Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

wtorek, 24 lipca 2012

Słowo szczupaka




        W wiosce drewnianej, nad mokrym, w kraju głupiego cara, w cieniu mądrych dębów tysiącletnich, obok królestwa białych brzóz dostojnych i nie daleko cmentarza szarych wzgórz zaspanych, żyli bohaterowie tej opowieści. 
W jednej chacie mieszkali dwaj bracia mądrzy, poważni i żonaci oraz najmłodszy brat, głuptas, którego Waśką-Lichotą zwali. Waśka-Lichota leniem był i obibokiem. Kiedy inni pracowali, on na ławie się wylegiwał. Gdy porządki przed świętem robiono, on nad rzekę uciekał. Gdy bracia jechali do miasta, on na  piec właził i tam w cieple podrzemywał, udając, że nie słyszy, gdy go do pracy wołają.
Razu pewnego starsi bracia szarym świtem wstali, konie osiodłali i pomknęli do miasta. Waśka-Lichota wskoczył na piec, wygodnie się umościł i usnął. Szukały go zony braci, nawoływały. Przepadł. Nareszcie znalazły i skrzyczały, wedle jego przewiny i wedle swego swarliwego obyczaju. 
- Gdzieś przepadł, Lichoto, gdzieś się skrył przed robotą? Ganiaj zaraz z wiadrami po wodę do potoku!
Waśka-Lichota rad nierad z pieca zlazł, powolutku czapkę na głowę nasadził, płócienną rubaszkę ze słomy otrzepał, a nogi wsunął w filcowe walonki, bo na skórzane buty był za biedny. Nareszcie wiadra chwycił i wolnym krokiem do potoku szedł.
Zaczerpnął jedno wiadro, odstawił. Zaczerpnął drugie - rety! Coś pluszcze w nim, zieloną łuską się mieni i wściekle się szamocze. Patrzy Waśka, a to szczupak, rybi król, do wiadra mu się zaplątał. Zęby ostre jak igły szczerzy, strzela rozdyma i płetwę kolczastą na grzbiecie nastawia. 
- A to ci dopiero obiad będzie - ucieszył się chłopak.
Ale szczupak popatrzył nań nagle, wierzcie, nie wierzcie, ludzką mową się odzywa:
- Waśka, Waśka, nie bądź głupi! Nie zjadaj mnie, odwdzięczę ci się tak, że całe życie będziesz mnie miło wspominać.
Waśka-Lichota nic nie powiedział, wiadra chwycił i przymierzy się do domu wrócić, Król ryb, widząc, że to nie przelewki, dodał szybko:
- Starczy, byś powiedział w głos zaklęcie: "Na słowo szczupaka, moja wola taka, niech się stanie, co ja chcę...", a wszystko spełni się w okamgnieniu.
Waśka-Lichota podumał chwilę i rzekł:
- Dobra, wypuszczę cię, ale pamiętaj, jeśli mnie oszukałeś, złowię cię po raz wtór, ogon przetrącę i żywcem kotom dam na pożarcie.
Szczupak plusnął tylko ogonem i wskoczył do potoku.
Waśka-Lichota pomyślał chwilkę i powiedział:
- Na słowo szczupaka, moja wola taka, niech się stanie, co ja chcę. Idźcie wiadra same do domu!
Ledwie wyrzekł te słowa, a dwa pełne wody drewniane wiadra pomaszerowały, a równo szły, jak carscy żołnierze. mało tego, wyobraźcie sobie, ani kropli, wody przy tym nie uroniły. same ustawiły się na kuchennej podłodze. Waśka-Lichota spokojnie poszedł spać na piecu. 

