|
Jest w świecie jezioro, Bajkał się nazywa. Drugiego
takiego nigdzie nie zobaczysz. Wielki niczym morze, a głębokie tak, że nawet
największe jesiotry i najtęższe sumy do jego dna nie mogą dopłynąć. Woda w
nim czysta, szmaragdowa przy brzegach ciemniejsza, w głębinie zimna jak lód.
Niejedno tam, powiadają, stworzenie mieszka, którego żaden człowiek nigdy
dotąd nie oglądał. ale czego to ludzie nie plotą, zwłaszcza w zimowe
wieczory, gdy drewno w piecu żeliwnym, a imbryk z herbatą pohukuje na głowie
brzuchatego samowara.
Nad brzegiem tego jeziora mieszkał od wielu lat
Rybak-Staruszek razem ze swą żoną. Mieli nędzną chatkę lepiankę, chlewik dla
świnki, pęknięte korytko i trochę starych sprzętów. Żona rybak - gruba i
zawzięta baba-Kopystnica, po całych dniach narzekała, że ją los pokarał
biednym mężem, ubogim życiem i lichym strojem. Rybak-Staruszek , choć i jemu
przecież bieda doskwierała, był pogodny i spokojny. Nie narzekał nigdy, a gdy
wypływał w swej lichej łódce na przestwór Bajkału, do chmur i słońca się
uśmiechał i nucił pod nosem pieśń:
Święty Bajkale, tyś królem mórz,
Nieś mą łupinę, ukołysz na fali.
Ryb mi nie żałuj, do brzegu mnie
puść,
Pozwól mi życie ocalić
Ale nadszedł czas tak zły, że i Rybak-Starusze
zaczął w głębi duszy na los narzekać. Wypłynął raz i sieci zarzucił - tylko
trawy podwodnej pęk wyciągnął. Wypłynął drugi raz - jeno rybkę zdechłą, przez
kiełże nadjedzoną. Wypłynął trzeci raz - sieci podarł, diabli wiedzą o co . A
w domu chmura i gruba Baba- Kopystnica drewnianą kopyścią wymachuje,
wrzeszczy, że nie ma co do garnka włożyć, losowi złorzeczy.
Wypłynął Rybak-Staruszek znów. I nic. Wypłynął
wreszcie siódmy raz. Ciągnie sieć. Coś się złapało. Trudno powiedzieć, żeby
duże było, ale złapało się i trzepocze ogonem, i błyszczy łuską złotą...
Rybak-Staruszek wybałuszył oczy. Trzymał w
spracowanej dłoni Złotą Rybkę, strojną w łuski ze szczerego złota, w
złocistej koronie na głowie. Mało tego, rybka przemówiła ludzkim głosem:
- Rybaku-Staruszku, proszę, wypuść mnie. Czego
zażądasz w zamiana, to się spełni. Jestem królową ryb i moje słowo to nie
dym, nie zwieje się, obiecuję.
Rybak-Staruszek podrapał się po głowie, podrapał po
brodzie. Czterdzieści lat ryby łowi, ale jak dotąd żadna do niego ludzką mową
się nie odezwała. Wreszcie zanurzył dłoń w zimnej, szmaragdowej wodzie i
wypuścił Złotą Rybkę.
- Bóg z tobą, nie trzeba mi twojego wykupu, płyń i
ciesz się życiem - odpowiedział rybce i pomachał jej na pożegnanie.
Rybka plusnęła ogonem i raz jeszcze przypomniała.
- Pamiętaj, moje słowa nie dym, nie rozwieje się.
Możesz prosić, o co chcesz.
I zniknęła w głębinach Bajkału.
Wrócił Rybak-Staruszek do swojej Baby-Kopystnicy.
Opowiedział jej o przygodzie, o tym, że ryba mówiła i obiecała życzenia
spełnić.
- Ale widzisz, żono tyle z dobrodziejstw Bajkału
korzystam, nie śmiałem wziąć nagrody - zakończył Rybak-Staruszek.
I struchlał, bo chmurna żona z drewnianą kopyścią ku
niemu skoczyła i nabiła mu potężnego guza.
- Oj, durak ty, durak! Niezdrowo tchórzliwa! Leć,
choć o nowe koryto ją poproś, bo nasz całkiem się rozpadło. Leć w te pędy,
powiadam, może jeszcze usłucha. Może jeszcze cię nie zapomniała - wrzeszczała
Baba-Kopystnica.
Struchlały Rybak-Staruszek pobiegł na brzeg Bajkału
i zawołał:
- Złota Rybko, Złota Rybko, przypłyń do mnie,
biednego, szybko!
- czego chcesz, dobry człowieku? - spytała Złota
Rybka, wynurzając się z toni.
Rybak-Staruszek opowiedział jej, co mu żona kazała
wyprosić, skłonił się niski i dodał, że jeśli z niczym wróci, to żona całkiem
się wścieknie i gotowa mu głowę kopyścią obić.
- Nie martw się, dobry człowieku,, wracaj z Bogiem
do domu - odrzekła Złota Rybka i plusnęła w głębiny.
Wrócił Rybak-Staruszek do swej chatki lepianki. A
tam Baba-Kopystnica nad nowiutkim korytem się dziwuje. Ale jak tylko ujrzała
męża, skoczyła ku niemu z pazurami.
- Durniu,durniu bosy! o koryto poprosiłeś? Dla
świni?! A dla nas co za korzyść? Leć gamoniu, z powrotem i o nową chatę dla
nas poproś, a porządna ma być, pobielona i z dachem miedzianym!
Rybak-Staruszek rad nie rad wrócił na brzeg Bajkału.
zawołał znów:
- Złota Rybko, Złota Rybko, przypłyń do mnie,
biednego, szybko!
I Złota Rybka ponownie wypłynęła na powierzchnię
szmaragdowej wody.
- Czego si potrzeba, staruszku? - spytała.
- Baba moja, żona znaczy, kazała mi poprosić o nową
chatę, pobieloną i z dachem miedzianym krytym - szepnął Rybak-Staruszek,
niemal płacząc za wstydu. Rybka popatrzyła na niego uważnie i powiedziała:
- Wracaj do domu. Chata stoi i czeka.
Wrócił Rybak-Staruszek do domu. Ale próżno starego
domu szukać. Po chatynce lepiance nawet ślad nie pozostał. W jej miejscu stoi
dom murowany, , wapnem pobielony, z kominem wysoko ponad dachem sterczącym, z
dachem strojnym w blachę miedzianą, wrota ma ciosane dębowe, w oknach szkło
przeczyste, nie jakieś tam rybie pęcherze. Słowem - dam jak się patrzy, w
sąsiednich wioskach takiego byś nie znał. Aż przyklęknął Rybak-Staruszek z
wrażenia.
- Jak tu żyć w takim przepychu? - jęknął.
A w środku Baba-Kopytnica pląsa, firanki przywiesza,
kufry przesuwa - gospodaruje na całego.
Wiele z tego gospodarzenia jednak nie było.
Już nazajutrz obudziła męża wrzaskiem:
- O nową chatę, durna głowo, poprosiłeś? Nie mogłeś
zażądać pałacu? Chcę być szlachcianką, chcę mieszkać jak żona prawdziwego
bojara! Zjeżdżaj mi nad wodę i o dwór bojarski poproś. A o służbie nie
zapomnij, bo sama przecież robić w nim nie będę!
Tak Baba-Kopystnica krzyczał do swojego męża, który
jeno zdołał koszulę na grzbiet nawlec, sabaty wrzucić i pobiegł przez
wydmy nada wodę.
Patrzy, a Złota Rybka czeka na niego.
- Tak mi się, że do mnie przybiegniesz, dobry
człowieku. Czy nowa chata jest brzydka albo za ciasna? - spytała.
Rybak-Staruszek padł na kolana w piasek złocisty.
- Złota Rybko, wybacz. Baba gnębi, krzyczy, teraz
chce za bojarską żonę uchodzić i pałacu żąda. Ot, do reszty zgłupiała.
- Nie zamartwiaj się, staruszku. Wracaj do żony -
powiedziała zniecierpliwionym tonem Złota Rybka i zanurkowała w wodę, która
jednak nie była już szmaragdowa, ale granatowa a fale podnosiły głowy coraz
wyżej i wyżej, a każda z nich miała srebrna koronę z piany i wiatru.
Nie podobało się to Rybakowi-Staruszkowi, że fale w
oczach rosną. "Niech tam, i tak dziś nie wypłynę na połów- pomyślał
sobie. I znów domu nie poznał. W miejscu chaty stanął dwór bojarski,
modrzewiowy, mnóstwem ganków, schodów otoczony. Służba się uwija, rozkazy
baby-Kopystnicy wykonuje, a ona sama, przystrojona w sobolowy płaszcz i
perłami wyszywany czepiec, złotymi pierścieniami na paluchach błyska. I
wrzeszczy na wszystkich, aż echo po wydmach niesie.
- Czy teraz, droga żono, jesteś zadowolona? - spytał
nieśmiało Rybak-Staruszek, ale Baba-Kopystnica tylko coś burknęła przez ramie
i zaraz kazała mu się wynosić do chlewika, świnie karmić. Sama obróciła się
na pięcie, zmiotła sukniami podłogę i poszła na pyszną ucztę, na srebrnych
jeść i z cynowych kielichów pić. Poszedł więc Rybak-Staruszek i zamieszkał ze
zwierzętami. Łodzi już wcale na wody Bajkału nie spychał, wstydząc się przed
Złotą Rybką i przed całym światem, że u własnej żony za pastuch służy.
