Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

niedziela, 3 czerwca 2012

Jak Waj zwyciężył morze

Różne są kraje na świecie: płaskie i górzyste, suche i mokre, gorące i zimne, Waj urodził się w bardzo zimnym kraju, w tundrze nad brzegiem morza.
Morze było szerokie i głębokie - straszne. Chodziły po nim fale. pod falami żyły morskie zwierzęta.
Ludzie wyruszali łodziami na połów ryb, albo polowali na foki. A tu wychyli się z wody mors, albo niedźwiedź biały przypłynie, przewróci łódkę i porwie rybaka pod wodę. Bali się ludzie morza, ale dokąd mieli się przenieść? Ich dziadowie i pradziadowie żyli w tundrze, dróg do innych krajów nie znali. 
Wyszedł raz Waj nad morze i usiadł na kamieniu. Ranek był jasny, słońce świeciło, iskrzył się lód. Waj miał na sobie futro. Buty, kaptur i rękawice - wszystko miał futrzane, więc było mu ciepło i przyjemnie.
Wyszedł także jego ojciec, żeby wygrzać stare kości na słońcu.
Tak sobie rozmawiali: 
- Ładnie dziś na morzu, ojcze. Wezmę łódkę, popłynę daleko, może coś upoluję.
- Nie mów głupstw, Waju. Nasza łódź jest za mała, za wąska, nie można płynąć nią daleko.
- To nic. Popłynę.
- No to płyń, ale nie oddalaj się od brzegu. Teraz cisza, ale jakby się zerwał wiatr, to cię porwie na ocean i nie wrócisz. 
- Wrócę, silny jestem.

Zabrał Waj łuk i strzały, zabrał nóż i kawałek suszonej ryby, wsiadł do łódki i odpłynął.
Płynie, płynie, brzeg ledwo już widać. Rozochocił się Waj i woła:
- Ej, ty wietrze, czemu nie dmuchasz? Dmuchnij!
Wiatr usłyszał te słowa. Jak nie zadmie, jak nie wyskoczą bałwany, jak nie zaczną łódkę kołysać i przerzucać z fali na falę...
Waj chwycił podwójne wiosło, chce wrócić do brzegu, wiosłuje z całych sił. Ale wiatr u nosi go na pełne morze, wciąż dalej i dalej. Lądu już wcale nie widać, tylko głębinę czarną, straszną. 

Wiatr ganiał łódkę po morzu przez trzy dni. na czwarty dzień ścichł.
Siedzi Waj w łodzi, wiosło trzyma mocno w garści i śpiewa. Morze się uciszyło, więc foki zaczynają wysuwać nosy z wody dokoła łódki.
Waj upolował trzy foki, poukładał je na dnie łódki, wiosłuje w stronę lądu i cieszy się.
"To nic,że długo nie było mnie w domu", mówi sobie. "Za to polowanie się udało. Nie boję się morza!" 
Morze usłyszało te słowa. Coś parsknęło przy samej łódce. Patrzy Waj: to wielki czarny mors. zamiast dwóch kłów, jak zwykłe morsy ma ich cztery.

Uczepił się tymi czterema kłami łódki, okrągłe ślepia ustawił prosto na Waja.
- Czego tak patrzysz? - mówi Waj. - Puść łódkę! Puść, bo się rozgniewam.
Mors nic sobie z tego nie robi. Całym ciężarem napiera na łódź i chce ją przewrócić.
Dość tego!
Waj złapał jedną ręką morsa za kieł, a drugą z całej siły trzasnął go w łeb. Mors z pluskiem zsunął się do wody i z niknął.
A Waj płynie dalej. Cieszy się z udanego polowania.
Wtem znów coś parsknęło obok łódki. Ogląda się Waj, a to wielki biały niedźwiedź. 