        Ale długo nie pospał. zony braci zaraz mu następną robotę znalazły.
- Gdzie żeś przepadł, Lichoto, gdzieś się skrył przed robotą? Ganiaj zaraz z siekierą po drwa na podpałkę! - krzyczały. 
Waśka-Lichota z pieca zlazł, siekierę chwycił i do lasu poszedł. jak doszedł, stanął na polanie i rozkazał:
- Na słowo szczupaka, moja wola taka, niech się stanie, co ja chcę. Rąb siekiero, drwa
do pieca!
Zaszumiało, zafurczało, aż tu siekiera z rąk Waśkowych się wyrwała i dalej gałęzie ścinać, pieńki ociosać, patyki wyrównywać. Nie minęło pół godziny, a drew się na polanie zebrało tyle, ile niejeden i przez miesiąc by nie narąbał. 
Waska-Lichota powiedział siekierce"dość" i znów rzekł tak:
- Na słowo szczupaka, moja wola taka, niech się stanie, co ja chcę. Idźcie drwa same do chałupy, a nie pogubcie się po drodze!
I oto drwa powiązały się same brzozowym łykiem i poszły karnym szeregiem, jako wojsko chodzi do bitwy.
Żony braci tylko gęby porozdziewały. A Waśka-Lichota hyc - na piec. I śpi, zadowolony
z siebie.
Długo nie pospał. jak siostrzyce-szwagierki zobaczyły, że go wszystkie przedmioty słuchają, zapragnęły i one odpocząć.
- Waśka, Wasiutka, prosimy, wyręcz nas w robocie. Spraw, by krosna same tkały. kołowrotki same przędły, a garnki myły się i płukały też bez naszego udziału - poprosiły chłopaka.
Ale ten ani myślał zaklęcia użyć. Szwagierki postanowiły się zemścić. Kiedy bracia powrócili z miasta, żony wzięły ich do stajni na naradę.
- przykażcie jemu - powiadają - żeby zaklęcie na wszystkich pracowało. Wtedy leżeć w jedwabnych poduszkach, stroić się w naszyjniki i pierścienie, a on niech rozkazuje i niech się robi samo!
Bracia postanowili posłuchać żon. Jeden wziął tęgi rzemień, drugi garść powrozów i zakradli się do kuchni, gdzie na piecu spał Waśka. Chcieli mu lanie sprawić, żeby czarów rodzinie użyczył. 
Już, już mieli Waśkę wychłostać, gdy w ciemności dał się słyszeć jego łobuzersku głos: 
-  Na słowo szczupaka, moja wola taka, niech się stanie, co ja chcę. Bijcie ich polana, wybijcie im z głowy te głupi pomysły.
Ruszyło sześć polan i dawaj tłuc braci po grzbietach, aż obydwaj rzucili rzemienie, powrozy
 i z krzykiem uciekli. a polan jeszcze długo bębniły o drzwi ich komnat, żeby sobie nie pomyśleli, że na jednym laniu się skończy.
Nazajutrz bracia pogodzili się. Waśka-Lichota wybaczył wszystkim. Dał się namówić, by szczupacze czary wykorzystać dla wspólnego dobra. Teraz na piecu tylko siedział, żony braci gotowały mu smaczne jadło i parzyły mocną herbatę, a on komenderował. i tak: wiadra same wodę nosiły, siekiera sama drwa rąbała, sanie same słoninę do kupca odwoziły, a młot na kowadle sam tak wykuwał podkowy, że echo niosło aż po krańce wsi. 

        O czarach zrobiło się głośno. Ludziska powtarzali jeden drugiemu, wreszcie plotki dotarły do cara. Te n postanowił przekonać się, czy to wszystko prawda. Zawołał dowódcę straży:
- Kapitanie, znajdziesz Waśkę-Lichotę. Przypatrz się, czy on czary czynić umie. Jeśli to, co ludzie powiadają, to tylko głupstwa, każ po sto batów dać jego sąsiadom, bo to oni je rozpowiadają. Ale jeśli ten Waśka na czarach się zna, tak ty jego bierz za łeb i do mnie odstaw. Czyś zrozumiał swą powinność?
Kapitan skłonił się przed carem na znak, że zrozumiał. Skrzyknął sześciu drabów
z halabardami i ruszył w drogę. zima akurat się srożyła, śniegu nasypało, tak że nim do wioski dotarli , trzy dni upłynęło. Dojechali do opłatków, patrzą, oczom nie wierzą: wiadra same maszerują od strumienia, siekiera polan rozcina, żarna same się obracają, a koń stoi obok
i leniwie obrok skubie. kapitan wszedł do izby i stanął przed Waśką, który na piecu leżał
i pestki słonecznika pogryzał.
- Tyś jest Waśka-Lichota, co czarami wszystko do roboty zapędza? - spytał groźnie.
- Pewnie to muszę być ja, bo drugiego Waśki we wsi nie ma - odpowiedział chłopak.
- Z rozkazu cara masz z nami jechać - rozkazał kapitan.
- A bo mi tu źle? Nidzie nie jadę - burknął Waśka i odwrócił się do niego plecami. 
Kapitan wściekł się, zawołał drabów i kazał Waśkę związać.
Waśka powiedział cicho:
- Na słowo szczupaka, moja wola taka, niech się stanie, co ja chcę. Polana drewniane nauczcie ich moresu.
znowu wyskoczyło sześc twardych, dębowych polan i zaczęło tłuc kapitan i jego po grzbietach. A oni precz uciekli.
Ale kapitan przyszedł raz jeszcze, baranią czapkę zdjął, pokłonił się Waśce-Lichocie:
- Ty mnie chłopie nie gub. Mam rozkaz do cara cię przyprowadzić. Jak nie przyprowadzę, car mi głowę zetnie. pojedź z nami. Z carem pogadasz, herbatę wypijesz, wrócisz do siebie, a ja życie ocalę.
Waśce-Lichocie żal się zrobiło kapitana, ale i piec ciepły żal opuszczać. Wreszcie powiedział:
- Na słowo szczupaka, moja wola taka, niech się stanie, co ja chcę. Weź mnie piecu do cara!
I o to murowany-glinowy piec chlebowy, wapnem pobielany, słomą wymoszczony zgrzytnął, zahurkotał, powoli z miejsca ruszył, przez drzwi chałupy wyjechał i dawaj sunąć ku drodze zaśnieżonej - ku carskiemu miastu.Dymił przy tym z komina, a iskierki na drogę sypał. Kapitan dostrzegł, że piec nie tylko sam jedzie, ale jeszcze śnieg z drogi odgarnia. Skinął na drabów i po chwili wszyscy jechali za piecem, ciesząc się, że po równym trakcie przyszło im wracać. Waśka kilimem się nakrył, pestki pogryzł, sąsiadom czapką się kłaniał, a kapitan
i sześciu drabów z halabardami jechało za nim, jakby jechali za carskimi saniami.