Tymczasem Baba-Kopystnica w złoto i jedwabie się
stroiła, wielkimi saniami w cztery konie zaprzężonymi jeździła, a jak srebrny
talerz zbrudziła, nie kazała go myć jeno wyrzucała do śmieci. I wciąż
rozmyślała o tym, jak by tu jeszcze bogatszą się stać. Wreszcie wymyśliła i o
starym mężu sobie przypomniała.
Pójdziesz, stary do Rybki - powiedziała
Baba-Kopystnica bez wstępów , gdy słudzy przewlekli go z chlewika i do kolan
jej rzucili. - Carycą, uważasz, chcę zostać i mieć pałac, karetę poszóstne
konie zaprzężoną, własne wojsko i koronę - dodała i kazała sługom zawlec męża
nad wody Bajkału i tam pozostawić.
Rybak-Staruszek znękanym głosem zawołał:
- Złot Rybko, Złota Rybko, przypłyń do mnie,
biednego, szybko!
Patrzy, a woda Bajkału już nawet nie granatowa, ale
ciemnozielona. Fale z piany mają długie warkocze, a na czubku jednej z nich
Złota Rybka płynie i pyta:
- Czego tym razem pragnie twoja żona, staruszku?
- Carycą chce być, Złota Rybko - popłakał się
Rybak-Staruszek. Daruj, Złota Rybko, ja temu nie winien.
Złota Rybka plusnęła ogonem i zawołała:
- Wracaj, poczciwino, skąd przyszedłeś!
Wraca Rybak-Staruszek do dworu. Jaki dwór Pałac
prawdziwy stoi, zamek godny carycy, mury lśnią czerwienią cegły, w górze
złociste i kolorowe wieżyce-iglice, słudzy się uwijają, ucztę szykują, bydło
pędzą, beczki toczą. A kozacki rotmistrz oddział wojska na majdanie sprawia.
Baba-Kopystnica ucztuje, win, miodów z całego świata w złote puchary jej
nalewają, na złotych półmiskach mięsiwa leżą, kryształowym widelcem próbować
ich raczy. Na głowie korona... Caryca, prawdziwa caryca.
Ledwo się stary zbliżył, już go kozacy porwali i
przed oblicze carycy wiodą.
- Czego chcesz, żono? - Pyta Rybak-Staruszek,
onieśmielony bogactwem. A Baba-Kopystnica najprzedniejszych potraw próbuje,
nawet męża do stołu nie zaprosi. najdroższych win pociąga, mężowi nawet wody
dać nie każe.
- Pójdziesz do tej ryby po raz ostatni. I przykażesz
jej, że ma się u mnie na służbę stawić i do końca życia być mi posłuszną.
Taka jest moja wola i tak jej przykażesz - powiedziała Baba-Kopystnica i
skinęła na kozaków.
Zaląkł się Rybak-Staruszek nie na żarty. Zrozumiał,
że jak rozkazu nie spełni, to go kozacy na śmierć batami zasieką. Powlókł się
wiec ku wodom Bajkału.
- Złota Rybko, Złota Rybko, przypłyń do mnie,
biednego, szybko! - wyszeptał.
A Bajkał szalał wzburzony, fale w kolorze grafitu i
czerni obryzgiwały go pianą i niczym wściekłe psy rzucały mu się pod nogi.
- no i co tym razem? - spytała Złota Rybka,
wyjeżdżając na grzbiecie ogromnej czarnej fali.
- Moja żona oszalała, ot, baba przeklęta. Chce, byś
jej służyła do końca życia, byś jej rozkazy wypełniała. A jeśli cię o to nie
poproszę, kozacy batogami, grzbiet mi do krwi wygarbują - jęknął
Rybak-Staruszek.
Złota Rybka popatrzyła na niego popatrzyła na niego
i powiedziała cicho:
- Wracaj, dobry człowieku, do domu.
Powlókł się Rybak-Staruszek z powrotem, ale po
drodze minęła go ogromna czarnozielona fala. Dotarła do pałacu, na ucztę, do
kozaków i sług, do wieżyc-iglic i wojsk na majdanie. zabrała je na powrót ze
sobą, w otchłań Bajkału. a gdy Rybak-Staruszek dotarł na miejsce, zobaczył
dawną chatynkę lepiankę i żonę swoją, babę grubą i chmurną, siedzącą nad
pękniętym korytem.
I tak chciwość Baby-Kopystnicy została ukarana. A
Rybak-Staruszek znów mógł wypłynąć na fale Bajkału szukać ryb. i znów mógł
śpiewać ponad wodą swą pieśń:
Święty Bajkale, tyś królem mórz,
Nieś mą łupinę, ukołysz na fali.
Ryb mi nie żałuj, do brzegu mnie
puść,
Pozwól mi życie ocalić
I tylko Złotej Rybki nie spotkał już nigdy więcej.
Bajka rosyjska:))
|
Bajki krążą po świecie, w różne ksiąg układają się strony. Z ust rodzica, czy dziadka płynie ich przecudna melodia. Baju baj, baju baj gdy dziecięcą istotkę tuli kołderka, a w spokojnym śnie pojawia się obraz elfiej wróżki, która prowadzi w cudowny świat fantazji, baju baj, baju baj:))
Lanuszka
Lanuszka
środa, 18 lipca 2012
O rybaku i złotej rybce
wtorek, 17 lipca 2012
Konik garbusek
Bardzo daleko stąd żył ojciec z trzem synami.
Najstarszy miał na imię Borys i był najsilniejszy. Młodszego i
najpiękniejszego zwali Wasylem, a na najmłodszego, głuptasa, wołali po prostu
Wania. Wania do roboty się nie palił, całymi dniami na piecu drzemał i o
księżniczkach rozmyślał.
Zasiał raz ojciec pszenicę. Obrodziła tak, że kłosy
falowały ponad głowami najwyższych mężczyzn, a złociły się tak, że i w
pochmurny dzień na polu było jasno. Jednak co noc ktoś tratował polany -
otrząsał złote kłosy, łamał smukłe łodygi. Ojciec wysłał najstarszego sytna, by
pola pilnował. Ale ten antałek gorzałki wypił i poszedł spać w bruździe. Rano
znów pszenica stratowana, kłosy otrząśnięte, a syn przysięga, że nic nie
widział.
Następnej nocy posłał Wasyla-Pięknisia. Ale ten,
zamiast wolę ojca wypełnić, poszedł nie w pole, tylko do urodziwej sąsiadki, i
tam spędził noc. I rano znów pszenica stratowana, kłosy otrząśnięte, a Wasyl
głową trzęsie: nikogo na polu nie zobaczył.
Wreszcie posłał ojciec Wanię-Głuptaska. Tego, jako, że
się na piecu wyspał w dzień, w nocy już sen nie morzył. Leżał sobie, w gwiazdy
w gwiazdy się wpatrywał, aż tu nagle blask nie ziemski poderwał go na nogi. Nad
pole pszenicy nadleciała ogromna Caryca-Kobylica. Grzywę miała z gorących
słonecznych promieni, ogon z zimnych smug księżycowego światła, kopyta wielkie
jak koła u wozu, a chrapy jak dwa kowalskie miechy. Zeskoczyła z nieba na pole
dalej kłosy otrząsać i łodygi tratować.
Wania podkradł się i wskoczył na jej grzbiet. Pomiarkował,
by za słoneczną grzywę nie łapać i rąk nie spalić, więc skoczył tak, że
siedział przodem do ogona i rękami za ogon złapał. Caryca-Kobylica próbowała go
zrzucić. Na próżno. Chłopak ścisnął ją kolanami, srebrny wokół pięści okręcił i
pokonać się nie dał.
- Puszczaj, Wania, puszczaj natychmiast - zarżała
Caryca-Kobylica.
- Nie puszczę, póki za pszenicę zniszczoną nie
zapłacisz - zawołał Wania.
- Bo cię kopytami stratuję!
- Prędzej ja tobie ogon wyrwę.
Zobaczyła Caryca-Kobylicz, że chłopak twardo przy swoim
obstaje.
- Dobrze, jak mnie puścisz, dam ja tobie trzy konie.
Dwa srebrnogrzywe i jednego garbuska. Srebrnogrzywe sprzedaj w mieście, braciom
i ojcu pieniądze oddaj. Ale Konia Garbuska nie oddawaj nikomu, bo ci się nieraz
przyda!
Caryca-Kobylica przysięgła, że obiecam konie jutro
staną w zagrodzie, a pola pszenicy nigdy już nie stratuje. Wtedy chłopak ją
puścił. Patrzył, jak galopuje ku księżycowi, tocząc z pyska perłową pianę,
która stygła na nocnym niebie i zmieniała się w roje gwiazd. Wrócił Wania do domu
i położył się na piecu.
- Diabelska kobyła tratowała nam pole, ale już więcej
nie będzie - powiedział ojcu, który tylko mruknął gniewnie, bo kto by takich
głupstwa chciał słuchać.
Nazajutrz w południe Wania wstał z pieca i poszedł do
stajni. Przy żłobie stał mały, bury konik o grzbiecie tak krzywym i garbatym,
że trudno było sobie wyobrazić, jak na nim jechać.
- A gdzie to moje konie srebrnogrzywe? - zapytał sam
siebie.
I jakież było jego zdziwienie - Konik Garbusek
Przemówił!