Podpłynął łapę położył na krawędzi łódki i pcha. Chce ją przewrócić, a Waja zrzucić w może i zjeść. 
- Odpłyń, ptaszyno - mówi Waj - nie drażnij mnie. Mógłbym się rozgniewać i stuknąć cię w łeb.
Niedźwiedź jakby nie rozumiał. Ryczy, gramoli się na łóź, byle dobrać się do Waja.
Waj widzi, że nie ma rady. Jedną ręką łapie niedźwiedzia za ucho, a drugą jak nie walnie w kosmaty łeb!
Niedźwiedź plusnął w wodę.
"trzeba prędzej wracać, bo jeszcze kto gotów nawinąć się po drodze", myśli Waj.
Z całych sił napiera na wiosła, raz z prawej raz z lewej. Płynie w stronę lądu.
Wtem dookoła robi się ciemno, jakby słońce schowało się za chmurę.
Waj podnosi głowę i widzi - z sinej piany wynurza się tuż przed nim czarny wieloryb, Nie taki jak inne, tylko z grzebieniem ma łbie. Wieloryb nad wieloryby.


Patrzy prosto w oczy Waja i ryczy ludzkim głosem:
- Przepadłeś! Nie puszczę cię żywego. Ani twój ojciec, ani twój dziad nie byli takimi śmiałkami, nie wypływali tak daleko. Bali się morza, a ty się nie boisz. Kiedy tak, to cię zabiję i zjem.
Przeląkł się dzielny Waj. Ale nie pokazał tego po sobie. Patrzy wielorybowi prosto w oczy i mówi: 
- Zjedz. Ale wprzód niech będzie walka. Jeżeli ty mnie zwyciężysz - zjesz i mnie i mojego ojca, i wszystkie nasze reny. Jeżeli ja zwyciężę, to przestaniesz nam łodzie przewracać i topić ludzi. Zgoda?
Wieloryb pomyślał chwilę.
- Zgoda - ryknął wreszcie.- O co się zakładamy?
- Widzisz tam daleko brzeg i na brzegu jurtę? Kto zdąży do niej pierwszy, ten zwycięży.
Zaczęli się ścigać. Waj miał łódkę wąską i zwinną. Wiosłował ze wszystkich sił, więc pomknęła jak strzała wypuszczona z łuku. Wieloryb był gruby i ciężki. Ale chociaż trudno mu było płynąć tak prędko, jednak nie zostawał w tyle.
Waj zmęczył się wcześniej niż olbrzymi potwór. Wtedy wieloryb go przegonił. Dopłynął do brzegu, położył się na piasku i ryknął: 
- Ja pierwszy! Przegrałeś.
Waj  zamachnął się wiosłem jeszcze raz, drugi, trzeci, Łódka werżnęła się czubem w piasek. Waj wyskoczył i pobiegł prędko do jurty. Stanął u progu i zawołał:
- Nieprawda, ja pierwszy! Zwyciężyć miał ten, kto pierwszy zdąży do jurty, a nie tylko do brzegu. 
- No dobrze, niech tak będzie - zgodził się wieloryb. - Ale miało być do trzech razy sztuka, pamiętaj!
Wieloryb odpłynął na morze. 
Ale dzielny Waj wyciągnął foki z łódki i pobiegł do ojca, żeby mu pokazać swoją zdobycz.

