Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

wtorek, 21 maja 2013

Przyjaciel

"Uciekam się - rzekł Damon - Aryście, do ciebie,
Ratuj mnie, przyjacielu, w ostatniej potrzebie:
Kocham piękną Irenę. Rodzice i ona 
Jeszcze na moje prośby nie jest nakłoniona."
Aryst na to: "Wiesz dobrze, wybrany wśród wielu,
Jak tobie z duszy sprzyjam, miły przyjacielu.
Pójdę do nich z tobą!" Jakoż się nie lenił:
Poszedł, poznał Irenę i sam się ożenił.

Ignacy Krasicki:)) 

poniedziałek, 20 maja 2013

Dwa psy

"Dlaczego ty śpisz w izbie, a ja marznę na mrozie?" -
Mówił mopsu tłustemu kurta na powrozie.
"Dlaczego? Ja ci zaraz ten sekret wyjawię - 
Odpowiedział mops kurcie - ty służysz, ja bawię."

Ignacy Krasicki:))


niedziela, 19 maja 2013

Młody Olbrzym



Pewien wieśniak miał synka, małego jak palec. Lata mijały, a dziecko nie rosło zupełnie. Pewnego razu wieśniak chciała właśnie iść w pole orać, gdy malec rzekł:
- Ojcze, zbierz mnie ze sobą!
- Ciebie? - rzekł ojciec - zostań lepiej w domu, na nic mi się tam nie zdasz, jeszcze zginąłbyś mi w polu.
Ale malec począł płakać i nie dał ojcu spokoju, aż wieśniak, włożył go wreszcie do kieszeni i zabrał ze sobą. Kiedy znaleźli się w polu, posadził go w świeżej bruździe. Nagle spoza sąsiedniej góry wyłonił się olbrzym.
- Widzisz tego wielkoluda? - rzekł ojciec. - Jeżeli nie będziesz grzeczny, przyjdzie tu i zabierze cię.
Ale olbrzym wykonał zaledwie trzy kroki, a już był przy bruździe, ostrożnie podniósł malca palcami, obejrzał go i zabrawszy go ze sobą poszedł dalej. ojciec widział to wszystko, lecz z przerażenia nie mógł przemówić słowa. Był pewien, że stracił dziecko na zawsze i że nigdy go już nie zobaczy.
Tymczasem olbrzym zaniósł malca do domu, karmił go własną piersią, a dziecko poczęło rosnąć i wkrótce stało wielkie i silne jak olbrzym. Po upływie dwóch lat stary olbrzym poszedł z nim do lasu, a chcąc go wypróbować rzekł:
- Urwij sobie witkę.
Chłopiec był jednak tak silny, że wyrwał młode drzewo wraz z korzeniami. Ale olbrzym pomyślał: 
- To jeszcze za mało!
Zaprowadził go do domu i karmił jeszcze przez dwa lata. Kiedy po upływie tego czasu wypróbował, chłopiec był już silniejszy i wyrwał z ziemi stare drzewo. Ale olbrzymowi to nie wystarczyło, poszedł z nim do domu i karmił jeszcze przez dwa lata. Potem zaprowadził go do lasu i rzekł: 
- Teraz poszukaj sobie porządnego kijaszka.
Młodzieniec chwycił oburącz najtęższy dąb i wyrwał go z ziemi, jakby to była słomka.
- No, teraz dość - rzekł olbrzym - umiesz już wszystko, czego ci trzeba - i zaprowadził go z powrotem na pole, skąd go wziął. Ojciec jego orał właśnie pole, skąd go wziął. 
Ojciec jego orał właśnie pole, a młody olbrzym zawołał do niego:
 - Widzicie, ojcze, syn wasz stał się mężczyzną!
Wieśniak przeraził się i rzekł:
- Nie, ty nie jesteś moim synem, odejdź ode mnie.
- Jestem nim, pozwólcie mi orać za was, umiem to tak dobrze jak wy, a może i lepiej.
- Nie, nie, nie jesteś moim synem i orać nie umiesz, odejdź ode mnie - odparł wieśniak.
Ale że bał się olbrzyma, pozostawił pług, odszedł na bok i siadł na ziemi. Młody olbrzym ujął pług i nacisnął go lekko ręką, a pług zarył się głęboko w ziemię. Stary wieśniak zaś rzekł:
- Jeżeli chcesz orać, to nie naciskaj tak mocno pługa, taka robota na nic się zda.