- Twoi bracia pojechali na nich do grodu, by je
sprzedać i podzielić się pieniędzmi. Siadaj, to ich dogonimy - powiedział
Konik.
Wania dosiadł Konika Garbuska, a ten pogalopował tak
chyżo, jak nie biega żaden inny koń na świecie. Przed zachodem słońca dopędzili
starszych braci, którzy właśnie szukali miejsca na nocleg. Poszli spać, ale
znowu Wania zasnąć nie mógł, przecież się do południa wylegiwał. Naraz patrzy,
nie daleko na polanie błyszczy coś, tańczą płomienie. Podkradł się, zobaczył
Żar-Ptaki zlatujące się na gody. Niewiele myśląc, chwycił jednego za ogon,
wyrwał mu pióro ogniste i za pazuchę schował. Po cichu wrócił do obozowiska.
Bracia spali, ale Konik Garbusek otworzył oczy.
- Wyrzuć, Wani, to piórko kłopotów ci tylko przysporzy
- poprosił.
Ale Waniuszka tylko ramionami wzruszył.
Następnego dnia dotarli do grodu. Srebrnogrzywe rumaki
wypatrzył natychmiast wielki łowczy, który dla samego cara konie kupował. Wania
sprzedał mu rumaki, a sam najął się do roboty jako dozorca stajni. Oddał
braciom pieniądze, uściskał ich i poszedł służyć u cara.
Od rana do południa doglądał koni, a po robocie siadał
sobie wygodnie w drzwiach stajni, kręcił machorkę w lada jaki skrawek papieru,
przypalał ognistym piórem Żar-Ptaka i dobrze mu było. Konik Garbusek wiele razy
prosił:
- Wania, rzuć to piórko, bo kłopotów ci przysporzy!
Ale Wania na to nie zważał. Aż pewnego dnia wielki
łowczy dostrzegł, że chłopak piórkiem Żar-Ptaka machorkę przypala. Zaraz za łeb
go złapał, aby carowi to cudo i jego właściciela pokazać.
Car był wielkim myśliwym. Ustrzelił już z łuku gatunki
ptaków, ubił oszczepem wszystkie rodzaje zwierząt, jakie Matka Ziemie na świat
wydała na świat wydała. Ale nigdy dotąd nie udało mu się zabić a nie pojąć
Żar-Ptaka. Teraz surowym wzrokiem patrzył na Wanię, a do ręki wziął ogniste
pióro.
- Widziałeś ty, oberwańcu, Żar-Ptaka? - spytał Wanię
car.
- Jako i waszą wielmożność teraz oglądam.
- tak ty, Wania, jeszcze dziś do lasu pojedziesz i bez
żywego Żar-Ptaka nie waż mi się wracać. A jak go nie przywieziesz, ze skóry cię
żywcem obedrę.
Wraca Wania strapiony, do Konika Garbuska się
przytula.
- Bieda, Koniku, car każe całego Żar-Ptaka, a ja ledwo
jedno piórko zdobyłem.
- Mówiłem nie bierz tego piórka. Ale nie frasuj się.
Każ dać sobie dwie kadzie drewniane, wiadro miodu i skórzane rękawice. Do kadzi
wlejesz miód, drugą się nakryjesz. Jak Żar-Ptaki nadlecą, jednego złapiesz i
zaraz ci pomogę go carowi dostarczyć - doradził mu konik.
Wania wszystko zdobył, wsiadł na Konika i pojechał do
ciemnego lasu. Tam chłopak miodu do kadzi wlał, drugą się nakrył, rękawice
skórzane na ręce nasadził. O północy nadleciały Żar-Ptaki i dalej mód lipowy
pić. Wtedy Wania spod kadzi wyskoczył, jednego ucapił i zaraza na grzbiecie
Konika garbuska popędził do cara.
- Dobrześ się spisał - zatarł ręce car na widok
Żar-Ptaków bijącego ognistymi skrzydłami o stalowe pręty klatki. - Skoroś taki
junak i zuch, porwiesz dla mnie jutro córkę księżyca, bo chcę się z nią żenić -
rozkazał.
Powrócił Wania do swego Konika, oparł się czołem o
jego pysk i płacze:
- Teraz już po mnie, przyjacielu, jakże mi Córkę
Księżyca porwać? Gdzie jej szukać, mnie, biednemu!?
- Mówiłem, byś nie brał tego pióra? Masz tobie! Ale i
z tym sobie poradzimy. Musisz tylko wziąć z pałacu dwa srebrne lusterka i
srebrną klamrę. Jedno lustro postawisz, a drugie taflą do ziemi przyłożysz. Jak
Córka Księżyca , ty jej za plecami drugie zwierciadło odkryj. Już przeglądać
się w nich nie przestanie. Wystarczy spiąć ją srebrną klamrą i po kłopocie. A
teraz możemy ruszać - zarządził Konik.
Na wysokiej grani Wania lustro ustawił, o czarną skałę
oparł, drugie ułożył na ziemi, zwierciadlaną taflą do dołu. Sam ukrył się za
wielkim kamieniem. Po chwili usłyszał kroki Córki Księżyca. Tak pięknej
dziewczyny Wania jeszcze nie widział. Miała białą cerę, srebrzyste warkocze
do kolan, a oczy granatowe jak noc.Zauważyła lustro, zaczęła się w nim
przeglądać, włosy poprawić, szatę wygładzać. Wania skoczył, drugie lustro za
jej plecami ustawił i tak złapał ją w srebrną pułapkę. Córka Księżyca
nawet nie zauważyła, że Wania spiął oba lustra srebrną klamrą, Gwizdnął na
Konika garbuska i powiózł dziewczynę w dół, ku zielonym trawą i różowemu
świtowi, prosto na dwór cara.
Car zachwycił się narzeczoną, ale ona nawet słyszeć
nie chciała o małżeństwie.
- Niechaj zawiozą list memu ojcu i wydostaną z dna
morza mój pierścień zaręczynowy. Wtedy może zechcę ślubu - powiedziała
carowi.
Car zaraz kazał zawołać Wanię.
- Jedź i załatw, co każę - powiedział krótko.
Konik garbusek wysłuchał szlochów Wani i po raz trzeci
przypomniał:
- Jakbyś pióra Żar-Ptaka nie ruszał, nie byłoby teraz
tego. NO, ale nie ma czasu, musimy ruszać.
Wania wskoczył na jego grzbiet i Konik Garbusek
pomknął jak strzała. Biegł, aż znalazł się w miejscu, gdzie morze było
najwęższe i pomiędzy dwoma brzegami leżał wieloryb długi na siedem mil. Po jego
grzbiecie jeździły kupieckie karawany i wojskowe tabory.
- Dokąd jedziesz Waniuszka? - spytał wieloryb.
- Do Księżyca z listem od jego córki.
- Waniuszka, mileńki, zapytaj ty Księżyca, ile jeszcze
muszę cierpieć. Trzy lata tak leżę i grzbiet mam do krwi poraniony - poprosił
wieloryb.
- Zapytam o ciebie, bądź pewien - odparł Wania.
Przejechali po wielorybie, dotarli do stromych gór.
Konik garbusek zawołał:
- Trzymaj się mocniej grzywy i nie patrz w dół!
Po czym zaczął wznosić się w górę, kopytami krzesał
iskry na gwiazdach, galopował wyżej, niż strzała doleci, niż orzeł szybuje. tak
doleciał do Księżyca. Wania w pas mu się pokłonił, list oddał i czekał na
odpowiedź. Szybko ją też otrzymał. Zanim pokłonił się przed wyjściem, zapytał:
- Na powierzchni morza leży wieloryb. Jak długo ma
jeszcze pokutować?
- Aż wypluje statki i kupców, których połknął - odparł
Księżyc.
Wracając, dotarli do wieloryba.
- Najpierw przejdźmy na drugą stronę, potem poproś by
ci pierścień wydobył, dopiero na koniec powiedz, co ma uczynić, by być wolnym -
doradził Waniuszce Konik Garbusek.
- Pytałeś o mnie? - ryczał już z daleka wieloryb.
Wania nic nie odpowiedział, tylko przejechał po jego
grzbiecie na drugi brzeg.
Na dnie morza leży pierścień zaręczynowy Córki
Księżyca. spraw, bym go dostał, a zwrócę ci wolność - zawołał Wania.
Wieloryb skrzyknął swoje dzieci i nakazał im szukać
pierścienia. Wania czekał dzień, czekał noc, Konika zdążył wyczesać, nakarmić i
napoić. Wtem któreś z dzieci wieloryba wypluło pierścień na brzeg. Chłopak
podniósł go i wskoczył na grzbiet Konika.
- Wypluj statki i kupców, których połknąłeś - zawołał
i ruszył galopem przed siebie.
za nim z trzaskiem łamanych i pękających masztów
spadały na brzeg wypluwane przez wieloryba statki, pełne wychudzonych kupców i
marynarzy.
W pałacu cara Córka Księżyca włożyła pierścień z listu
od ojca wyczytała wszystkie rady i powiedziała carowi, którego nijak pokochać
nie mogła i nie chciała:
- Zagotuj wielki kocioł mleka. Wskocz do niego i wykap
się w nim. Będziesz miał od tego cerę białą jak śnieg i wtedy będę twoja.
Car nakazał na zamkowym dziedzińcu ogień rozpalić i
mleko gotować. Raptem przypomniał sobie o Wani.
- Ty skocz pierwszy - rozkazał.
Wania podszedł do kotła z wrzącym mlekiem, ale doszedł
też konik i chuchnął na kocioł. Mleko się ostudziło. Wania wskoczył, a gdy
wyszedł, był pięknym młodzieńcem o cerze białej jak mleko.
- Poszedł won - odepchnął go car.
Koń Garbusek chuchnął na kocioł znów i mleko w nim
zawrzało. Akurat wtedy, gdy car tam wskakiwał. Po chwili zły władca ugotował
się w mleku.
Nazajutrz odbyło się huczne weselisko Córki Księżyca i
Waniuszki. Odtąd razem żyli i razem rządzili, a Konik Garbusek zawsze im służył
radą i pomocą.
Bajka rosyjska:))
Pomidorowa
W kuchni znów krząta się Konwaliowa Wróżka. Soczyste
pomidory wyjmuje z koszyka, przed chwilą zerwała je z zielonych, gadatliwych
krzaczków w ogrodzie. Delikatnie głaszcze ich czerwoną skórkę, wącha.
- Dziś ugotujemy zupę pomidorową – mówi. - Pucusiu gdzie
jesteś?
Na skinienie Wróżki przybiega garnek – Puciuś.
- Tak, tak – woła – wszystko słyszę i wezmę te pomidory.
– Chodź, chodź – radośnie prosi – Kucharko, moja kochana łyżko drewniana.
W mig, hop w bok i już razem na stole tańczą.
- Zapraszam was na piec – mówi Wróżka – już Piecuś jest
rozgrzany. Proszę Pucusiu pięć pomidorów dla ciebie – i wkłada mu warzywa do
pyzatej buzi.
- Jakie one są słodkie mniam, mniam – po brzuszku klepie
się zadowolony garnek.
- Oj ty psocie – szturcha go Kucharka – proszę zaraz tu
do mnie skoczyć na piec. Gotować, gotować, gotować!
- Już lecę – woła i razem tańczą na piecu.
On lekko kołysze się na boki, ona w środku delikatnie
miesza, by miąższ nie przywarł do cynowego wnętrza.
- Proszę - uśmiech się Lanuszka – jak pięknie idzie wam
praca.
- Jak zawsze – razem odpowiadają – ha, ha, ha! Hura,
hura!
- Miedziusiu, Miedziusiu – woła Wróżka. – Gdzie ty znowu
się wałęsasz?
Za drzwiami słychać miedziane tupanie-brzdękanie.
- Jestem, już zaraz – jeszcze skacze po schodach. Bęc,
bęc, brzdęk, brzdęk, brzdęk z piwnicy słychać.
- Już jestem – mówi Miedziuś.
- Czemu kochany, znów się chowasz? – Pyta Lanuszka.
- Nie chowam się – odpowiada nie co speszony. – O proszę
przyniosłem seler, por, marchewkę, cebulę i pietruszkę na wywar.
- Cały się przy tym ubrudziłeś – woła zgodny duet z
pieca. – Jak teraz chcesz gotować zupę? Na co czekasz, już proszę się umyć –
śmiej się Kucharka i Pucuś.
- Nożyku, do mej reki proszę – mówi Wróżka i warzywa
zaczyna obierać.
Tymczasem Miedziuś wskakuje do zlewu i dokładnie się
pucuje. Po brzegi zaraz wypełniony wodą wskakuje na piec.
- Już jestem czysty – przyjaciołom odpowiada. – Czemu
tak mi się przyglądacie?
- Bo z ciebie jest nie zły psot – Kucharka odpowiada – Gdzieś
ty wcześniej był?
- Na spacerze, przecież przepiękna dzisiaj pogada i
szkoda taki dzień tylko na siedzenie w domu marnować. Jaki ze mnie psot?
–Troszeczkę się naburmuszył – warzywa do zupy przyniosłem.
- Tylko na spacerze? – Pucuś się śmieje.
- Już dobrze moi kochani, później o tym porozmawiamy –
mówi Wróżka, podając kawałek mięsa Miedziusiowi.
- Pomidory już chyba gotowe. Przetrzyjcie je teraz, żeby
pozbyć się skórek– Lanuszka poprosiła i do mięsa dodała wszystkie obrane
warzywa. Solą i pieprzem jeszcze doprawiała do smaku.
- Czy pomidory już na przecier przetarte moi kochani? –
Z uśmiecham zapytała.
- Tak, tak –już Pucuś figlarnie się przechylił i podał
go Miedziusiowi.
- Proszę trochę ostrożniej, bo na boki pryskasz zamiast
do środka eliksir słodki wlewać – zabulgotał miedziany kocioł.
- Przepraszam – odpowiedział Pucuś i już w zlewie z
pluskiem się kąpał.
- Stoliczku, nakryj się – Lanuszka klasnęła w dłonie. –
Zaraz przyjdą goście, a zupa już prawię gotowa.
Obrus biały gładko rozłożył się na stole. Z szafek
wyfrunęły półmiski, z szuflad wyskoczyły roześmiane łyżki. Ładnie w rzędach
ułożyły się do obiadu.
Do drzwi już zaczęli pukać mili goście.
Bajka polska :))
Skąd się wzięła wódka na świecie
Powiadali starzy ludzie, że różne są czarty i noszą rozmaite imiona.
Jest na przykład uczony Mefistofeles, który najchętniej po niemieckiej ziemi grasuje.
U nas jest Boruta, diabeł szlachecki. Wprasza się czasem na wesela i uczty, miód i wino wypija gąsiorami i burdy rad wszczynać, ale zwykłą kwaterkę ma w lochach pod Łęczycą, gdzie jako sowa pilnuje skarbów.
Inny znów diabeł nazywa się Iskrzycki, ten zgodził się na służbę w jednym dworze i za panią przenosił się z miejsca na miejsce.
Mówiono też, że jest i diabeł chłopski, Rokita. Mieszka pośród trzcin, po bagnach i rzecznych rozlewiskach. Ale czasem, jak jest upał, a on się wykąpie i wypławi, to wyłazi ze swoich tataraków i rokicin, żeby się wysuszyć w cieple.
Otóż jak nieraz bywa na wsi, stała sobie dzika grusza przy miedzy na pagórku, skąd widać było całą okolicę. Rozłożyła szeroko gęstą koronę i w jej cieniu mile się odpoczywa, kiedy południowy skwar wisiał w powietrzu.
Jest na przykład uczony Mefistofeles, który najchętniej po niemieckiej ziemi grasuje.
U nas jest Boruta, diabeł szlachecki. Wprasza się czasem na wesela i uczty, miód i wino wypija gąsiorami i burdy rad wszczynać, ale zwykłą kwaterkę ma w lochach pod Łęczycą, gdzie jako sowa pilnuje skarbów.
Inny znów diabeł nazywa się Iskrzycki, ten zgodził się na służbę w jednym dworze i za panią przenosił się z miejsca na miejsce.
Mówiono też, że jest i diabeł chłopski, Rokita. Mieszka pośród trzcin, po bagnach i rzecznych rozlewiskach. Ale czasem, jak jest upał, a on się wykąpie i wypławi, to wyłazi ze swoich tataraków i rokicin, żeby się wysuszyć w cieple.
Otóż jak nieraz bywa na wsi, stała sobie dzika grusza przy miedzy na pagórku, skąd widać było całą okolicę. Rozłożyła szeroko gęstą koronę i w jej cieniu mile się odpoczywa, kiedy południowy skwar wisiał w powietrzu.
Siadywał tam czasem Rokita, kiedy miał dość pławienia się w wodzie. Wypatrywał, kto i dokąd idzie pobliską drogą, kto się z kim spotyka pod lasem - w ogóle śledził, co dzieje się na świecie i kogo można by namówić na coś złego albo wyrządzić mu złośliwą psotę.
To był diabeł bardzo mocny, ale niezbyt mądry,książę piekielny używał go do pomniejszych posług.
Zdarzyło się kiedyś, że biedny chłopina orał sąsiednie pole. Położył pod gruszą chleb z serem, który zabrał z domu na śniadanie.
Dostrzegł to diabeł schowany za pniem i skoro tylko chłop się odwrócił - cap! Rokita schwycił śniadanie chłopa i zjadł. Taki był z siebie zadowolony, że zaraz poleciał do piekła pochwalić się Lucyperowi. Ale książę piekieł rozgniewał się na niego i krzyknął:
- Jesteś głupi i leniwy! Co to za sztuka wykraść chleb biednemu chudzinie! On i tak ma piekło na ziemi. w domu nieraz przymiera głodem, cztery dni odrabia darmo pańszczyznę, a w dodatku nikt go nie szanuje. Nie na taką robotę wysyłam was na ziemię. Za karę idź służyć u tego chłopa przez rok jako parobek!
Diabłu było markotno i wstyd, ale musiał usłuchać. Poszedł więc do chłopa i zgodził się na służbę.
Chłop u cieszył się z darmowego parobka, bo nie mógł sobie dać rady z pańszczyzną i nie miał już czasu ani sił, żeby obrobić swoje pole i nawieźć z lasu trochę chrustu na opał.
Dziedzic był w tej wsi zły i chciwy, nie współczuł niczyjej biedzie.
Chłop miał nędzną szkapinę, ale czart-parobek tak mocno popychał wóz na drodze i pług w polu, że koń nie miał co ciągnąć. W lesie czart wyrwał całe drzewa i rzucał je na wóz jak patyki. Chłopskie pole przez jeden dzień zaorał i obsiał. Ostro zabrał się Rokita do pracy!
Kiedy trzeba było odrobić dniówkę na pańskim, chłop posyłał teraz swego parobka. Karbowy nie mógł mu się nadziwić, bo widział, że robi za dziesięciu, a nie wiedział, że to czart.
Pewnego razu kazał pan chłopu kopać staw. Chłop wysłał Rokitę. Dziedzic powbijał tyczki na znak, jaki duży ma być ten staw i powiedział:
- Tu będziesz wybierał ziemię. Potem wykopiesz rów, żeby wpuścić wodę do stawu. ale do kopania rowu zabierz się dopiero wtedy, kiedy staw będzie taki głęboki, że będziesz mógł schować się w nim razem z głową. W jednym dniu nie da się to zrobić, przyjdziesz jeszcze jutro i pojutrze.
Pan poszedł, a Rokita zabrał się do roboty.
Dziedzic wrócił po godzinie, patrzy - a tu staw gotowy i pełen wody. Pokiwał głową zdumiony wielce i powiedział:
- No, no, ależ ty robisz za stu chłopów!
- Bo mi się spieszy - odpowiedział parobek. - Mój gospodarz nie ma paszy, więc muszę mu uzbierać trawy dla koni.
- Nie chodź po trawę - rozkazał dziedzic. - Tak się popisałeś ze stawem, że należy ci się nagroda. idź na moje pole i weź sobie tyle kończyny, ile potrafisz unieść na grzbiecie.
Kończyna stała już w koszach. Diabeł poskrobał się po głowie, potem splunął w garście i z jednej kopy koniczyny ukręcił długie i grube powrósło. tym powrósłem związał cztery inne kopy, zarzucił sobie wszystko na grzbiet i poniósł do domu.
"Ohoho, to niebezpieczny parobek", pomyślał dziedzic. " Trzeba się mieć na baczności.
Na drugi dzień powiedział do parobka:
- Zeszłoroczne żyto mi zatęchło. Weźmiesz łopatę i będziesz je przesypywał, aż wyschnie.
- E, łopatą byłoby za wolno - zauważył Rokita. - Zrobię młynek, na młynku żyto przewietrzy się w mig.
Tak też uczynił. Dziedzic pokiwał głową z uznaniem i pochwalił parobka, że jest taki mądry.
A parobek na to:
- To jeszcze nic, ja umiem lepszą sztukę. Zamiast żeby pan dziedzic sprzedawał ziarno za tanie pieniądze, można by zrobić z niego taki napój, że kto do niego przywyknie, ten zawsze będzie chciał go pić. A pan dziedzic wystawi karczmę przy kościele i tam będzie się ten napój drogo sprzedawać. Ja będę ludzi napędzał, żeby ich nigdy w karczmie nie brakowało.
Dziedzicowi bardzo się ta myśl spodobała, toteż obiecał parobkowi sowitą nagrodę, jeżeli potrafi to zrobić.
Ale czart powiedział:
- ja tam na pieniądze chciwy nie jestem. Chciałbym dostać co innego. Niech mi pan dziedzic poda rękę i da mi szlacheckie słowo honoru, że jak zrobię z żyta ten napój i wystawię karczmę, to mi pan daruje to, o co pana poproszę i co pana nie kosztuje ani grosza.
Dziedzic obiecał i parobek wziął się zaraz do roboty. jednego dnia zbudował gorzelnię, drugiego dnia wystawił karczmę. Na trzeci dzień zrobił ogromną kadź i kocioł. Zatarł w kadzi żyto i gotował je w kotle. Płyn, który w tej kadzi wygotował, nazwał gorzałką. Ale gorzałka była z wyglądu podobna do wody, więc ludzie nazwali to później wódką.
Wreszcie wszystko było gotowe. Czart powiedział dziedzicowi, że można już zwołać ludzi ze wsi i z dworu. Kiedy się zeszli, parobek najpierw sam napił się wódki, żeby im dać przykład, a potem częstował ich zaczynając od dziedzica.
Nowy napój z początku palił ludzi w gardle i żołądku. Potem, kiedy poili, zaczynali śmiać się głupio, zataczali się, potrącali i przewracali.
Inni wyśmiewali się z tamtych, bo sami też byli podpici i wydawało im się to wszystko zabawne.
Powoli mieszkańcy tej wsi tak się przyzwyczaili do gorzałki, że nawet biedak niósł ostatni gorsz do karczmy, choćby nie miał potem za co kupić chleba obie i dzieciom.
Nieraz dochodziło do przekleństw i do bijatyki. W karczmie schodzili się złodzieje i zbóje, żeby okradać pijaków.
Ale wszyscy tak już przywykli do pijaństwa, że na to nie zważano, a tych, co się sprzeciwiali takim obyczajom - nie chciano słuchać.
Gruchnęła po kraju wieść o wynalazku i zaczęto wszędzie stawiać karczmy. diabły uwijały się od jednej do drugiej i zacierały ręce z radości, bo coraz więcej ludzi udawało im się napędzać;
- Służyłem wam, gospodarzu, tak jak mi kazał mój herszt Lucyper. Bo nie jestem zwyczajnym parobkiem, tylko czartem. To ja wam zjadłem rok temu wasz chleb z serem, który położyliście pod gruszą, że to mnie Lucyper ukarał i kazał mi u was służyć. ale teraz moja kara się skończyła, pójdę tylko jeszcze do dziedzica po obiecaną zapłatę.
Tu parobek przybrał na chwilę z powrotem postać rogatego diabła i już go nie było.
Poleciał do dworu. Stanął tam znów w postaci parobka i powiedział:
- Panie dziedzicu, przychodzę po zapłatę za gorzałkę i za karczmę. Umówiliśmy się, że dacie mi to, o co poproszę i co nie kosztowało ani grosza. dusza nie kosztowała was nic, panie dziedzicu, boście jej nie kupili, więc oddajcie mi ją!
Zły dziedzic upadł martwy, a czart porwał jego duszę i czmychnął z nią do piekła.
Tym razem Lucyper pochwalił swego sługę.
Bajka polska:))
To był diabeł bardzo mocny, ale niezbyt mądry,książę piekielny używał go do pomniejszych posług.
Zdarzyło się kiedyś, że biedny chłopina orał sąsiednie pole. Położył pod gruszą chleb z serem, który zabrał z domu na śniadanie.
Dostrzegł to diabeł schowany za pniem i skoro tylko chłop się odwrócił - cap! Rokita schwycił śniadanie chłopa i zjadł. Taki był z siebie zadowolony, że zaraz poleciał do piekła pochwalić się Lucyperowi. Ale książę piekieł rozgniewał się na niego i krzyknął:
- Jesteś głupi i leniwy! Co to za sztuka wykraść chleb biednemu chudzinie! On i tak ma piekło na ziemi. w domu nieraz przymiera głodem, cztery dni odrabia darmo pańszczyznę, a w dodatku nikt go nie szanuje. Nie na taką robotę wysyłam was na ziemię. Za karę idź służyć u tego chłopa przez rok jako parobek!
Diabłu było markotno i wstyd, ale musiał usłuchać. Poszedł więc do chłopa i zgodził się na służbę.
Chłop u cieszył się z darmowego parobka, bo nie mógł sobie dać rady z pańszczyzną i nie miał już czasu ani sił, żeby obrobić swoje pole i nawieźć z lasu trochę chrustu na opał.
Dziedzic był w tej wsi zły i chciwy, nie współczuł niczyjej biedzie.
Chłop miał nędzną szkapinę, ale czart-parobek tak mocno popychał wóz na drodze i pług w polu, że koń nie miał co ciągnąć. W lesie czart wyrwał całe drzewa i rzucał je na wóz jak patyki. Chłopskie pole przez jeden dzień zaorał i obsiał. Ostro zabrał się Rokita do pracy!
Kiedy trzeba było odrobić dniówkę na pańskim, chłop posyłał teraz swego parobka. Karbowy nie mógł mu się nadziwić, bo widział, że robi za dziesięciu, a nie wiedział, że to czart.
Pewnego razu kazał pan chłopu kopać staw. Chłop wysłał Rokitę. Dziedzic powbijał tyczki na znak, jaki duży ma być ten staw i powiedział:
- Tu będziesz wybierał ziemię. Potem wykopiesz rów, żeby wpuścić wodę do stawu. ale do kopania rowu zabierz się dopiero wtedy, kiedy staw będzie taki głęboki, że będziesz mógł schować się w nim razem z głową. W jednym dniu nie da się to zrobić, przyjdziesz jeszcze jutro i pojutrze.
Pan poszedł, a Rokita zabrał się do roboty.
Dziedzic wrócił po godzinie, patrzy - a tu staw gotowy i pełen wody. Pokiwał głową zdumiony wielce i powiedział:
- No, no, ależ ty robisz za stu chłopów!
- Bo mi się spieszy - odpowiedział parobek. - Mój gospodarz nie ma paszy, więc muszę mu uzbierać trawy dla koni.
- Nie chodź po trawę - rozkazał dziedzic. - Tak się popisałeś ze stawem, że należy ci się nagroda. idź na moje pole i weź sobie tyle kończyny, ile potrafisz unieść na grzbiecie.
Kończyna stała już w koszach. Diabeł poskrobał się po głowie, potem splunął w garście i z jednej kopy koniczyny ukręcił długie i grube powrósło. tym powrósłem związał cztery inne kopy, zarzucił sobie wszystko na grzbiet i poniósł do domu.
"Ohoho, to niebezpieczny parobek", pomyślał dziedzic. " Trzeba się mieć na baczności.
Na drugi dzień powiedział do parobka:
- Zeszłoroczne żyto mi zatęchło. Weźmiesz łopatę i będziesz je przesypywał, aż wyschnie.
- E, łopatą byłoby za wolno - zauważył Rokita. - Zrobię młynek, na młynku żyto przewietrzy się w mig.
Tak też uczynił. Dziedzic pokiwał głową z uznaniem i pochwalił parobka, że jest taki mądry.
A parobek na to:
- To jeszcze nic, ja umiem lepszą sztukę. Zamiast żeby pan dziedzic sprzedawał ziarno za tanie pieniądze, można by zrobić z niego taki napój, że kto do niego przywyknie, ten zawsze będzie chciał go pić. A pan dziedzic wystawi karczmę przy kościele i tam będzie się ten napój drogo sprzedawać. Ja będę ludzi napędzał, żeby ich nigdy w karczmie nie brakowało.
Dziedzicowi bardzo się ta myśl spodobała, toteż obiecał parobkowi sowitą nagrodę, jeżeli potrafi to zrobić.
Ale czart powiedział:
- ja tam na pieniądze chciwy nie jestem. Chciałbym dostać co innego. Niech mi pan dziedzic poda rękę i da mi szlacheckie słowo honoru, że jak zrobię z żyta ten napój i wystawię karczmę, to mi pan daruje to, o co pana poproszę i co pana nie kosztuje ani grosza.
Dziedzic obiecał i parobek wziął się zaraz do roboty. jednego dnia zbudował gorzelnię, drugiego dnia wystawił karczmę. Na trzeci dzień zrobił ogromną kadź i kocioł. Zatarł w kadzi żyto i gotował je w kotle. Płyn, który w tej kadzi wygotował, nazwał gorzałką. Ale gorzałka była z wyglądu podobna do wody, więc ludzie nazwali to później wódką.
Wreszcie wszystko było gotowe. Czart powiedział dziedzicowi, że można już zwołać ludzi ze wsi i z dworu. Kiedy się zeszli, parobek najpierw sam napił się wódki, żeby im dać przykład, a potem częstował ich zaczynając od dziedzica.
Nowy napój z początku palił ludzi w gardle i żołądku. Potem, kiedy poili, zaczynali śmiać się głupio, zataczali się, potrącali i przewracali.
Inni wyśmiewali się z tamtych, bo sami też byli podpici i wydawało im się to wszystko zabawne.
Powoli mieszkańcy tej wsi tak się przyzwyczaili do gorzałki, że nawet biedak niósł ostatni gorsz do karczmy, choćby nie miał potem za co kupić chleba obie i dzieciom.
Nieraz dochodziło do przekleństw i do bijatyki. W karczmie schodzili się złodzieje i zbóje, żeby okradać pijaków.
Ale wszyscy tak już przywykli do pijaństwa, że na to nie zważano, a tych, co się sprzeciwiali takim obyczajom - nie chciano słuchać.
Gruchnęła po kraju wieść o wynalazku i zaczęto wszędzie stawiać karczmy. diabły uwijały się od jednej do drugiej i zacierały ręce z radości, bo coraz więcej ludzi udawało im się napędzać;
- Służyłem wam, gospodarzu, tak jak mi kazał mój herszt Lucyper. Bo nie jestem zwyczajnym parobkiem, tylko czartem. To ja wam zjadłem rok temu wasz chleb z serem, który położyliście pod gruszą, że to mnie Lucyper ukarał i kazał mi u was służyć. ale teraz moja kara się skończyła, pójdę tylko jeszcze do dziedzica po obiecaną zapłatę.
Tu parobek przybrał na chwilę z powrotem postać rogatego diabła i już go nie było.
Poleciał do dworu. Stanął tam znów w postaci parobka i powiedział:
- Panie dziedzicu, przychodzę po zapłatę za gorzałkę i za karczmę. Umówiliśmy się, że dacie mi to, o co poproszę i co nie kosztowało ani grosza. dusza nie kosztowała was nic, panie dziedzicu, boście jej nie kupili, więc oddajcie mi ją!
Zły dziedzic upadł martwy, a czart porwał jego duszę i czmychnął z nią do piekła.
Tym razem Lucyper pochwalił swego sługę.
Bajka polska:))
niedziela, 15 lipca 2012
Tarninka i Janek Gil
W skalistej, nieurodzajnej Bretanii, a parafii Guirek, nad samym oceanem, żyła kiedyś w dawnych czasach wdowa Ninorch.
Jej ojciec był bogaty, Kiedy umarł, zostawił dzieciom dom, młyn i cegielnię, a także sporo ziemi, konie, krowy, woły i owce, przy tym siano, ziarno, płótno i różne inne zapasy. Ale bracia wdowy wszystko zabrali sobie.
Najstarszy , Perrik, wziął dom, pola i konie, było tych koni dwanaście. Średni, Fach, zabrał młyn, łąki i krowy, krów też było dwanaście. najmłodszy, Riwal, wziął cegielnię, dwa tuziny wołów i sto dwadzieścia owiec.
Siostrze nie wydzielili nic dobrego, dali jej tylko po środku pastwiska szałas bez drzwi i okien, w którym za życia ich ojca zamykano chore bydło.
Kiedy wdowa ustawiła tam ubogie graty, którymi pogardzili jej bracia, przyszedł średni brat, Fach, i powiedział:
- Nie zapominam, że jestem twoim bratem i chrześcijaninem, więc lituję się nad tobą. mam czarną krowę, której ani rusz nie mogę utuczyć, a mleka daje tylko kapkę, tyle co dla noworodka. Możesz sobie wziąć tę krowę, niech ci ją Tarninka pasie.
Tarninka to była córka wdowy. miała już jedenaście lat, ale była taka bieluśka i delikatna jak kwiatki tarniny, więc wszyscy nazywali ją Tarninką.
Tarninka to była córka wdowy. miała już jedenaście lat, ale była taka bieluśka i delikatna jak kwiatki tarniny, więc wszyscy nazywali ją Tarninką.
Odtąd Tarninka wyganiała co dzień krowę na pastwisko. Biedna krowina niewiele miała trawy do szczypania pomiędzy kamieniami, a lepszej paszy bracia dla niej nie dawali.
Pasąc krowę, Tarninka śpiewała pobożne pieśni i plotła wianki z żarnowca, którego kwiaty złociły się na wydmach nadmorskich.
Kiedyś, gdy zakwitły ciernie, związała z nich krzyżyk. Wetknęła go w ziemię. Wtedy nadleciał gil i usiadł na nim Był taki zabawny, tak coś wesoło ćwierkał i machał skrzydełkami, że chociaż Tarninka nie mogła go zrozumieć, przyglądał mu się i słuchała. Zapomniała o wszystkim. Wcale nie zauważyła, że słońce zachodzi.
Wtem spojrzała dookoła. Spostrzegła, że to już wieczór i pobiegła szukać krowy. Szukała po całym szerokim pastwisku, wołała ze wszystkich sił, przeganiała kijem krzaki, schodziła do wąwozów i wdrapywała się na skały - wszystko na próżno. Było już ciemno, kiedy usłyszała w dali głos matki:
- Tarninko, Tarninko!
Pobiegła w stronę domu, a tam niedaleko ich chaty leżała krowa, ale rozszarpana przez wilki...
Tarninka upadła obok krowy na kolana i gorzko zapłakała. Matka też była bardzo zmartwiona, ale starała się córkę pocieszyć.
- Przestań płakać, Tarninko. Nic już nie poradzimy. zobaczysz, że Bóg nas nie opuści.
Tarninka poszła za matką do chaty, ale co krok to wzdychała. Co krok nowa łza upadała jej na nogi. że zmartwieniem na mogła jeść wieczorem. W nocy wciąż się budziła, bo jej się wydawało, że ich krowa ryczy na pastwisku.
Kiedy tylko na dworze zaczęło szarzeć, Tarninka zerwała się z siennika. w koszuli i lekkiej spódniczce wybiegła boso na pastwisko.
Na tym samym miejscu co wczoraj spotkała znowu tego samego ptaszka. Ptaszek znów coś do niej ćwierkał, a on nic nie rozumiała. Drażniło ją to, że nie wie, co gil jej chce powiedzieć i już chciała stamtąd odejść, kiedy dostrzegła w trawie coś błyszczącego, jakby złoty pieniądz. Nastąpiła na to miejsce nogą, ale to nie był pieniądz, tylko złote ziele.
Złote ziele jest bardzo rzadkie. Jeśli ktoś dotknie go bosą stopą, a ma czyste sumienie, to zrozumie mowę zwierząt i sam będzie umiał mówić ich językiem.
Tarninak od razu zrozumiała ptaszka. Ptaszek ćwierkał tak:
- Jestem Janek Gil. Kiedy Pan Jezus umierał przybity do krzyża, wydłubałem najostrzejszy, najbardziej kłujący kolec z cierniowej korony. W nagrodę za to będę żył do końca świata i wolno mi co rok obdarować jedno biedne dziecko. W tym roku wybrałem ciebie.
Tarninka ucieszyła się bardzo i zawołała:
- Czy to nie bajka, Janku Gilu?Jeżeli to prawda, będę mogła nareszcie mieć srebrny krzyżyk na szyję jak inne dziewczęta, a na nogi chociaż drewniane chodaki, bo kamienie kaleczą mi bose stopy. Powiedz mi, co mam zrobić, żeby to mieć.
- Idź odważnie za mną, gdzie cię zaprowadzę.
Janek Gil pofrunął przodem, a Tarninka poszła za nim. Zaprowadził ją aż na piaszczyste wzgórza nadmorskie, te, co to są naprzeciwko siedmiu wysp. Wtedy zapytał:
- Czy widzisz, co stoi w dole? Tam na piasku nad samym morzem.
- Widzę parę wielkich drewniaków. Ktoś je zrobił wcale ich nie wypalając wewnątrz. I jeszcze widzę laskę z surowego drzewa, którego nikt nożem nie obrobił.
- Włóż na nogi te drewniaki i weź laskę do ręki - ćwierknął ptaszek. - Pamiętaj, że masz być odważna. idź po morzu aż do pierwszej wyspy. jeżeli stchórzysz, wszystko przepadło. Na wyspie zobaczysz skałę, a na samym szczycie tej skały będzie rosło sitowie takie zielone, jak morze. narwij tego sitowia i skręć z niego postronek. kiedy postronek będzie gotowy, uderz laską w skałę. Skała się rozstąpi i wyjdzie z niej Mora-Wicha, morska krowa. Zarzuć jej na szyję postronek z sitowia i przyprowadź ją swojej matce.
Tarninka zrobiła, jak kazał Janek Gil. Wsunęła stopy w drewniaki, ukręciła postronek z sitowia i uderzyła laską o skałę. Skała się rozstąpiła i wyszła z niej krowa Mor-Wioch. Miała spojrzenia łagodne jak wierny pies i sierść błyszczącą jak kret, a jej wymię zwisało aż do ziemi.
Krowa poszła po morzu za Tarninką i dała się zaprowadzić do chaty jej matki.
Wdowa Tak się ucieszyła na widok morskiej krowy, że po raz pierwszy od dawna roześmiała się z radości.
Zaraz wzięła skopek, przystawiła stołeczek i zabrała się do dojenia. Ledwo dotknęła wymienia, mleko pociekło jej między palcami jak woda ze źródła.
Ninorch napełniła wszystkie garnki, dzbanki, nawet miednice, faski, dzieże i beczki. Zawołała sąsiadki, żeby sobie nabrały do swoich naczyń mleka dla dzieci, ile zechcą.
Sława krowy Mor-Wioch rozeszła się po całej okolicy. Handlarze chcieli koniecznie ją kupić, ale wdowa jej nie sprzedała. Wreszcie przyszedł do wdowy Perrik, jej najstarszy brat i powiedział:
- Jeżeli jesteś dobrą i pobożna kobietą, to nie zapomniałaś, że jestem twoim bratem i że należy mi się od ciebie więcej niż ludziom obcym. Sprzedaj mi Moe-Wioch, a ja za nią kupię dziesięć innych krów.
Ale wdowa odpowiedziała:
- Chyba rozumiesz, bracie, że Mor-Wich jest więcej warta niż wszystkie krowy z naszej okolicy razem. Mogę od niej mieć tyle mleka, masła i sera, że starczy tego na wszystkie targi Bretanii.
- dobrze mówisz, siostro. Ale za tę krowę jestem gotów oddać ci wszystko, co wziąłem po ojcu: dom, gdzie się urodziłaś, i pola, i konie.
Ninorch zgodziła się. Wiedziała, że krowa Mat-Wioch jest więcej warta, ale kochała dom rodzinny i ziemię, na której wyrosła.
Oddała więc bratu morską krowę, a sama objęła ojcowiznę w posiadanie bretońskim obyczajem. Wzięła grudkę ziemi z pola, napiła się wody ze studni, rozpaliła ogień pod kominem i każdemu koniowi obcięła pędzelek włosia z ogona. Teraz dopiero poczuła, że objęła dziedzictwo po ojcach i że to wszystko należy do niej.
Jej brat, Perrik miał jeszcze inne domostwo na wybrzeżu, nowsze, i tam zabrał krowę Mor-Wioch. Kiedy ją wyprowadzał Tarninak rozpłakała się i nie mogła pocieszyć się aż do wieczora.
O zachodzie poszła do stajni, żeby złożyć koniom siano za drabki. Spojrzała za pustą zagrodę morskiej krowy i westchnęła:
- Biedna Mor-Wioch! Czy jej dobrze u wuja? Czy ją jeszcze kiedyś zobaczę?
Wtem usłyszała za sobą ciężkie stąpanie i znajomy głos zaryczał:
- Muuu! Muuu! Wruciłam do was.
Tarninka odwróciła się. patrzy - a tu mor-Wioch wchodzi spokojnie i powiada:
- Nie mogłam zostać u twego wuja, bo nie wolno mi służyć złym ludziom. On jest skąpy, bezlitosny i innych krzywdzi.
- Kiedy tak, to moja mama będzie musiała oddać mu ten dom i ziemię, i konie - powiedziała Tarninka.
- Nie- odpowiedziała morska krowa. - Twój wuj to sobie niesprawiedliwie i tyle lat używał wszystkiego. zamiast oddać twojej matce jej część, zostawił siostrę w nędzy. Dorobił się na niej, a dziedzictwo po ojcach ma należeć teraz do twojej matki.
- No to wuj przyjdzie i odbierze ciebie, Mor-Wioch.
- Nie uda mu się odebrać mnie! Idź, Tarninko, do ogrodu i zerwij trzy listki żelaznego ziela. Jak je przyniesiesz, to ci powiem, co masz z nimi zrobić.
Tarninka poszła do ogrodu i przyniosła trzy listki żelaznego ziela. Morska krowa rozkazała:
- Potrzyj listkami tego ziela mój grzbiet trze razy od głowy do ogona i powiedz po cichu: " Święty Ronaniuszu z Hibernii!"
Tarninka tak zrobiła, a wtedy morska krowa zamieniła się w pięknego konia i koń zarżał wesoło:
- Teraz niech przyjdzie twój wujaszek! Nie pozna mnie z pewnością. Ale pamiętaj, że nie nazywam się Mor-Wioch, ale tylko March-Mor, morski koń.
Tarninka pobiegła do matki i opowiedziała jej, co się stało i co mówiła morska krowa. Ninorch postanowiła, że zaraz na drugi dzień wypróbuje nowego konia i pośle go z owsem na targ do sąsiedniego miasta Tregje.
Przekonała się, że on jeden udźwignie więcej ciężaru, niż wszystkie konie z całej parafii razem.
Sława morskiego konia, March-Mor, rozeszła się tak szeroko, jak przedtem morskiej krowy. Przyszedł do siostry Fanch, jej drugi brat i poprosił, żeby mu go sprzedała.
Ninorch z początku nie chciała się zgodzić, ale kiedy Fanch ofiarował jej za morskiego konia wszystkie swoje krowy, łąki i młyn - ustąpiła. Fanch zabrał March-Mor, a wdowa objęła w posiadanie jego część dziedzictwa w takki sam sposób, jak przedtem dom, pola i konie.
Wieczorem Tarninka usłyszała przed stajnią znajome rżenie. To wrócił March-Mor.
Kazał tak jak krowa potrzeć sobie grzbiet żelaznym zielem i zamienił się w Mor-Wauw, morską owcę. Było ona porośnięta wełną długą jak konopie, czerwoną jak szkarłat, a delikatną jak zmiędlony i wyczesany len.
Wdowa poszła zaraz obejrzeć nowe cudo i zawołała:
- Biegnij po nożyce, Tarninko! Przecież owca, biedactwo, ledwo może udźwignąć na sobie taką stertę wełny.
Zaczęła strzyc, a tu wełna za nożycami odrasta. Dziw nad dziwy!
Przechodził właśnie tamtędy Riwal, najmłodszy brat. Zobaczył, co się dzieje, podbiegł do siostry i zawołał:
- Ninorch, oddam ci za tą owcę całe stado owiec, a prócz tego cegielnie!
wdowa się zgodziła. brat oddał, co obiecał i przyszedł po owcę. Ale kiedy Riwal prowadził Mor-Waua wzdłuż wybrzeża, owca wyrwała mu się. Skoczyła do wody i długo jeszcze było widać czerwoną owcę, jak płynie do najmniejszej z siedmiu wysp.
Riwal nie miał łódki, zresztą bałby się gonić za owcą. Zrozumiał,że ktoś wymierzył mu sprawiedliwość za krzywdę siostry i nie ma na to sposobu.
Kiedy Mor-Wauw dopłynęła do wyspy i wyszła na brzeg, skały się rozstąpiły, morska owca wskoczyła do szczeliny i szczelina zamknęła się za nią.
Tarninka długo wieczorem czekała na owcę, ale owca nie wróciła. Zaniepokojona Tarninka wybiegła na drugi dzień rano na pastwisko. spotkała tam Janka Gila . Kiedy ptaszek ją zobaczył, zaćwierkał:
- Czekałem na ciebie. Mor-wauw nie wróci. Brat twojej matki został ukarany za chciwość tak samo, jak dwaj starsi. teraz moja dobra, pracowita Tarninko, pomyśl o sobie. Kup złoty krzyżyk i atłasowe pantofelki, jeżeli masz na nie ochotę. Ale nie zapomnij nigdy, kto ci przysłał mnie na pomoc, kiedy byłaś w wielkiej biedzie. Ja nie mam tu już teraz nic do robot i pofrunę dalej.