Potem morze przy brzegu zamarzło. Zaczęła się zima. Mijał dzień za dniem, miesiąc za miesiącem. Nareszcie wróciła wiosna. Waj przeszedł się brzegiem na polowanie. Szedł po lodzie, po śniegu, przechodził z kry na krę. Długo tak szedł i nic nie upolował. Zmęczył się.
Położył się nad wodą na miękkim śniegu - i zasnął. Budzi się - co to? Dookoła niego woda, a on płynie na krze.
Przestraszył się. "Myślałem, że leżę na brzegu, a to była kra", domyślił się. "Oderwał się od brzegu i niesie mnie na pełne morze."
Waj nie był takim chłopakiem, co to płacze ze strachu. Usiadł na lodzie i zaczął myśleć, co dalej.
Wtem pociemniało dookoła, jakby słońce skryło się za chmurę. Patrzy Waj, a przed nim olbrzymi, czarny wieloryb z grzebieniem na łbie - wieloryb nad wieloryby. 
Spogląda na Waja i ryczy strasznym głosem:
- Drugi raz cię spotykam. Teraz koniec z tobą. Zjem cię, zjem twojego ojca, zjem wszystkie wasze reny.
- Widać zapomniałeś o naszej umowie - powiedział Waj. - Miało być do trzech razy sztuka.
- Nie zapomniałem - odpowiada wieloryb. - Ale zjem cię i tak, bo nie ty zwyciężysz, tylko ja. 
- No to patrz: płynie tam daleko okręt, a na nim ludzie. Ty płyń w jedną stronę ja popłynę w drugą. Do kogo skręci okręt, ten wygra. Zgoda?
- Zgoda.
Wieloryb popatrzył, dokąd wiatr, niesie krę z Wajem i sam popłynął w przeciwną stronę.
Ludzie na statku zobaczyli przez lunetę krę, a na niej człowieka. Człowiek był sam, bez broni.
- Patrzcie, ktoś tam płynie na krze lodowej - zawołali marynarze. Inni na to:
- Z tamtej strony widać wieloryba! Upolujmy go. 
- Najpierw trzeba uratować człowieka - powiedzieli pierwsi.
Statek  podpłynął do kry, zabrał Waja i skierował się z nim w stronę lądu. 
Wieloryb dogonił statek i ryknął: 
- Wygrałeś, Waju! Ale została jeszcze jedna próba. Jak cię jeszcze raz s potkam, przepadłeś.
Kiedy marynarze zobaczyli z bliska czarnego wieloryba, ryczącego potwora z grzbietem, zrozumieli, że to nie jest zwykły wieloryb i nie śmieli na niego polować. Wieloryb dał nurka i zniknął. A Waj wrócił do ojca.

Wyruszył na połów po raz trzeci. Ledwo zdążył okrążyć w swej łódce skalisty cypel obok zatoki, pociemniało dookoła, jakby chmura zasłoniła słońce. Przed Wajem wydźwignął się z wody czarny potwór, wieloryb nad wieloryby. Paszcza ogromna, oczy złe, na łbie czarny grzebień.
Wieloryb ryknął, aż powietrze zadrżało:
- No i spotykamy się ostatni raz!
- Cóż robić, walczymy ostatni raz - odpowiedział Wajj. - Dziś będzie gonitwa po morzu. Kto pierwszy się zmęczy, ten przegra. Ale nurkować nie wolno. Zgoda?
- Ty długo wiosłować nie możesz, masz słabe, ludzkie ręce i nogi. Ja jestem o wiele mocniejszy. Złą próbę dla siebie wymyśliłeś. 
- Zobaczymy. Powiedz tylko, czy zgoda. 
- Zgoda - odpowiedział wieloryb.
Odwrócił się i popłynął na morze.
Tymczasem Waj przeskoczył w mig z łódki na grzbiet wieloryba i jedzie na nim.
- Co to znowu? - ryknął wieloryb - Złaź mi zaraz!
- Nie umawialiśmy się, że mam pływać w łódce - mówi waj. - więc wolno mi pływać na tobie.
Wieloryb rozzłościł się strasznie. Zaczął się rzucać i plaskać ogonem po wodzie, chciał koniecznie, żeby Waj spadł i utopił się. Ale Waj trzyma się mocno i nie dał się zrzucić.
Nosił tak wieloryb Waja po wodzie, nosił, wreszcie tak się zmordował, że nie mógł dłużej pływać.
- Złaź z mego grzbietu - ryknął - znudziło mi się. 
- Zmęczyłeś się?
- Tak.
- Więc przegrałeś?
- Przegrałem.
- No to pamiętaj: obiecałeś nie burzyć nam morza, kiedy wypływamy na połowy, i nie topić ludzi.
Waj wrócił do swojej łodzi, a wieloryb machnął ogonem i ze wstydem schował się głęboko, głęboko na dnie morza.

Od tej pory myśliwi i rybacy z tundry mogli spokojnie wypływać na morze. Mieli dużo ryb, mięsa i skór. Nikt nie bał się już morza. Zawdzięczali to Wajowi. 

Bajka samojedzka:))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz