie miał czym zapłacić i jeszcze połajali go złym słowem.
Najmłodszy całkiem się od nich odrodził. Co mu kto dał za przewóz, to on wziął bez targu, a jak tamten powiedział, że nie ma czym płacić to go przewiózł za darmo.
Z początku bracia dzielili się zarobkiem równo: mnie część, tobie część, jemu część. Ale już po kilku dniach najstarszy mówi do najmłodszego:
- Tak dalej być nie może. Jesteś głupi i chce ci się wozić za darmo - twoja wola. Ale odtąd będziesz miał to, co sam zarobisz, a my weźmiemy swoje. 
Tak więc wyszło, że po jakimś czasie starsi się wzbogacili, a najmłodszy nie. Ale chleba u mnie brakło. I pracowało mu się wesoło. 

Raz o zachodzie słońca, kiedy najstarszy brat był na promie, przyszedł ten sam staruszek, co dawniej i poprosił:
- Przewieź mnie dobry człowieku.
- Masz czy zapłacić?
- Nie mam przewieź mnie za "Bóg zapłać".
- To nie syci ani nie grzeje. Nie przewiozę z "Bóg zapłać" 
- To weź moją starą, pustą kiesę, nic innego nie mam.
- Idź najpierw na żebry, a jak zbierzesz co do tej kieski, wtedy cię przewiozę inaczej nie. Tymczasem fora ze dwora! 
Postał starzec przy promie - i poszedł.
Na drugi dzień wrócił znów. Tego dnia średni brat był na promie, ale i on starca odepchnął.
Na trzeci dzień najmłodszy brat woził ludzi promem. Przewiózł staruszka na tamten brzeg i o zapłatę wcale nie pyta, jeszcze mu podziękował za dobre słowa po śmierci ojca i życzył szczęśliwej drogi. 
Staruszek podziękował za przewóz i mówi: 
- Nie mam ci czym zapłacić, ale weź moją kieskę. Chociaż jest stara i pusta i wygląda na, to że nic nie jest warta, przyda ci się. Potrząśnij nią tylko i powiedz:
Ile szyszek jest na sośnie
Ile jagód w lesie rośnie
Ile brzęczy pszczół na lipie
tyle złota niech się sypie.
Tak rozkazał, kto mi cię dał 
- Spamiętasz?
- Spamiętam.
Wziął najmłodszy brat kieskę i poszedł do domu. 
- Dużoś zarobił? - spytał średni brat.
- Trzy grosze i tę kieskę.
Bracia zaczęli się śmiać.
- Ha, ha, ha! Przewiózł tego starucha, co się wciąż napraszał darmo na prom! Przecież tamten też nas częstował swoją starą pustą kiesą. Wreszcie trafił na głupiego co ją wziął.
Najmłodszy brat nic nie odpowiedział, tylko potrząsną kieską i zawołał:

- Ile szyszek jest na sośnie
Ile jagód w lesie rośnie
Ile brzęczy pszczół na lipie
tyle złota niech się sypie.
Tak rozkazał, kto mi cię dał

I patrzcie: złoto sypnęło jak grad, cały stół zasypało. Starsi bracia rzucili się chciwie i nuż garnąć je każdy do siebie.
Radość była w całej wiosce, ba! I w innych wioskach dookoła, bo dobry przewoźnik każdego obdarował, o kim wiedział, że jest w potrzebie. 
Ale chciwemu się zda, że ręce wciąż ma puste choćby nie wiedzieć ile wziął. Tak i dwaj starsi bracia. Najmłodszy złota im nie żałował, ale oni wciąż zazdrościli mu kieski złotosypki. 
Złościli, zazdrościli wreszcie wzięli się na sposób. Jeden kupił winek kiełbasy, drugi flaszkę wódki i dalejże brata częstować.
- Pojedz se chudzin! Napij się na rozgrzewkę!
