Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

czwartek, 20 czerwca 2013

Śpiewająca kość

Na pewien kraj spadło kiedyś straszne nieszczęście: dzika świnia ryła chłopom pola, zbijała bydło, a ludziom rozpruwała brzuchy swoimi szablami. Król obiecał każdemu, kto by jego państwo wyzwolił od tego nieszczęścia, ogromną nagrodę. Zwierz był jednak tak wielki i silny, że nikt nawet nie śmiał zbliżyć się do lasu, gdzie miał on swoje legowisko. Wreszcie król kazał ogłosić, że temu, kto dzika schwyta lub zabije , odda swoją jedyną córkę za żonę. 
W tymże kraju żyło dwóch braci, synów ubogiego człowieka, stanęli oni przed królem i oświadczyli, że gotowi są podjąć się tego groźnego zadania. Starszy, który był mądry i przebiegły, czynił to z pychy, młodszy zaś, niewinny i głupi, z dobrego serca. Król rzekł:
- Abyście tym pewnie zwierza odnaleźli, wejdźcie do lasu z dwóch przeciwnych stron.
Starszy wszedł od zachodu, młodszy od wschodu. Kiedy młodszy uszedł kawałek drogi, zbliżył się do niego krasnoludek z czarną kopią w ręku i przemówił w te słowa:
- Daję ci tę dzidę, ponieważ serce twoje jest dobre i niewinne, możesz bez obawy rzucić się z nią na dzika, nie uczyni ci on nic złego.
Chłopiec podziękował krasnoludkowi, wziął dzidę na ramię i poszedł dalej, niczego się nie lękając. Po niedługim czasie ujrzał zwierza, który pędził prosto na niego, wymierzył weń dzidę i dzik, gany ślepą furią, nadział się na nią tak gwałtownie, że serce pękło mu na pół. Chłopiec zarzucił sobie potwora na plecy i ruszył przed siebie, by złożyć do u stóp króla.
Kiedy znalazł się na drugim końcu lasu, ujrzał dom, w którym ludzie bawili się, tańczyli i pili wino. Starszy brat wstąpił tam, przekonany, że dzik mu nie ucieknie, a chciał najpierw wychylić kielicha, by dodać sobie odwagi. Widok młodszego brat wychodzącego z lasu ze swym łupem zasiał w jego zawistnym i nikczemnym sercu wielki niepokój.
- Wejdź no tu, miły bracie, odpocznij sobie i wzmocnij się szklanką wina! - zawołał.
Młodszy brat, niczego nie podejrzewając, wszedł do karczmy i opowiedział starszemu o dobrym krasnoludku, który ofiarował mu dzidę, i tą dzidą zabił dzika. Starszy zatrzymał go w karczmie do wieczora i dopiero o zmroku ruszyli razem na zamek. Kiedy po ciemku dotarli do mostku nad potokiem, starszy brat puścił młodszego przodem, a gdy byli akurat na samym środku, wymierzył mu z tyłu cios tak silny, że biedak runął martwy do wody. Starszy brat zakopał trupa pod mostkiem, a sam zabrał dzika i przyniósł królowi, twierdząc, że go zabił własnymi rękami, za co król oddał mu swoją córkę za żonę. Kiedy młodszy brat nie wracał i nie wracał, starszy rzekł:
- Ani chybi dzik musiał go rozszarpać.
I wszyscy w to uwierzyli.
Że jednak prawda zawsze wychodzi na jaw, również i ten haniebny czyn miał wyjść na światło dzienne. Po wielu latach pewien pasterz pędził swoje stado przez mostek  i ujrzał w dole, w piasku, śnieżnobiałą kostkę, pomyślał więc, żenada mu się ona w sam raz na ustnik do rogu. Zlazł zatem pod mostek, podniósł kostkę i wyciął z niej ustnik. Gdy po raz pierwszy zadął w róg, kostka ku wielkiemu jego zdumieniu sama zaczęła śpiewać:

Graj, pastuszku, na mej kości
O bezecnej brata złości,
Jak mnie skrycie zamordował
I pod mostkiem tu pochował,
By zagarnąć łup mój pewny - 
Cielsko dzika dla królewny.