Bracia chcieli odebrać wdowie to, co dali za morską krowę, konia i owcę. Strach ich prędko minął, a pożałowali tego, co oddali siostrze, więc zaskarżyli ją do sądu. Ale sędzia nie pozwolił im nic ruszyć, chociaż wdowa byłaby pewnie ustąpiła, bo nie lubiła się kłócić. Sędzia powiedział, że bracia oszukali Ninorch przy działach i dorobili się na cudzym, więc ojcowizna teraz należy się Ninorch i Tarnince.
Tam, gdzie Tarninka spotkała Janka Gila, postawiły kapliczkę.
Starzy ludzie widzieli jeszcze tę kapliczkę i pamiętali, jak ich rodzice opowiadali im historię wdowy Ninorch i jej córki Tarninki.
piątek, 6 lipca 2012
Cztery szklane paciorki
W mieście Balch, w dalekiej Persji, gdzie książęta mieli białe marmurowe pałace w różanych ogrodach, handlarza - bogate bazary , a biedota nędzne lepianki, żyli czterej przyjaciele.
Byli to kupcy. Wszystkim czterem z początku powodziło się dobrze. potem wszystkim czterem jednocześnie zaczęło się powodzić źle i coraz gorzej. nie mieli czym zapłacić za towary, które pobrali dla swoich sklepów. wierzyciele zagrozili im, że zabiorą wszystko jeśli kupcy nie pooddają długów.
Czterej przyjaciele poszli po radę w góry, do mądrego starca, do mądrego starca. ten starzec pomógł już nie jednemu, znał różne czarodziejskie tajemne sprawy.
Mędrzec wysłuchał ich spokojnie. potem wziął szkatułkę z onyksu - takiego drogiego kamienia - otworzył ją i coś i coś wysypał z niej do ręki. Wyciągnął rękę ku czterem przyjaciołom i zobaczyli cztery szklane paciorki: czerwony, biały, żółty i niebieski.
Mędrzec powiedział:
- Weźcie sobie te kuleczki. Każdy z was niech położy sobie jedną na fałdach swojego turbanu. 9turbany to zawoje, które Persowie noszą na głowach). Pójdźcie w świat i uważajcie, gdzie te kulki spadną. niech każdy kopie tam, gdzie upadł jego paciorek, a znajdzie to, co mu los przeznaczył. później możecie się z sobą zamienić albo dzielić się z innymi, jeżeli zechcecie.
przyjaciele wyciągnęli ręce po paciorki. Hasyn wziął czerwony, Dahik biały, Gazyl żółty, a Gadib niebieski. Podziękowali starcowi za dar i poszli.
Co prawda oczekiwali innej pomocy, a nie tylko czterech szklanych paciorków, z których nie wiadomo, czy będzie jakaś korzyść. Jednak posłuchali rady mędrca. Wrócili do Balch po łopaty, każdy położył swój paciorek na turbanie i wyruszyli w drogę. najpierw spadł czerwony paciorek hanysa. zaczęli zaraz kopać w tym miejscu i znaleźli bogatą żyłą rudy miedzianej.
Ucieszony hanys zawołał:
- Zatańczcie ze mną, bracia! Podzielimy się uczciwie, a nie będziecie potrzebowali nigdzie dalej chodzić. Nie wiadomo, czy znaleźlibyście coś lepszego, a tej miedzi jest dość dla nas czterech.
Ale tamci woleli się przekonać, co też dla nich los przygotował, więc pożegnali hanysa i poszli w dalszą drogę. szli przed siebie na chybił trafił, przez pola, zarośla i lasy.
Wtem biały paciorek Dahika spadł mu z turbana. potoczył się wesoło ścieżką w dół wąwozu i jak biała myszka wyskoczył do głębokiego jaru.
Przyjaciele zeszli mozolnie zakosami, odnaleźli paciorek na dnie wąwozu i zaczęli kopać w kamienistej ziemi.
Opłacił i m się ten trud, bo znaleźli żyłę srebra.
Uradowany Dahik otarł pot z czoła i powiedział:
- No, bracia, chyba zgodzicie się zostać ze mną. Przerwijcie tę nudną wędrówkę. jest tu tyle bogactw, że będzie aż nadto dla nas trzech. wytopimy srebro, a ze srebrnych sztab można będzie wybić srebrne pieniążki i za nie kupimy, czego dusza zapragnie.
ale Gazyl i Gadib chcieli zobaczyć, co dla nich los przeznaczył, więc powędrowali dalej. Szli i szli, aż wreszcie Gazyl potknął się o korzeń na brzegu jakiejś rzeki i upadł jak długi. najpierw schwycił się ręką za stłuczony nos, ale zaraz potem sięgnął po swój żółty paciorek, który leżał przed nim na piasku. Gazyl nie wstał jednak, tylko zaczął w piasku grzebać.
Gadib był niecierpliwy, drażniło go to, że Gazyl leży i leży więc krzyknął:
- Wstawaj, co ty tam robisz? Kto wie, jaka jeszcze długa droga przed nami, a ty się wylegujesz.
Gazyl nie przejął się rozdrażnieniem przyjaciela. Grzebał w piasku, jak by go tam coś bardzo zaciekawiło. Gadib do reszty stracił cierpliwość, więc chciał mu życzyć czegoś brzydkiego i zaczął:
- A niech cię raz...
Ale Gazyl przerwał mu spokojnie:
- Czekaj, bracie, coś tu znalazłem. Myślę, że nie potrzebujesz już iść nigdzie dalej. Patrz, co mam w garści.
Gadib przyskoczył chciwie do niego, ukląkł i począł grzebać czubkiem palca w dłoni przyjaciela. po chwili zaskrzeczał:
- Ależ ty tu masz ziarnka złota!
Zaczął obiema rękami nagarniać piasek rzeczny, przerzucał go i oglądał. Nie było wątpliwości. Rzeka niosła na swoim dnie złoty piasek, czasem spore złote ziarnka. Wystarczyło rzeczny piasek przesiewać, by mieć czyste złoto.
Gazyl powiedział:
- mam nadzieję, że zostaniesz ze mną i podzielimy się tym, co znajdziemy. będzie mi nawet raźniej z tobą na tym pustkowiu. Co ja bym zresztą zrobił sam jeden z tym złotem? nie żałuję ci go , ty byś mi go też pewno nie żałował, gdyby było twoje. Zostań, co mógłbyś znaleźć dalej lepszego niż złoto?
Ale Gadib był chciwy. "czerwony paciorek dał miedź, biały- srebro, żółty - złoto, pomyślał. " czemu niebieski nie miał by dać kopalnie szafirów? szafiry są jeszcze droższe niż złoto".
- do widzenia, Gazylu - powiedział. - Niech ci się dobrze powodzi, ale ja wolę nie tracić czasu i pójść dalej.
i oddalił się szybkim krokiem . Gazyl pobiegł za nim:
- Bracie, będziesz tego żałował, wróć się ! - wołał.
Ale tamten nie zawrócił, upór i chciwość nie dawały mu spokoju. szedł dalej i dalej.
Okolica stawała się coraz dziksza, nie było widać żadnych dróg ani nawet ścieżek. Gadib szedł nad coraz głębszymi przepaściami, z obu stron piętrzyły się poszarpane skały.
Od chwili, gdy opuścił Gazyla, przez trzy dni posuwał się naprzód z coraz większym trudem.
Wreszcie niebieski paciorek spadł mu z turbana. Stało się to na dnie głębokiego skalnego wąwozu , o zmroku, więc niewiele było widać.
Zaczął gorączkowo kopać w tym miejscu. z początku trudził się daremnie, wreszcie trafił na warstwę czegoś bardzo twardego. " To z pewnością szafiry", pomyślał uradowany.
Odbił kawałek łopatą i sapiąc z przejęcia i pospiech wdrapał się po skałach na górę, żeby obejrzeć ułamek w świetle zachodzącego słońca. Przekonał się, że to ruda żelazna.
Rozgniewał się okropnie i zaczął krzyczeć z rozpaczy, jak gdyby przyjaciele mogli go usłyszeć:
- Co, chcecie mnie wykiwać zwyczajnym, tanim żelazem? Nie zgadzam się na to, nie taka była nasza umowa!
Wyzłościł się, wykrzyczał, wreszcie postanowił wrócić do Gazyla i razem z nim wybierać złote ziarnka z rzecznego piasku. Ale chociaż szukał przez wiele dni, nie znalazł go.
Zrozpaczony i zły wrócił do Balachu. Nie spodziewał się tam zastać przyjaciół, bo tymczasem wierzyciele zabrali im wszystko za długi, więc kupcy nie mieli po co wracać. Ale Gadib chciał pójść stamtąd jeszcze raz do starca w góry i poprosić go, żeby mu podarował coś lepszego.
Okazało się, że mędrzec tymczasem umarł.
Gadib ochłonął i pomyślał sobie " Postąpiłem głupio. Przecież żelazo jest potrzebniejsze niż, chociaż nie takie drogie. Każdy chętnie kupiłby je ode mnie. Gdybym si zabrał do roboty w kopalni, którą mi los przeznaczył, i ja miałbym z czego żyć, i dla ludzi byłby pożytek".
Wrócił więc i szukał swojej kopalni. Szukał, szukał - ale nie znalazł.
I tak się stało, że chociaż los obdarował wszystkich czterech przyjaciół, tylko trzej umieli z darów skorzystać, a chciwy i niecierpliwy Gadib został żebrakiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