Najmłodszy brat nigdy nie pijał gorzałki, bo mu nieraz przypominało, jak ojciec nieboszczyk mawiał: "od wódki rozum krótki". Ale tym razem deszcz z wichrem zacinał, on przeziąbł na promie więc pomyślał:
- A no, spróbuję raz. Jeden kieliszek to tyle co nic.
Wypił jedne a, brat starzy mówi:
- Człowiek chodzi na dwóch nogach nie na jednej.
Wypił drugi a brat średni mówi:
- Koniczyna ma trzy listki, a nie dwa.
Tak od kieliszka do kieliszka, spać mu się zachciało okrutnie. Oparł głowę o stół i zachrapał.
Bracia tylko na to czekali. Ukradli mu kieskę złotosypkę i w nogi! Jeszcze z chaty wynieśli wszystko co lepsze.
Ale jaki nabytek, taki użytek. Najstarszy kupił sobie okręt, naładował na niego pełno towarów i pojechał sprzedać je za morze. Okręt rozbił się o skały i zatonął, a razem z okrętem utonął najstarszy brat ze swoimi towarami.
Drugi kupił dwanaście bryk czterokonnych i także naładował na nie pełno dobytku, osie ledwo go dźwigały, a konie ledwo ciągnęły. Jechali lasem, w lesie napadli zbójcy, wszystko zabrali i drugiego brat zabili.
Tymczasem najmłodszy brat ocknął się, patrzy: ani braci, ani kieski, ani nawet kawałka kiełbasy nie ma w chacie - nic! 
Został mu tylko prom, pracował więc na promie. Kto mógł, ten mu płacił, kto nie mógł, tego wiózł darmo i tak mu się żyło. Tylko wciąż teraz sam sobie powtarzał: " od wódki rozum krótki, dobrze mi tak!"
Któregoś wieczora przyszedł znajomy starzec i o zachodzie słońca stanął obok promu. Przewoźnik ucieszył się, przywitał go i opowiedział, jak i co się stało. A starzec na to: 
- Sameś sobie winien! Ale ponieważ widzisz, żeś źle zrobił, więc pomogę ci jeszcze raz. Weź tę wędkę, przyda ci się. Co nią złowisz, to dobrze trzymaj, bo jak ci się wymknie, będziesz gorzko żałował.
Starzec zniknął, została tylko wędka. Miała wędzisko bursztynowe, srebrny włosień i złoty pływek. A diamentowy haczyk świecił jak gwiazda.
Zanim przewoźnik zdążył zarzucić wędkę, haczyk sam skoczył do wody, włosień rozciągnął się z prądem, pływek się zagłębił, a przewoźnika szarpnęło coś za rękę.
Poczuł w wodzie szamotanie, więc ciągnie, ciągnie, aż zgina się bursztynowe wędzisko, ale nie pęka. Ciągnie jeszcze — i wyciągnął pół panny, pół ryby, liczko ma piękne jak księżyc, a oczka jak gwiazdy.
— Dobry przewoźniku — prosi pół panna słodkim głosem — wyplącz wędkę z mojego warkocza! Słońce już zachodzi, a ja bez promieni słońca nie mogę być rusałką.
Młody przewoźnik wyciągnął ją na prom, ale haczyka nie wyplątuje. Choć się dziewczyna wyrywa, otula ją swoją sukmaną i trzyma mocno.
Tymczasem ostatni promień słońca zagasł na wodzie. Rusałka jęknęła i — dziw nad dziwy! — stoi na promie śliczna panienka ubrana jak do ślubu. Sukienkę ma białą, mirtowy wianuszek we włosach i perły w warkocz wplecione. W ręku trzyma starą kieskę złotosypkę, tę samą, którą bracia skradli przewoźnikowi.
— Rusałką być nie mogę, weź mnie za żonę — mówi panienka i rumieni się jak zorza.
Poszli do kościółka na sąsiednim wzgórzu, a tam u ołtarza czekał już na nich ksiądz, organista zaraz na organach im zagrał i w mig było po ślubie.
Idą z kościoła do domku przewoźnika, aż tu patrzą — drogą wędrują sznureczkiem goście, a goście!
Przewoźnik z żoną uczęstowali ich, czym tam mogli, a kiedy goście mieli się rozejść, panna młoda potrząsnęła kieską i wszystkich złotem obdarowała.
Odtąd przewoźnik woził darmo każdego, a biedacy dostawali od niego jeszcze po dukacie. Miał on pracy dość, miał!
Kiedy król dowiedział się o przewoźniku, co ma pełne kieszenie złotych dukatów, a jednak rąk nie żałuje i wozi ludzi na promie, pomyślał sobie:
„To rzecz niesłychana. Ilu mam w kraju bogatych wielmożów i panów, żaden by się tak nie trudził dla innych ludzi ani nie rozdawałby im darmo swego złota. Muszę na własne oczy obejrzeć to dziwo”.
Kazał założyć do złoconej poszóstnej karety i wieźć się do promu.
A tam właśnie żona przewoźnika podlewała swój ogródek przy chacie. Zobaczył ją król i serce mu zabiło, rozmiłował się od razu w pięknej żonie przewoźnika. Zawołał na nią z okna karety, ale ona rzuciła polewaczkę i jak gołąbka do gołębnika, tak furknęła do chaty.
W tej samej chwili wiatr powiał po całej krainie, a z krańców świata przyleciał cień jak czarny słup od ziemi aż do nieba. Słońce się zaćmiło i gasło, gasło powoli — aż zgasło. Na czarnym niebie zapaliły się gwiazdy.
Umilkły ptaki strwożone, psy zawyły we wsi, a konie królewskie spłoszyły się i byłyby utopiły w rzece złocistą karetę razem z królem, gdyby nie przewoźnik. Skoczył śmiało przed konie, chwycił pierwszą parę przy pyskach i zatrzymał — taki to był osiłek!
Ciemności długą chwilę panowały na świecie, aż wreszcie słońce zapaliło się znowu.
Król przestał się bać i przypomniał sobie piękną żonę przewoźnika. „Jak to zrobić, żeby się tego przewoźnika pozbyć?" pomyślał. ,,Gdyby ona owdowiała, to bym się z nią ożenił. Ubrałbym ją w jedwabne szaty, naczepiałbym na niej klejnotów i nikt by nie poznał, że nie jest z królewskiego rodu".
Zawołał przewoźnika i mówi tak:
— Kiedyś taki obrotny i śmiały, idź na koniec świata i dowiedz się, dlaczego słońce się zaćmiło. Jak się nie dowiesz, to lepiej nie wracaj, bo cię każę ściąć.
Król krzyknął na furmana, furman trzasnął z bata długiego na dwanaście łokci i kareta potoczyła się w stronę zamku.
Zafrasowany przewoźnik usiadł w chacie zamyślony.
— O czym myślisz i czego się smucisz? — zapytała go żona.
— Jak nie mam się smucić, kiedy mi król kazał się dowiedzieć, dlaczego słońce się zaćmiło, a jak mu nie powiem, to mi głowę utną.
Żona skoczyła do komory, wyjęła z malowanej skrzyni kłębuszek nici i podała go mężowi.
— Nie smuć się, mężu. To jest kłębek wskazidrożek, on cię doprowadzi.
Poradziła mu, jak ma zrobić, pożegnali się i przewoźnik poszedł.
Idzie, idzie przez góry wysokie, przez rzeki głębokie, a kłębek wskazidrożek wciąż toczy się przed nim na wschód słońca.
Wreszcie przewoźnik doszedł do zburzonego miasta, gdzie mnóstwo ludzi pozabijanych leżało na ulicach bez pogrzebu. Nie żałował czasu i trudu, zawołał ludzi z sąsiednich miast i razem pogrzebali wszystkich zabitych.
Dopiero wtedy poszedł dalej za kłębkiem wskazidrożkiem.
Prędko stara baśń się baje, nie tak prędko rzecz się staje. Ile czasu przewoźnik szedł, tego nie wiem, ale wiem, że doszedł wreszcie aż na to miejsce, gdzie na wschodnim krańcu świata obłoki łączą się z ziemią i w tych obłokach stoi pałac cały ze złota, z bursztynowym dachem i z brylantowymi oknami.