Ale młody olbrzym wyprzągł konie i sam ciągnął pług mówiąc: 
- Idźcie do domu, ojcze, i każcie ugotować wielką miskę jedzenia, a ja tymczasem zaorzę to pole. 
Wieśniak poszedł do domu i kazał żonie ugotować wielką miskę jedzenia.
Młody olbrzym zaś zaorał sam jeden pole wielkości dwóch morgów, potem zaprzągł się do dwóch bron naraz i wszystko zabronował. Gdy skończył, poszedł do lasu, wyrwał z ziemi dwa dęby, zarzucił je sobie na ramiona, a na nie z tyłu i z przodu po jednej bronie i po jednym koniu i zaniósł to niby wiązkę siana do domu rodziców. Kiedy wszedł na dziedziniec, matka nie poznała go i zapytała:
- Kim jest ten straszny olbrzym?
- To nasz syn - odparł ojciec.
Ale matka rzekła:
- Nie, to nie jest nasz syn. Nasz był maleńki jak palec.
Zawołała więc do olbrzyma:
- Idź precz, nie chcemy ciebie!
Ale młody olbrzym nie odrzekł nic, zaprowadził konie do stajni, dał im owsa i siana, i wrócił do izby. Usiadł na ławie i rzekł:
- Matko, chce mi się jeść, czy obiad już gotowy?
- Tak - odparła matka - to jest wszystko, co mamy.
- To przecież tylko przekąska - rzekł olbrzym - muszę zjeść coś jeszcze.
Matka nie chciała mu się sprzeciwiać, nastawiła na kuchni wieli kocioł jadła, a gdy jedzenie było gotowe, przyniosła je olbrzymowi.
- Nareszcie jeszcze kilka kęsów - rzekł olbrzym i zjadł wszystko, ale nie nasyciło go jeszcze.
- Ojcze - rzekł - widzę, że się u was nie pożywię. Zrób mi więc kij żelazny, którego bym nie złamał na kolanie, a pójdę sobie w świat.
Wieśniak uradował się, zaprzągł do wozu dwa konie i przywiózł od kowala kij żelazny, tak wielki i gruby, że konie z trudem go uciągnęły. Olbrzym oparł kij o kolano i trach! Przełamał go na dwoje. Wieśniak zaprzągł więc cztery konie i przywiózł kij tak wielki i gruby, że cztery konie z trudem do ciągnęły. Ale syn złamał i ten kij na dwoje. Zaprzągł więc wieśniak osiem koni i przywiózł kij tak wielki i gruby, że osiem koni z trudem go udźwignęło. Olbrzym ułamał zaraz koniuszek i rzekł:
- Ojcze, widzę, że nie możecie przywieźć mi kija, jaki mi jest potrzebny. Nie zostanę już dłużej u was.
Ruszył więc w świat podając się za czeladnika kowalskiego. Po pewnym czasie przybył do wsi, gdzie mieszkał kowal bardzo skąpy.
- Owszem - odparł kowal, obejrzał go i pomyślał:
- To dzielny chłop, uczciwie sobie na chleb zarobi.
Zapytał więc:
- Jakiej chcesz zapłaty?
- Żadnej - odparł olbrzym - Tylko co dwa tygodnie, gdy będziesz wypłacał swym czeladnikom, dam ci dwa klapsy.
Skąpiec ucieszył się bardzo, że zaoszczędzi sobie pieniędzy.
Nazajutrz rano nowy czeladnik zabrał się do pracy, ale gdy majster przyniósł rozpaloną szablę, a olbrzym uderzył w nią młotem, żelazo rozleciało się, a kowadło ugrzęzło tka głęboko w ziemi, że niepodobne go było wydobyć. Skąpiec rozgniewał się i rzekł:
- Ejże, nie przydasz mi się, niedobryś na czeladnika. Co chcesz za to jedno uderzenie?
- Dam ci za nie jednego prztyczka.
I prztyknął go palcem tak mocno, że kowal wyleciał ponad czterema stogami siana. Olbrzym zaś wyszukał sobie najgrubszy drąg żelazny, jaki tylko mógł znaleźć w kuźni, wziął go do ręki jak laseczkę i ruszył w drogę. 
Po pewnym czasie przybył do folwarku i zapytał dzierżawcy, czy nie potrzebuje starszego parobka.
- Owszem - odparł dzierżawca - wydajesz mi się dzielnym chłopcem. Ile chcesz rocznej zapłaty?
Ale olbrzym odparł znowu, że nie chce nic, lecz co rok pragnie dać mu trzy klapsy. Dzierżawca ucieszył się, gdyż i on był skąpcem.
Nazajutrz rano parobcy mieli jechać do lasu po drwa. Wszyscy wstali już, olbrzym zaś leżał jeszcze na łóżku. Jeden z parobków zawołał więc na niego:
- Wstawaj, czas już zaprzęgać konie. Jedziemy po drwa do lasu!
- Ach - odparł olbrzym - dajcie mi spokój, i tak wrócę wcześniej, niż wy wszyscy.
Gdy parobcy usłyszeli, poszli do dzierżawcy i opowiedzieli mu, że starszy parobek śpi jeszcze. Dzierżawca kazał go jeszcze raz obudzić, ale olbrzym odparł znowu:
- Idźcie, idźcie, ja i tak wrócę wcześniej od was.
I spał jeszcze dwie godziny. Wreszcie wstał z betów, przyniósł sobie dwa korce grochu i zjadł spokojnie, a potem zaprzągł konie i pojechał do lasu. Tuż przed lasem był parów. Gdy olbrzym przejechał przez niego, zatrzymał konie, a sam począł znosić ogromne drzewa i ustawił z nich wielki zasiek, tak iż koń nie mógł przez niego przejechać. Gdy wreszcie przybył do lasu, inni parobcy wracali już z naładowanymi wozami. olbrzym rzekł do nich:
- Jedźcie, jedźcie, ja i tak wpierw będę od was w domu.
Nie zagłębiając się daleko w las, wyrwał na skraju dwa olbrzymie drzewa, rzucił je na wóz i zawrócił. Kiedy przybył przed zasiek, ujrzał parobków, którzy daremnie usiłowali przez niego przejechać.
- Widzicie - rzekł olbrzym - gdybyście pojechali razem ze mną, bylibyście wcześniej w domu, a spalibyście jeszcze godzinkę!
Po czym wyprzągł konie, położył je na wozie i przeniósł wóz razem z końmi. Kiedy już był po drugiej stronie, odwrócił się i zawołał do parobków:
- Widzicie, że będę wcześniej od was w domu! - i pojechał.
Gdy zajechał na dziedziniec, zdjął z wozu ogromne drzewo i trzymając je w ręku rzekł do dzierżawcy:
- Czy to nie ładny kijaszek?
Dzierżawca zaś rzekł do żony:
- To dobry parobek. Chociaż śpi długo, wraca jednak wcześniej od innych.
Olbrzym pozostał na folwarku rok. Gdy nadszedł dzień wypłaty, zażądał nasz zuch od dzierżawcy należnej mu nagrody. Ale dzierżawca uląkł się obiecanych klapsów i prosił go gorąco, aby mu je darował. niech już raczej on, dzierżawca, zostanie starszym parobkiem, a olbrzym dzierżawcą.
- Nie - odparł olbrzym - nie chcę być dzierżawcą, ale chcę ci dać umówione klapsy.
Dzierżawca chciał mu dać, czego pragnie, ale olbrzym odpowiadał na wszystko:
- Nie. 
Nie widząc innej rady, poprosił go dzierżawca o dwa tygodnie zwłoki dla namysłu. Parobek zgodził się, a dzierżawca zebrał wszystkich swych pisarzy na naradę. Pisarze namyślali się długo, aż wreszcie orzekli, że wobec olbrzym nikt nie jest bezpieczny, gdyż najsilniejszego człowieka może on zbić jak muchę, i poradzili dzierżawcy, aby kazał mu wejść do studni i oczyścić ją, a gdy olbrzym będzie na dnie, niechaj parobcy stoczą mu na głowę ogromny kamień młyński.
Rada ta przypadł dzierżawcy do gustu, a starszy parobek chętnie zszedł do studni. Gdy był już na dnie, dzierżawca kazał stoczyć do studni ogromny kamień młyński i sądził, że kamień z pewnością rozbił olbrzymowi głowę. Ale starszy parobek zawołał z dołu:
- Odegnajcie tam kury z nad studni, bo mi tu prószą ziarnem w oczy.
Wówczas dzierżawca zawołał: - A sio! A sio! - jakby odganiał kury.
Kiedy parobek skończył robotę, wyszedł ze studni i rzekł:
- Patrzcie, jakiego się dorobiłem pięknego kołnierzyka!
A był to kamień młyński, który olbrzym przebił głową i nosi teraz na szyi.
Starszy parobek zażądał znowu zapłaty, ale dzierżawca uprosił go jeszcze raz o dwa tygodnie do namysłu. Pisarze zebrali się znowu i uradzili, aby dzierżawca posłał starszego parobka na noc do zaczarowanego młyna mleć zboże. z młyna tego nikt jeszcze rankiem nie wyszedł żywy. Olbrzym zgodził się na to chętnie, wsadził do prawej kieszeni dwa korce zboża, daw do lewej, a cztery zarzucił sobie na plecy i tak obładowany ruszył do zaczarowanego młyna. 
Młynarz powiedział mu, że za dnia może spokojnie mleć, ale w nocy młyn jest zaczarowany i lepiej do niego nie wchodzić. Ale olbrzym rzekł:
- Bądźcie spokojni i idźcie spać. Już ja sobie dam radę.
Po czym udał się do młyna, wsypał zboże i zaczął je mleć. Około jedenastej udał się do izby i siadł na ławce. Po pewnym czasie drzwi otworzyły się nagle i do izby wjechał wielki stół, na stole pełno było jadła i napojów, a nikogo nie było widać, kto by to wnosił. Potem podsunęły się do stołu ławki, ale nikt na nich nie siedział. Wreszcie olbrzym ujrzał palce, które chwyciły noże i widelce. nałożył sobie jedzenie na talerze i poczęły zjadać. A że olbrzym był talerze głodny, więc zasiadł do stołu i począł się raczyć jedzeniem. Kiedy się już najadł, a i inne talerze były puste, nagle światła pogasły, a gdy zapanowały ciemności, olbrzym uczuł nagle, że ktoś uderzył go w twarz. Rzekł więc:
- Jeżeli jeszcze raz zdarzy się coś podobnego, to oddam.
a gdy po raz drugi dostał w twarz, nie namyślając się długo odpłacił niewidzialnemu napastnikowi tą samą monetą. Trwało to całą noc, a olbrzym ani razu nie pozostał dłużny.
Gdy młynarz wstał rano, zdziwił się bardzo widząc, że olbrzym żyje jeszcze. Olbrzym zaś rzekł:
- Najadłem się do syta, dostawałem w pysk i oddawałem.
Młynarz ucieszył się i rzekł:
- Teraz młyn jest wyzwolony! - i zapytał olbrzyma, co chce w nagrodę, ale olbrzym odparł:
- Pieniędzy mi nie trzeba, mam wszystkiego dość.
Po czym zarzucił worek z mąką na plecy, poszedł do domu opowiedział dzierżawcy, jak się wywiązał z zadania i zażądał swojej zapłaty.
Gdy dzierżawca usłyszał, przeraził się bardzo, nie mogąc zaś znaleźć żadnego wyjścia począł biegać tam i z powrotem po pokoju, a krople potu wystąpiły mu na czoło. Otworzył więc okno, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. W tej chwili olbrzym dał mu takiego kopniaka, że wyleciał przez okno w powietrze i wkrótce zniknął wszystkim z oczu. Wówczas olbrzym rzekł do jego żony:
- Jeżeli dzierżawca nie wróci pani musi odebrać pozostałe kopniaki!
Żona dzierżawcy zawołała przerażona:
- Nie, nie, ja tego nie wytrzymam! - i otworzyła drugie okno, gdyż i je pot wystąpił na czoło.
W tej chwili olbrzym kopnął ją tak mocno, że wyleciała w powietrze, a że była lżejsza, pofrunęła wyżej jeszcze niżeli jej mąż. Widząc ją dzierżawca zawołał:
- Chodź tu do mnie! - ale ona odparła:
- Nie mogę, chodź ty do mnie!
I tak szybowali w powietrzu, a jedno nie mogło się zbliżyć do drugiego. Nie wiem, czy szybują jeszcze, młody olbrzym zaś wziął swój kij żelazny i ruszył w dalszą drogę.

Bracia Grimm:))

czwartek, 16 maja 2013

Łakomy i zazdrosny

Porzuciwszy ojczyznę i żony, i dzieci,
Szedł łakomy z zazdrosnym, Jowisz z nimi trzeci.
Gdy kończyli wędrówkę, bożek im powiedział:
"Jestem Jowisz i żeby każdy o tym wiedział, 
Proście mnie, o co chcecie, zadosyć uczynię
Pierwszemu, a drugiemu w dwójnasób przyczynię."
Nie chce być skąpy pierwszym i stanął jak wryty;
Nie chce mówić zazdrosny, równie nieużyty.
Na koniec, kiedy przeprzeć kłamcę nie może:
"Wyłup mi jedno oko - rzecze - wielki boże!"
Stało się. I co mieli zyskać w takiej dobie,
Stracił jedno zazdrosny, a łakomy obie.

Ignacy Krasicki:))  

środa, 15 maja 2013

Małżeństwo

Chwała Bogu! Widziałem małżeństwo niemodne,
Stało wielce szczęśliwe, uprzejme i zgodne.
Stateczna była miłość z podziwieniem wielu - 
To szkoda, że mąż umarł w tydzień po weselu.

Ignacy Krasicki:))

wtorek, 14 maja 2013

Słomka, węgielek i groch

W pewnej wsi uboga staruszka zebrała w ogródku garść grochu i postanowiła go ugotować. Podpaliła więc pod kominem, aby zaś się szybciej paliło, roznieciła ogień garścią słomy. Kiedy wsypała groch do garnka, jedno ziarenko upadło jej na podłogę i potoczyło się obok słomki; wkrótce potem z pieca wyskoczył żarzący się węgielek i padł obok nich.
Słomka rozpoczęła rozmowę:
- Skąd idziecie, drodzy przyjaciele?
- Szczęśliwie umknąłem z ognia - odparł węgielek - czekała mnie tam śmierć: spaliłbym się na popiół.
- I ja ocaliłem skórę - rzekł groch - gdyby staruszka wrzuciła mnie do garnka, zostałbym niemiłosiernie ugotowany i zjedzony jak moi towarzysze.
- Czyżby mój los był lepszy? - słomka na to - Wszystkie me siostry rzuciła staruszka do pieca. Sześćdziesiąt chwyciła jedną ręką i przyprawiła o śmierć. Ja wymknęłam się jej szczęśliwie między palcami.
- I cóż poczniemy teraz? - rzekł węgielek.
- Sądzę - odparł groch - że jeśli szczęśliwi uniknęliśmy śmierci, to powinniśmy jak dobrzy towarzysze ruszyć razem w obce kraje, aby nas tu nowe jakieś nieszczęście nie spotkało!
Pomysł spodobał się wszystkim i cała trójka wyruszyła w drogę. Wkrótce przybyli nad strumyk, gdzie nie było mostka ani kładki. Nie wiedzieli więc, jak się przedostać na drugą stronę. 
Wreszcie słomka znalazła radę:
- Ja jestem najdłuższa, położę się więc w poprzek strumyka, a w wyjedziecie po mnie.
Tak też uczyniła, a węgielek, który był krewkiej i gorącej nuty, pierwszy skoczył odważnie na nowy most. Jednakże gdy już był na środku usłyszał pod sobą szum wody, zdjął go lęk; zatrzymał się więc, bojąc się iść dalej.
W tejże chwili słomka zapaliła się, pękła na dwoje i wpadła do strumyka. Węgielek potoczył się za nią, a gdy wpadł do wody, zasyczał i wyzionął ducha.
Groch, który przez ostrożność pozostał na lądzie, tak się począł śmiać, że nie mógł już przestać i pękł. 
I na niego przyszłaby już ostatnia godzina, gdyby nie młody krawczyk wędrowny, który siadł właśnie nad strumykiem, aby wypocząć, widząc nieszczęście grochu dobył igłę i nitkę, i zaszył go z powrotem.
Groch podziękował mu, jak mógł najpiękniej, że jednak krawczyk użył czarnej nitki, więc od tego czasu wszystkie ziarenka grochu mają czarny szew.

Bracia Grimm:))

poniedziałek, 13 maja 2013

Biały wąż

 

Dawno już temu żył pewien król, którego mądrość słynęła w całym kraju. Nic nie był dla niego tajemnicą i zadawało się, jakoby o najtajniejszych rzeczach otrzymywał skądsiś wieści. Miał on jednak pewien dziwny zwyczaj. Co dzień po obiedzie, gdy uprzątnięto już wszystkie potrawy i w jadalni nie było nikogo, kazał król zaufanemu królowi wnosić jeszcze jedną misę. Misa ta była jednak zakryta i nawet sługa sam nie wiedział, co się w niej znajduje, i nikt na świecie nie wiedział tego, gdyż król jadł z niej wówczas dopiero, gdy był zupełnie sam.
Trwało to długi czas, aż razu pewnego, gdy sługa odnosił tajemniczą misę, opadła go ciekawość, której nie mógł się oprzeć, zaniósł więc misę do swojej izdebki, zamknął starannie drzwi i podniósł pokrywę. W misie leżał biały wąż. Na widok tej potrawy sługa nie mógł się oprzeć pokusie skosztowania jej; odkroił kawałek i zjadł. Ale w tejże chwili usłyszał za oknem dziwny szept delikatnych głosików. Podszedł do okna i zrozumiał, że to wróble rozmawiają z sobą, opowiadając nowinki z pola i z lasu. Skosztowanie białego węża wzbudziło w nim zdolność pojmowania mowy zwierząt.
Zdarzyło się, że tegoż dnia zginął królowej najpiękniejszy jej pierścień i podejrzenie padło na owego zaufanego sługę, który wszędzie miał dostęp. Król wezwał go przed siebie i groźnymi słowy zapowiedział mu, iż jeśli do jutra nie wskaże sprawcy, spotka go kara śmierci. Nic nie pomogły zapewnienia i przysięgi wiernego sługi, że jest niewinny.
W trwodze i smutku wyszedł sługa na dziedziniec, rozmyślając o ratunku. Nad strumykiem siedziały kaczki muskając sobie piórka dziobami i wiodąc poufałą rozmowę. Począł się im przysłuchiwać. Opowiadały sobie wzajemnie, gdzie się dziś rano podziewały i co dobrego do jedzenia znalazły. Wtem rzekła jedna z przekąsem:
- Coś mi ciąży w żołądku, w pośpiechu połknęłam pierścień, który spadł do ogrodu z okna królowej.
Gdy to sługa usłyszał, chwycił kaczkę z gardło, zaniósł do kuchni i rzekł:
- Czas by już tę kaczkę zarżnąć, dość już jest tłusta.
Kucharz zważył ją w ręku i odparł: 
- Rację masz,dawno trzeba już był to zrobić.
I zarżnął kaczkę, a gdy wyjęto z niej wnętrzności, znaleziono w żołądku pierścień królowej.
Sługa mógł teraz z łatwością udowodnić swoją niewinność, król zaś chcąc mu wynagrodzić krzywdę, uczynioną niesłusznym posądzeniem, pozwolił mu prosić o wszelką łaskę i obiecał najzaszczytniejsze stanowisko a dworze, jakiego tylko zapragnie. Ale sługa nie żądał niczego. Poprosił tylko o konia i trochę pieniędzy, gdyż postanowił ruszyć w świat. Oczywiście prośbę jego spełniono natychmiast.

Wkrótce po wyjeździe z zamku królewskiego przejeżdżał wierny sługa nad jeziorem i spostrzegł trzy rybki, które zaplatały się w wiklinę i nie mogły się dostać do wody. Choć powiadają, że ryby nie mają mowy, młodzieniec dosłyszał jednak ich żałosną skargę, a że miał litościwe serce, zsiadł z konia i wsadził trzech więźniów na powrót do wody. Ryby zapluskały radośnie, wytknęły głowy i zawołały:
- Zapamiętamy to i odwdzięczymy ci się kiedyś, bo uratowałeś nam życie!
Młodzieniec ruszył dalej, a po pewnym czasie wydało mu się, że słyszy pod sobą delikatny głosik, a kiedy się lepiej przysłuchał, zrozumiał, że król mrówek się skarży:
- Ach, gdybyśmy się wyzwolili od ludzi i zwierząt! Ten głupi koń depcze ciężkimi kopytami mój lud bez litości!
Młodzieniec zjechał natychmiast na boczną ścieżkę, a król mrówek zawoła z nim: 
- Zapamiętamy to i odwdzięczymy ci się!
Droga wiodła teraz przez gęsty las. Wtem ujrzał młodzieniec, jak para starych kruków wyrzuconych z gniazda swoje młode, wołając:
- Precz stąd, darmozjady, nie będziemy was dłużej karmić. Czas już, abyście sobie same znajdowały pożywienie!
A biedne małe leżały na ścieżce i machając niedołężnymi skrzydełkami kwiliły:
- Jakże my, nieszczęsne dzieci, mamy znaleźć sobie pożywienie, gdy nie umiemy jeszcze fruwać! Nie pozostaje nam nic innego, jak umrzeć z głodu. 
Wówczas dobry młodzieniec zsiadł z konia, zabił go i pozostawił młodym krukom do zjedzenia. A młode zawołały za nim uradowane:
- Zapamiętamy ten twój czyn i odwdzięczymy ci się za to!
Szedł więc teraz młodzieniec piechotą i po długim czasie przyszedł do pewnego wielkiego miasta. Na ulicach był ruch i zamieszanie, a herold na koniu stanął na rynku i obwieścił, że królewna szuka sobie męża, ten jednak, kto chce zostać jej wybrankiem, musi spełnić zadanie, a jeśli tego nie potrafi, będzie skazany na śmierć. Wielu próbowało już zdobyć rękę królewny, ale daremnie poświęcili swe życie. Gdy młodzieniec ujrzał królewnę, piękność jej tak go olśniła, że zapominając o niebezpieczeństwie zgłosił się przed oblicze króla jako konkurent.
zaprowadzono go nad morze i w jego obecności rzucono do wody złoty pierścień potem król kazał mu pierścień ten wydobyć i dodał:
- Pamiętaj, że jeśli wypłyniesz na brzeg pierścienia, zostaniesz tylekroć strącony w morze, aż zginiesz w falach!
Wszyscy żałowali pięknego młodzieńca i pozostawili go wreszcie samego na brzegu. Gdy tak stał nieszczęsny, dumając nad swym położeniem, spostrzegł nagle trzy rybki, a były to te same rybki, którym niegdyś uratował życie. Środkowa niosła w pyszczku muszlę, którą złożyła na brzegu u stóp młodzieńca, a gdy ten podniósł ją i otworzył, znalazł wewnątrz złoty pierścień. Pełen radości zaniósł go królowi, oczekując na obiecaną nagrodę.
Lecz dumna ani słyszeć nie chciała, by mężem jej miał być młodzieniec niższy od niej urodzeniem i zażądała, aby spełnił on jeszcze jedno zadanie. Zeszła do ogrodu i rozsiała w trawie dziesięć worków prosa.
- Jutro, gdy słońce wzejdzie - rzekła - proso ma być z powrotem zebrane do worków i ani ziarenka nie może brakować. 
Siadł młodzieniec w ogrodzie i zamyślił się, jakby to zadanie spełnić, ale nic nie przychodziła mu na myśl, czekał więc smutny, aż nadejdzie świt, spodziewając się śmierci. Gdy pierwsze promienie słońca padły na ogród, młodzieniec ujrzał przed sobą dziesięć worków prosa i ani ziarenka nie brakowało. To wdzięczny król mrówek sprowadził tysiące swych poddanych, którzy skrzętnie pozbierali proso i ułożyli je w worki. Gdy królewna zeszła po chwili do ogrodu, spostrzegła, że zadanie zostało spełnione.
ale nie mogła opanować swej pychy i rzekła:
- Chociaż spełniłeś obydwa zadania, nie zostaniesz moim mężem wcześniej, aż przyniesiesz mi jabłko z drzewa życia!
Młodzieniec nie wiedział, gdzie rośnie drzewo życia, ruszył jednak przed siebie i postanowił iść, póki mu sił starczy, choć nie miał nadziei, że je znajdzie. Gdy już przebył trzy królestwa i wszedł pod wieczór do ciemnego lasu, usiadł zmęczony pod drzewem, aby się przespać; wtem usłyszał nad głową szum gałęzi i złote jabłko spadło mu w dłonie. Jednocześnie nadleciały trzy kruki, które siadły na jego kolanach i rzekły:
- Uratowałeś nas niegdyś od śmierci głodowej; gdyśmy podrosły i dowiedziałyśmy się, że szukasz złotego jabłka z drzewa życia, pofrunęłyśmy za morze na kraj świata, gdzie rośnie drzewo życia i przyniosłyśmy ci jabłko!
Z radością powrócił młodzieniec do królewny, która już teraz nie miała wymówki. Podzielili jabłko życia na połowy i zjedli je razem: wówczas w sercu królewny powstała wielka miłość dla młodzieńca i oboje w niezmąconym szczęściu dożyli późnej starości. 

Bracia Grimm:))