- Cóż to za dziwny rożek, który sam śpiewa - dziwił się pasterz - muszę go zanieść najjaśniejszemu panu.
Kiedy pasterz stanął przed obliczem króla, rożek znów zaczął wyśpiewywać swoją piosenkę. Król pojął jej znaczenie, kazał rozkopać ziemię pod mostkiem, a wówczas wyłonił się cały szkielet zamordowanego. Nikczemny brat nie mógł się wyprzeć swego czynu, wsadzono go więc do worka i utopiono. Zaś szczątki ofiary złożono w grobowcu.

Bracia Grimm:))

wtorek, 18 czerwca 2013

Wino i woda

Przymawiało jednego czasu wino wodzie:
"Ja panom, a ty chłopom jesteś ku wygodzie."
"Nie piłby cię państwo - rzecze oda skromnie - 
Gdyby nie chłop dał na cię, co chodzi pić do mnie."

Ignacy Krasicki:))

poniedziałek, 17 czerwca 2013

O czterech muzykantach z Bremy

 

Pewien wieśniak miał osła, który przez długie lata dźwigał worki do młyna, wreszcie jednak siły jego wyczerpały się i nie był już zdolny do pracy. Pan jego począł więc przemyśliwać nad tym, jakby się go pozbyć, ale osioł zmiarkował, skąd wiatr wieje i uciekł w stronę miasta Bremy. Tam, myślał, będzie mógł zostać muzykantem. 
Kiedy już uszedł spory kęs drogi, ujrzał psa myśliwskiego, który leżał na drodze i dyszał ciężko.
- Czego tak dyszysz, łapaju? - zapytała osioł.
- Ach - odparł pies - stary jestem i nie nadaję się już do polowania, toteż pan mój chciał mnie zastrzelić, ale ja mu uciekłem; jakże teraz zarobię na chleb?
- Wisze co? - rzekł osioł - idę właśnie do Bremy, aby zostać muzykantem, choć ze mną i chwyć się także tego zawodu. Ja będę grał na lutni, ty zaś bić będziesz w bęben.
Pies zgodził się i ruszyli razem w drogę.
Po pewnym czasie ujrzeli kota, siedzącego na drodze z miną strapionego. 
- No, cóż to się tobie stało, stary wąsaczu? - zapytał osioł.
- Oj, źle, źle na świecie! - odparł kot - stary już jestem, zęby mi stępiały i wolę leżeć za piecem niż uganiać się za myszami, toteż pani moja chciała mnie utopić, ale ja uciekłem jej i teraz nie wiem, co począć.
- Chodź z nami do Bremy, znasz się przecież na kociej muzyce, zostaniesz więc  jak i my muzykantem. 
Kot zgodził się i wszyscy troje ruszyli dalej.
Po pewnym czasie zbiegowie nasi przechodzili koło zagrody chłopskiej. Na wrotach siedział kogut i piał, co sił:
- Cicho bądź, bo uszy puchną! - rzekł osioł - czego się tak drzesz?
- Muszę dobrą pogodę przepowiedzieć, bo nasza pani uprała koszule i musi je wysuszyć; a jutro będą goście i gospodyni kazała służącej ugotować ze mnie rosół, gdyż jestem już stary i niedołężny. Krzyczę więc co sił, póki mi jeszcze życia starczy.
- Ej, rycerzu z czerwonym pióropuszem - rzekł osioł - chodź lepiej z nami, idziemy do Bremy, aby zostać muzykantami, a ty masz dobry głos i mógłbyś przyłączyć się do naszej orkiestry. na śmierć zawsze masz jeszcze czas.
Kogutowi spodobał się ten pomysł i czterej muzykanci ruszyli razem w dalszą drogę.
Ale do miasta było daleko, toteż noc zaskoczyła ich w lesie. Osioł i pies legli pod wielkim drzewem, kot zaś i kogut usadowili się w gałęziach, kogut oczywiście na samym wierzchołku drzewa, gdzie czuł się najbezpieczniej. Zanim zasnął, rozejrzał się jeszcze raz dokoła, gdy wtem zdało mu się, że widzi światełko, migoczące przez gałęzie. Zawołał więc do towarzyszy, że w pobliżu znajduje się z pewnością dom, gdyż widać światełko. 
- Musimy zaraz udać się tam - rzekł osioł - nocleg w lesie wcale nie jest miły.
Udali się zatem w drogę ku światełku i po chwili ujrzeli oświetlone okno domu zbójeckiego. Osioł jak największy zbliżył się do okna i zajrzał do izby.
- Cóż tam widzisz kłapouchu? - zapytał kogut.
- Co widzę? - odparł osioł - Widzę stół nakryty, a na nim jadło i napój, zbójcy zaś siedzą dokoła stołu i raczą się.
- To by było coś dla nas! - westchnął kogut.
- Tak, tak! Ach, gdybyśmy to my siedzieli przy stole! - rzekł osioł.
Po naradzie czterej towarzysze znaleźli wreszcie sposób wygnania zbójców. Osioł oparł się przednimi łapami o okno, pies skoczył na grzbiet osła, kot na grzbiet psa, a kogut na głowę kota. Potem na dany znak rozpoczęli jednocześnie muzykę; osioł raczył, pies szczekał, kot miauczał, a kogut piał; po czym wpadli przez okno do pokoju, aż szyby zadźwięczały. Zbójcy zerwali się z krzykiem, sądząc, że to upiory, i w wielkiej trwodze uciekli do lasu. A czterej muzykanci zasiedli do stołu i poczęli zajadać, jakby od miesiąca nic w ustach nie mieli. 
Kiedy się już najedli do syta, zgasili światło i ułożyli się do snu, gzie któremu było wygodnie. Osioł położył się na kupie nawozu przed domem, pies pod drzwiami, kot na piecu w ciepłym popiele, a kogut siadł na dachu. A że zmęczeni byli drogą, zasnęli wnet.
Kiedy północ minęła, a zbójcy spostrzegli z daleka, że w domku nie ma już światła i wszystko wydawało się spokojne, rzekł herszt:
- Nie dajmy się zapędzić w kozi róg! - i wysłał jednego ze zbójców dla zbadani sytuacji.
Wysłaniec wszedł cichutko do izby i zbliżył się do pieca, aby zapalić światło. Ujrzawszy w ciemności jarzące się ślepia kota, myślał, że to węgle i przytknął do nich kawałek drewna. Ale kot nie znał żartów, skoczył mu do twarzy i mocno przejechał pazurami. Przerażony zbój rzucił się do drzwi, ale pies, który tam leżał, ugryzł go w łydkę, kiedy zaś przebiegł przez podwórze, osioł, który spał na kupie nawozu, kopnął go porządnie tylnymi nogami. Kogut zaś, zbudzony ze snu tym hałasem, zapiał głośno:
- Kukuryku!
Uciekł więc zbój co sił w nogach i rzekł do herszta: 
- Ach, w domku siedzi straszliwa jędza, która rzuciła się na mnie i podrapała mi twarz pazurami; przed drzwiami zaś stoi olbrzym z nożem, który zranił mnie w łydkę. na podwórzy leży czarny potwór, który rzucił we mnie polanem; na dachu zaś siedzi sędzia, który zawołał: "Dajcie łotra tu!" Uciekłem więc co sił.
Od tej chwili nie poważyli się zbóje wrócić do chatki, czterem muzykantom zaś tak się tam spodobało, że aż do śmierci jej nie opuścili. A tan, kto wam o tym opowiadał, sam wszystko widział i słyszał.

Bracia Grimm:))


niedziela, 16 czerwca 2013

Lis i wilk

Wpadł lis w jamę, wilk nadszedł, a widząc w złym stanie,
Oświadczył mu żal szczery i politowanie.
"Nie żałuj - lis zwołał - chciej lepiej ratować."
"Zgrzeszyłeś, bracie lisie, trzeba pokutować."
I nagroda, i kara zarówno się mierzy:
Kto nikomu nie wierzył, nikt temu nie wierzy.

Ignacy Krasicki:))

sobota, 15 czerwca 2013

Czerwony Kapturek


Była raz mała słodka dziewczynka, którą kochał każdy, kto ją tylko ujrzał, a najwięcej kochała ją babcia - nie wiedziała wprost, co jej dać. Pewnego razu podarowała jej kapturek z czerwonego aksamitu, a dziewczynce tak się ten kapturek podobał, że nie chciała nosić żadnego innego, toteż nazwano ją Czerwonym Kapturkiem.
Pewnego razu rzekła matka do Czerwonego Kapturka:
- Oto masz, dziecko, w koszyku placek i flaszkę wina, zanieś to babci, która jest chora i słaba, i ucieszy się bardzo tym podarunkiem. Idź zaraz, póki nie ma wielkiego upału, a idąc nie biegaj i nie zbaczaj z drogi, bo mogłabyś i stłuc butelkę. Kiedy zaś wejdziesz do pokoju, nie zapomnij powiedzieć babci "dzień dobry" i nie rozglądaj się wpierw po wszystkich kątach.
- Zrobię wszystko, jak mówisz - przyrzekł Czerwony kapturek mamusi.
Babcia mieszkała w lesie, o pół godzinki ode wsi. Kiedy dziewczynka weszła do lasu, spotkała wilka. Ale Czerwony Kapturek nie wiedział, że to takie nie  podstępne zwierzę i nie bał się go. 
- Dzień dobry Czerwony Kapturku - rzekł wilk.
- Dzień dobry wilku - odparła dziewczynka.
- Dokąd to tak wcześnie?
- Do babci.
- A cóż tam niesiesz pod fartuszkiem.
- Placek i wino: mamusia piekła wczoraj, posyła więc trochę chorej i słabej babuni, żeby sobie podjadła i nabrała sił.
- A gdzie mieszka twoja babcia, Czerwony Kapturku?
- O, to jeszcze kwadrans drogi stąd! Daleko w lesie, pod trzema wielkimi dębami stoi chatka, otoczona leszczynowym żywopłotem, na pewno tam trafisz - rzekł Czerwony Kapturek.
Wilk zaś pomyślał sobie: "To młode, kruche stworzonko lepiej mi będzie smakować niż stara babcia. Trzeba sobie sprytnie poradzić, żeby obie zjeść!"
Idąc kawałek u boku Czerwonego Kapturka rzekł:
- Spójrz jak pięknie kwitną dokoła kwiatki, dlaczego nie patrzysz na nie? I zdaje się, że nie słyszysz, jak sodko śpiewają ptaszki? Idziesz prosto przed siebie jak do szkoły, a w lesie jest przecież tak miło!
Czerwony Kapturek otworzył oczy, a widząc promienie słońca tańczące wśród drzew i całe łany kwiatów, pomyślał: "Babunia ucieszy się, gdy jej przyniosę ładny bukiecik. Jest jeszcze dość wcześnie, zdążę na czas."