Kłębek skok! skok! skok! wskoczył po schodach na ganek, z ganku wtoczył się do sieni, a z sieni do ogromnej komnaty. W tej komnacie siedziała stara kobieta i przędła złotą kądziel.
— Oj, człowieku, człowieku — powiedziała — po coś tu przyszedł? Mój syn, jasne Słońce, zaraz tu przyjdzie i spali cię.
— Nie mogłem inaczej.— i przewoźnik jej opowiedział, jak go król wysłał i jak on zatrzymał się po drodze, żeby pogrzebać zabitych w zburzonym mieście.
— Kiedy tak, to ci dopomogę — powiedziana staruszka. — To było miasto mojego syna. Smok wypełzł z podziemnej jaskini, domy poburzył, a mieszkańców pozabijał. Oddałeś usługę mojemu synowi, więc cię uratuję.
Dotknęła wrzecionem czoła przewoźnika i ten od razu skurczył się i zamienił w bożą krówkę. Staruszka wzięła ją w palce ostrożnie i spuściła za okno.
Wtem dwanaście koni złotogrzywych zarżało na dworze, jak grzmot zaturkotała diamentowa dwukółka i zatoczyła się przed pałac. Wyskoczyło z niej Słońce promieniste i weszło. Pozdrowiło matkę, a ona podała mu wieczerzę. Słońce podjadło sobie, położyło się na koralowym łożu i mówi:
— Czuję tu człowieka.
— Co gadasz, synu? — powiedziała matka. — Był tu jeden, ale już go nie ma. Lepiej powiedz mi, zanim zaśniesz, dlaczego to kiedyś przestałeś świecić i noc zeszła na ziemię pośrodku dnia.
— Jakże miałem świecić, kiedy w ciemnościach podziemnych wylągł się smok o dwunastu głowach i chciał mnie pożreć. Musiałem zgasnąć i walczyć ze smokiem. Byłbym walczył jeszcze dłużej, gdyby nie to, że rusałka mi pomogła. Spojrzała na smoka uroczymi oczami, smok zapatrzył się na nią, a ja wtedy spaliłem go na węgiel i cisnąłem do morza.
Słońce usnęło. Wtedy staruszka wychyliła się za okno, dotknęła wrzecionem bożej krówki i z powrotem zamieniła ją w człowieka.
Przewoźnik wymknął się cicho z pałacu, kłębek wskazidrożek potoczył się na zachód, a on poszedł za nim i wrócił do żony.
Kiedy król usłyszał o pięknej rusałce z urocznymi oczami przestał myśleć o żonie przewoźnika i powiedział do niego:
— Przywiozłeś mi wiadomość, dlaczego słońce się zaćmiło, teraz przywieź mi rusałkę cud-dziewicę. Nie wracaj bez niej, bo cię każę ściąć.
Przewoźnik poszedł do domu i opowiedział wszystko żonie. Żona wyjęła znowu ze skrzyni kłębek wskazidrożek. Dała mężowi na drogę pełen wóz najpiękniejszych strojów kobiecych, jakie są na świecie. Tylko rusałki umieją wytkać i uszyć takie szaty z promieni słońca, księżyca i gwiazd, tylko rusałki mają takie klejnoty z kropelek rosy i deszczu, kiedy tęcza się w nich przegląda.
Poradziła mężowi, co ma robić, i pożegnali się.
Wyjeżdża przewoźnik za bramę, rzuca kłębek wskazidrożek i kędy się kłębek toczy, tam on za nim jedzie.
Jedzie przez góry wysokie, przez rzeki głębokie, przez doliny szerokie. Jakoś w tydzień czy we dwa napotyka młodzieńca, który pędzi na siwym koniu. Mijając przewoźnika młodzieniec pyta:
— Co wieziesz, człowiecze?
— Stroje kobiece.
— Daj mi coś na podarek dla mojej narzeczonej, jadę właśnie na zaręczyny. Odwdzięczę ci się. Jakbyś mnie potrzebował, zawołaj tylko:
Wichrze, co nad ziemią dniem i nocą latasz, przyleć mi na pomoc choćby z końca świata!
Przewoźnik podarował jeźdźcowi dla narzeczonej piękną srebrną szatę. Wicher ją pochwycił i popędził dalej.
Zaledwie przewoźnik ujechał kilka mil, spotyka siwego, ale krzepkiego człowieka. Ten go powitał i pyta:
— Co wieziesz, człowiecze?
— Stroje kobiece.
— Daj mi coś na podarek dla córki, bo wydaję ją za mąż za Wichra, dziarskiego jeźdźca. Odwdzięczę ci się. Jakbyś mnie potrzebował, zawołaj tylko:
Mrozie, co panujesz nad połową świata,
Przybądź mi na pomoc choćby w środku lata!
Przewoźnik dał Mrozowi srebrne ciżemki dla córki i jedwabny welon ślubny srebrem tkany, a iskrzący się, jakby go kto posypał płateczkami śniegu. Pożegnali się i jeden poszedł w tę stronę, a drugi w tamtą pojechał.
Prędko stara baśń się baje, nie tak prędko rzecz się staje. Przewoźnik długo jechał za kłębkiem wskazidrożkiem, zanim stanął nad brzegiem morza. Tam kłębek się zatrzymał.
Wszedł przewoźnik po pas do wody, powbijał wysokie tyczki, poprzywiązywał do nich długie żerdzie. Na tych żerdziach jak na sznurach porozwieszał przed świtem różnobarwne szatki kobiece, stroje i stroiki, szale i wstęgi złote, łańcuszki, brylantowe spinki i zausznice, trzęsidełka i świecidełka drogimi kamieniami nabijane. Iskrzyło się to wszystko z daleka.
Sam zaczaił się w zaroślach na brzegu z wędką samołówką. Morze pojaśniało, niebo zarumieniło się na wschodzie. Ogniste Słońce wyjrzało z wody i rzuciło na nią jakby rzekę złotych promieni. Przewoźnik zobaczył, że płynie po niej srebrne czółenko. W czółenku stała rusałka piękna jak sen i złotym wiosełkiem wiosłowała w stronę brzegu. Witała Słońce takim urocznym śpiewem, że przewoźnik co prędzej zatkał uszy.
Bał się, że ten śpiew ześle na niego marzenie i sen, a przez ten czas rusałka mu ucieknie.
Ona z początku bała się podpłynąć do żerdzi i rozwieszonych strojów. Jeździła tu i tam w swoim srebrnym czółenku, a dokoła niej pląsały złote rybki z tęczowymi skrzelkami i brylantowymi oczkami.
Wreszcie odważyła się i podpłynęła do bawidełek. Już, już wyciągała po nie rękę, gdy przewoźnik zawołał:
— Wichrze, co nad ziemią dniem i nocą latasz,
Przyleć mi na pomoc choćby z końca świata!
Zaszumiało, zaświstało — siwy koń zarył kopyta w ziemię; na morskim brzegu, a Wicher pyta:
— Co każesz?
Ale przewoźnik już woła:
— Mrozie, co panujesz nad połową świata,
Przybądź mi na pomoc choćby w środku lata!
Przewoźnika owionął ziąb. Stanął przed nim Mróz i pyta:
— Co każesz?
— Schwytajcie mi rusałkę! — zawołał przewoźnik.
Wicher dmuchnął — wywrócił czółenko. Mróz tchnął — ścisnął lodem. Wędka samołówka zarzuciła się sama i zahaczyła złoty warkocz. Przewoźnik wyciągnął rusałkę.
Związał ją srebrnym włosieniem, wziął na wóz i pojechali za kłębkiem wskazidrożkiem. Rusałka płakała po drodze, a była taka piękna, że ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało o podobnej urodzie.