I pobiegł w las szukać kwiatów. A gdy zerwała jeden, wnet spostrzegła dalej inny, piękniejszy, biegła więc za nim i coraz głębiej wchodziła w las. 
Tymczasem wilk pobiegł prosto do domku babci i zapukał do drzwi.
- Kto tam ? - zapytała staruszka. 
- To ja, Czerwony Kapturek, przynoszę babci ciasta i wina, otwórz babciu.
- Naciśnij klamkę - rzekła babcia - za słaba jestem, aby wstać.
Wilk nacisnął klamkę, drzwi otworzyły się, a zwierz zbliżył się bez słowa do łóżka babci i połknął ją. Potem ubrał się w jej koszulę i czepek, położył się do łóżka i zasunął firaneczki. 
Kiedy Czerwony Kapturek nazbierał tyle kwiatów, że już nie mógł ich unieść, przypomniała mu się nagle babcia i dziewczynka pobiegła szybko do jej domku. Zdziwiła się bardzo, że drzwi są otwarte, a wchodząc do pokoju pomyślała: "Tak mi jakoś straszno, a zwykle chętnie przecież chodzę do babci!"
- Dzień dobry! - zawołała, ale nie otrzymała odpowiedzi. 
Zbliżyła się więc do łóżka i odsunęła firankę. Ujrzała babcię, która miała czepek mocno naciągnięty na twarz i bardzo dziwnie wyglądała. 
- Ach, babciu, dlaczego masz takie wielkie uszy? 
- Abym cię lepiej mogła słyszeć!
- A dlaczego masz takie wielkie oczy?
- Abym cię lepiej mogła widzieć!
- A dlaczego ręce masz takie wielkie?
- Abym cię lepiej mogła objąć!
- A dlaczego, babciu, masz taki brzydki, wilki pysk?
- Aby cię łatwiej zjeść!
I w tejże chwili wilk wyskoczył z łóżka i połknął Czerwonego Kapturka. 
Gdy wilk zaspokoił swoją chętkę, położył się z powrotem do łóżka i wnet zasnął, chrapiąc głośno. 
Młody myśliwy przechodził właśnie koło domu i pomyślał: "Jakże chrapie ta staruszka, muszę zajrzeć, czy się jej coś złego nie stało."
Wszedł więc do izby i ujrzał na łóżku śpiącego wilka.
- Otom cię znalazł, stary szkodniku! - zawołał. - Dawno już cię szukałem!
I chciał nabić fuzję i zastrzelić wilka, ale pomyślał sobie, że może wilk połknął babunię i można ją jeszcze uratować; nie strzelił więc, lecz wziął nożyczki i rozciął śpiącemu wilkowi brzuch. Natychmiast wyskoczył Czerwony Kapturek wołając:   
- Ach, jakże się bałam, tak ciemno było w brzuchu wilka!
A potem wyszła stara babcia, również żywa jeszcze, ale ledwie dysząca. Czerwony Kapturek przyniósł prędko kamieni, którymi napełnił brzuch wilkowi. Kiedy się zwierz obudził, chciał uciec, ale kamienie były tak ciężkie, że padł zaraz martwy na podłogę.
Wszyscy troje ucieszyli się bardzo. Myśliwy ściągnął z wilka skórę i poszedł z nią do domu, babcia zjadła ciasto i wypiła wino, przyniesione przez wnuczkę, a Czerwony Kapturek pomyślał: " Odtąd nie będę biegała po lesie, gdy mamusia poradzi!"