Kiedy przyjechali do domu przewoźnika i rusałka zobaczyła jego żonę, zaraz przestała płakać i rzuciły się sobie w objęcia. Bo to były siostry rodzone.
Nazajutrz przewoźnik i jego żona zaprowadzili rusałkę do króla. Król tak się nią zachwycił, że zerwał się z tronu i zawołał:
— Bądź moją żoną i królową!
— O panie — odpowiedziała rusałka — muszę mieć najpierw gęśle samograje.
Król odesłał obie siostry do domu, a kiedy został sam na sam z przewoźnikiem, rozkazał srogo:
— Ruszaj natychmiast w świat po gęśle samograje! Nie wracaj bez nich, bo skrócę cię o głowę.
Przewoźnik poszedł do domu strapiony, ale żona go pocieszyła i dała mu na drogę swoją chustkę złotem wyszywaną. On zasunął chustkę w zanadrze, rzucił za wrotami kłębek wskazidrożek i poszedł za nim.
Idzie, a idzie przez kraje niezmierzone. Mijają dnie za dniami, miesiące za miesiącami, kłębek wciąż się toczy.
Przytoczył się wreszcie nad ogromne jezioro. Pośrodku jeziora zieleniła się piękna wyspa. Przewoźnik zapatrzył się na nią, naraz spostrzegł, że jakaś łódka się zbliża. Przybiła do brzegu i wysiadł z niej staruszek z białą brodą, ten sam, co to kiedyś podarował przewoźnikowi kieskę złotosypkę i wędkę samołówkę. Uradowany przewoźnik powitał go, a tamten zapytał:
— Jak się masz, dobry przewoźniku, dokąd to cię droga prowadzi ?
— Idę za kłębkiem wskazidrożkiem po gęśle samograje, ale nie wiem, gdzie ich szukać.
— Gęśle samograje są tam, na wyspie Złotomora — powiada starzec. — Ale nie wiem, jak sobie poradzisz ze Złotomorem, trudna z nim będzie sprawa. Przewoziłeś mnie nieraz, ja przewiozę cię teraz. Siadaj do łódki!
Popłynęli do wyspy. Kiedy łódź przybiła do brzegu, przewoźnik wysiadł na ląd, a starzec obiecał, że na niego poczeka.
Przewoźnik rzucił kłębek wskazidrożek i poszedł za nim zieloną wyspą aż do pałacu pośród drzew. Zastukał śmiało złotą kołatką do złotych wrót. Wrota cicho się otworzyły i rozległ się z głębi straszliwy głos Złotomora:
— Dokąd idziesz i po co?
— Idę do ciebie po gęśle samograje.
— Dam ci je tylko wtedy, jeżeli będziesz moim gościem przez trzy dni i trzy noce i ani na chwilę nie zaśniesz. Jeżeli zaśniesz, nie wyjdziesz stąd żywy.
Złotomór zaprowadził przewoźnika do olbrzymiej komnaty w wieży i zamknął go w niej na dziewięć rygli.
Rozejrzał się przewoźnik: w komnacie pusto, tylko pośrodku stoi donica szczerozłota, a w tej donicy rośnie sen-trawa, bujna, zielona, pachnie jak tysiące ogrodów.
Zaledwie minęła chwila, przewoźnika zdjął sen nieprzemożony. Runął na ziemię jak martwy.
Na drugi dzień rano zgrzytnęły rygle i wszedł Złotomór. Wystawił za okno donicę z sen-trawą, obudził przewoźnika i mówi:
— Zasnąłeś, więc gotuj się na śmierć!
Przewoźnik skoczył na równe nogi. Chciał walczyć, ale Złotomór tupnął w podłogę, podłoga się otworzyła i przewoźnik spadł do dolnej komnaty. Słońce zaglądało tam przez okna kryształowe, a w jego promieniach iskrzyły się stosy drogocennych kamieni i jak tęcze odbijały się w zwierciadlanych ścianach komnaty. Cudny to był widok — ale nie dla głodnego.
Minęły trzy dni. Okna były opatrzone gęstą kratą. Przewoźnik słyszał śpiew słowików i kukanie kukułek pośród drzew dookoła wieży, słyszał nawet gruchanie swojskich gołębi. Ale daremnie wołał o ratunek — nie przychodził nikt.
Nie wiedział, że w suficie jest otwór, a przez ten otwór śledzi go oko Złotomora.
Cierpiał mękę głodową, a najwięcej cierpiał słysząc gdzieś w pobliżu szmer strumyka, podczas kiedy jemu tak chciało się pić, ze wargi mu popękały i język przysechł do podniebienia.
Ach, jakże chętnie oddałby wszystkie te skarby, które go otaczały, za kubek wody i kawałek chleba!
W tej męce sięgnął ręką po swój krzyżyk żelazny; dostał go od matki, kiedy był dzieckiem, i zawsze odtąd nosił go na szyi. Niechcący wyrzucił przy tym z zanadrza chustkę złotem haftowaną, którą żona dała mu na drogę.
Zaledwie chustka upadła na ziemię, usłyszał okrzyk nad sobą, a po chwili drzwi się otworzyły i wpadł Złotomór z wyciągniętymi ramionami.
— Tę chustkę dostałeś od mojej siostry! Jesteś mężem mojej siostry rusałki!
Zaprowadził przewoźnika do swoich pokojów, nakarmił, napoił i podarował gęśle samograje.
— Bierz, kochany szwagrze! Wielu tu już bywało, co mnie chcieli obrabować. Myślałem, że i ty jesteś taki.
Przewoźnik pożegnał Złotomora, a starzec przeprawił go swoją łódką z wyspy na brzeg jeziora.
Kiedy król zobaczył gęśle samograje, kazał natychmiast sprowadzić rusałkę cud-dziewicę i jej starszą siostrę. Rusałka poprosiła:
— Królu, każ zwołać na podwórzec zamkowy wszystkich biednych, smutnych, szpetnych i kaleki, każ przynieść chorych, a także tych, co zmarli, ale jeszcze nie pogrzebano ich w świętej ziemi!
Król nie chciał jej się sprzeciwiać i wydał taki rozkaz.
Kiedy podwórzec się zapełnił, rusałka wyszła z gęślami między lud i zaśpiewała słodkim głosem:


— Grajcie, gęśle, grajcie,
Prosić się nie dajcie,
Pięknie grajcie, gęśle,
Dajcie ludziom szczęście!

Gęśle zaczęły grać... Co się dzieje? Szmer idzie przez tłum, słychać radosne okrzyki, kulawi odrzucają szczudła, garbaci się prostują, chorzy zaczynają tańczyć, smutni śmieją się i śpiewają, a umarli siadają na marach, przecierają oczy i mówią:
— Za długo spałem.
Król patrzył na to przez okno swojej komnaty i wcale nie był z tego rad. „Nie chcę, żeby ona była moją żoną i królową tego kraju", pomyślał, ,,bo by mi tu wciąż sprowadzała żebraków i kaleki".
Król o nielitościwym sercu nie wiedział, że on sam nie będzie się już długo cieszyć zdrowiem. Tej samej nocy zaniemógł nagle i nad ranem umarł.
Rusałka podarowała siostrze gęśle samograje i powiedziała:
— Bądź zdrowa i szczęśliwa, siostro kochana, razem z twoim mężem, dobrym przewoźnikiem. Ja wracam do srebrnego czółenka, do złotego wiosła, do moich rybek tęczowych i do promieni Słońca. Słońce tęskni za mną okrutnie, a ja za nim.
Lud obrał na króla dobrego przewoźnika. Rządził on mądrze i sprawiedliwie. Królowa rusałka miała dla wszystkich współczujące serce, ratowała każdego, kto potrzebował pomocy. Za ich rządów nikt nikogo nie krzywdził, nie było wojny, ani zarazy, ani posuchy, ani powodzi, a ziemia rodziła tak obficie, że najstarsi ludzie nie pamiętali takiego urodzaju.   

Bajka polska:))