Niektórzy opowiadają, że pewnego razu, gdy Czerwony Kapturek znów szedł do babci, niosąc dla niej ciasto, spotkał innego wilka, który go zaczepił i chciał sprowadzić na manowce. Czerwony Kapturek miał się jednak na baczności i szedł prosto swoją drogą, a potem opowiedział babci, że spotkał wilka, który powiedział mu "dzień dobry", ale tak mu źle z oczu patrzyło:
- Gdyby to nie było na środku drogi, to na pewno by mnie zjadł.
- Posłuchaj mnie dziecka - powiedziała babcia - zamkniemy drzwi, żeby wilk tu nie wlazł.
Wkrótce potem wilk zapukał, wołając:
- Otwórz babuniu, to ja, Czerwony Kapturek, przynoszę ci ciasto.
Babcia i Czerwony Kapturek siedziały cicho i nie otworzyły drzwi. Wilczysko okrążyło więc domek parę razy dokoła, a w końcu wskoczyło na dach i tam chciało przeczekać do wieczora, kiedy Czerwony Kapturek Będzie wracał do domu, pobiec za nim i zjeść go w ciemnościach. Babcia jednak od razu zmiarkowała, co wilk knuje. Przed domem stało wielkie kamienne koryto. Rzekła więc babcia do wnuczki:
- Czerwony Kapturku, weź wiadro i wodę, w której wczoraj gotowałam kiełbasę, wlej do koryta!
Dziewczynka nosiła wodę dopóki wielkie koryto nie napełniło się po brzegi. Wtedy zapach kiełbasy dotarł do nozdrzy wilka, zwierz zaczął węszyć i zerkać w dół, wreszcie tak wyciągnął szyję, że nie mógł się dłużej utrzymać na  dachu i zaczął zjeżdżać; w końcu obsunął się na sam dół, wpadł do koryta i utonął. 
Czerwony Kapturek zaś wrócił do domu, zadowolony i nikt nie uczynił mu po drodze żadnej krzywdy.

Bracia Grimm:))

czwartek, 13 czerwca 2013

Dąb i małe drzewka

Od wieków trwał na puszczy dąb jeden wyniosły;
W cieniu jego gałęzi małe drzewka rosły.
A że w swej postaci był nader wspaniały,
Że go doróść nie mogły, wszystkie się gniewały.
Przyszedł czas i na dęba pełnić srogie losy;
Słysząc, że mu fatalne zadawano ciosy,
Cieszyły się niewdzięczne. Wtem upadł dąb stary,
Połamał małe drzewka swoimi konary.

Ignacy Krasicki:))

środa, 12 czerwca 2013

O siedmiu krukach


Pewien ojciec miał siedmiu synów, lecz ani jednej córki i martwiło go to bardzo, aż po pewnym czasie żona powiła mu córeczkę. Radość była tak wielka, ale dziecko przyszło na świat bardzo słabe i wątłe. Ponieważ rodzice obwiali się, że dziecko nie długo pożyje, postanowili je spiesznie ochrzcić. Ojciec posłał jednego z synów do źródła, żeby szybko przyniósł wody do chrztu.  Chłopiec pobiegł, a za nim jego sześciu braci. Przy źródle wynikła sprzeczka, gdyż każdy z nich chciał nabrać wody do dzbanka i trwała tak długo, aż dzbanek wpadł do wody i zatonął. Stali teraz nad źródłem nie wiedząc, co robić i żaden nie miał odwagi pójść do domu. 
Tymczasem ojciec niecierpliwił się bardzo i kiedy wciąż jeszcze nie wracali, rzekł:
- Na pewno znów gdzieś się zabawili i zapomnieli o wodzie, ci nieznośni chłopcy.
Bał się, że dziecko umrze nieochrzczone i w zdenerwowaniu zawołał:
- Oby ci nieposłuszni chłopcy zamienili się w kruki!
Ledwie wymówił te słowa, gdy nagle usłyszał nad głową szum skrzydeł, a kiedy spojrzał w górę, ujrzał siedem czarnych jak węgiel kruków, ulatujących w dal.
Rodzice nie mogli już cofnąć raz wypowiedzianego życzenia, lecz w tej wielkiej rozpaczy po utracie synów pociechą ich była malutka córeczka, która od tego dnia stała się silna i zdrowa, i z każdym dniem piękniała. Dziewczyna przez długi czas nie wiedziała o tym, że miała siedmiu braci, gdyż rodzice zachowywali ten nieszczęśliwy wypadek w tajemnicy przed nią. Aż pewnego razu usłyszała, jak ludzie mówili o niej, że jest w prawdzie bardzo piękna, ale mimo to jest przyczyną nieszczęścia braci. Zasmuciła ją to bardzo, udała się do ojca i matki, i zapytała, czy to prawda, że ona miała braci i dokąd powędrowali. Rodzice nie mogli już teraz przemilczeć tajemnicy i opowiedzieli jej wszystko. Dziewczyna robiła sobie ciągle wyrzuty i myślała, że właśnie ona powinna odratować braci. Od tamtej pory nie miała dnia spokoju, aż w tajemnicy przed rodzicami jęła przygotowywać się do dalekiej drogi, ażeby odszukać i oswobodzić rodzeństwo, cokolwiek miałoby to ją kosztować. Nie zabrała nic prócz pierścionka na pamiątkę po rodzicach, bochenka chleba na głód, dzbanka wody na pragnienie i słoneczka na zmęczenie. 
Wędrowała długo, aż znalazła się na końcu świata. Podeszła do słońca, ale było ono takie gorące i ogromne. Dziewczyna pośpiesznie zaczęła uciekać zbliżyła s do księżyc, ale ten był strasznie zimny i ponury, a kiedy zobaczył ją, zawołał: 
- Czuję tu ludzką obecność!
Więc znów zaczęła uciekać, aż przybyła do gwiazd, te były bardzo miłe i życzliwe, a każda siedziała na swoim stołeczku. Jutrzenka wstała i zwróciła się do dziewczyny, podając jej kurzą łapkę ze słowami:
- Bez tej kurzej łapki nie mogłabyś się dostać do Szklanej Góry, a własnie w Szklanej Górze są twoi bracia. 
Dziewczyna wzięła kurzą łapkę, zwinęła ją w chusteczkę i podziękowawszy Jutrzence poszła dalej; szła tak długo, aż przybyła do Szklanej Góry. Wrota były zamknięte, więc dziewczyna sięgnęła po kurzą łapkę, lecz kiedy rozwinęła chusteczkę, zobaczyła, że ją zgubiła. Cóż miała teraz zrobić? Chciała uratować braci, lecz bez kurzej łapki nie mogła się dostać do wnętrza Szklanej Góry. 
Dobra siostrzyczka odcięła kawałek gałązki z gruszy rosnącej obok. Wetknęła ją do zamka i rota rozwarły się. Kiedy się znalazła we wnętrzu góry, wyszedł jej na przeciw karzełek i zapytał:
- Moje dziecko, czego tu szukasz?
- Szukam swoich braci, siedmiu kruków - odpowiedziała.
A karzełek na to:
- Panów kruków teraz nie ma w domu, ale jeżeli chcesz zaczekać, aż wrócą, proszę, wejdź!
Potem przyniósł karzełek jedzenia dla kruków na siedmiu talerzykach i w siedmiu kubeczkach. Ponieważ dziewczyna była bardzo głodna, zjadła z każdego talerzyka po odrobince i wypiła z każdego kubeczka po kropelce; ale do ostatniego kubeczka wrzuciła pierścionek, który przywiozła z sobą. 
Nagle usłyszała szuka skrzydeł, a karzełek rzekł:
- Teraz przyfrunęli panowie krucy.
Kiedy weszli, chcieli jeść i pić, i podeszli do swoich talerzyków i kubeczków. Nagle odezwali się jeden po drugim:
- Kto jadł z mojego talerzyka? Kto pił z mojego kubeczka? To musiały zrobić jakieś ludzkie usta.
A kiedy siódmy wychylił kubek do dna, znalazł w nim pierścionek. Obejrzał go i poznał, że to pierścionek ojca i matki, i zawołał:
- O, gdyby to była nasza siostrzyczka, bylibyśmy zbawieni!
Kiedy dziewczyna, która stała za drzwiami i nasłuchiwała, usłyszała to życzenie, wyszła z ukrycia, a wtedy siedmiu kruków odzyskało ludzką postać. Długo całowali się i ściskali, potem wesoło ruszyli wszyscy razem do domu swych rodziców. 

Bracia Grimm:))