        Nazajutrz dojechali do carskiego pałacu. A Waśak-Lichota tak się na swoim piecu rozpędził, że wjechał na schody, rozbił wrota i wsunął się ze zgrzytem wprost do komnaty, gdzie wschodnim zwyczajem, leżąc na poduszkach, ucztował car.
- Jestem carze tak jak mnie zapraszałeś - powiedział Waśka, nie wstając z pieca.
Carowi nie spodobało się to zuchwalstwo.
- Wstawaj z pieca! - wrzasnął do Waśki, który pogryzał pestki słonecznika.
- Ty leżysz carze i pojadasz, tak i ja czynię, żeby twoim obyczajom nie uchybić - odpowiedział Waśka. 
Car zaklął w duchu, ale nie dał po sobie poznać, jak bardzo jest zły. Uśmiechnął się za to słodko i powiedział:
- Rozkaż aby miecz, włócznie, topory i tarcze moich wojowników same poszły do boju
i napadły na sąsiednie państwo.
Waśka-Lichota pokręcił głową.
- Szczupak dał mi czar w zamian za uratowanie życia. Nie mogę teraz używać go do tego, żeby kogoś życia pozbawiać. a jak miecze i topory bić zaczną, to i pewnie kogoś zbiją - odpowiedział Waśka.
Car się wściekł, ale zaraz się opanował i rozkazał:
- Rozkaż więc, żeby wszystko złoto i diamenty, srebro i rubiny, które ziemia zazdrośnie trzyma w swojej gębie, do mojego skarbca popłynęły.
Ale i tym razem sprzeciwił się Waśka-Lichota:
- Carze, szczupak dał mi czar, bom ja go puścił wolno, choć byłem głodny i choć mogłem go sprzedać za rubla karczmarzowi. Nie godzi mi się teraz używać czaru do mnożenia bogactw.
- Ściąć mu głowę - rozkazał car, widząc, że szkoda czasu na rozmowy z hardym młodzieńcem.
Ale oto zza kotary wyskoczyła córka cara, szesnastoletnia Luba Złotowłosa. Zarzuciła Waśce swoją chusteczkę na głowę. a był to prosty znak, że dziewczyna chce tego kawalera za męża.
Rozsierdził się car nie na żarty, ale zgrzytając zębami ze złości, kazał wyprawić wesele.
A po trzech dniach, gdy się gody skończyły, rozkazał pachołkom pochować znienacka oboje, wpakować do beczki, a wieko zabić gwoździami i zasmołować. potem beczkę puścić na morze i patrzył, jak płynie coraz alej i dalej. 
- Carska córka nie może wyjść za mąż za wiejskiego przygłupa, choćby i czarodzieja.
A wiejski przygłup, choćby i czarodziej, nie może sprzeciwiać się carowi. - tłumaczył dworzanom.
Tymczasem w Waśka-Lichota powiedział do Luby Złotowłosej:
- No widzisz, ojciec dał ci w posagu beczkę i trochę smoły. Za to ja w prezencie ślubnym dam ci pałac.
Po czym zawołał:
- Na słowo szczupaka, moja wola taka, niech beczka na brzeg wypłynie.
I beczka natychmiast znalazła się na suchym lądzie.
- Teraz nich dno beczki odpadnie - dodał Waśka. 
I oto za chwilę stali z Lubą na czystym piasku i słuchali szumiącego morza.
- Na słowo szczupaka, moja wola taka, niech tu piękny pałac stanie. Dal mnie i dla mojej żony - poprosił Waśka-Lichota.
I oto mieli przed sobą piękny pałac. Waśka-Lichota wprowadził doń swoją piękną żonę
i zamieszkali tam razem. I żyją szczęśliwie do dziś. tylko złośliwi sąsiedzi powiadają,
że Waśka coś za często na piecu się wyleguje, zamiast żoneczkę młodą wyręczać. ale czego
to sąsiedzi nie plotą, zwłaszcza gdy zimą śnieg drogi zasypie, dachy okryje i z chałupy
nie chce się nosa wytknąć. Ale jeśli wierzyć sąsiadom, to Waśkai Luba żyją sobie jak u Pana Boga za piecem. nawet jeśli ten piec nigdy nie rusza się z miejsca. 

Bajka rosyjska:))

poniedziałek, 23 lipca 2012

Królewna żabka




Na zielonej wschodniej równinie , oblanej z trzech stron rzekami, panował car Długoręki-długobrody. Miał on trzech synów, chwackich i krzepkich młodzieńców. Gdy przyszedł czas, że powinni oni znaleźć sobie narzeczone, car rozesłał swatów w trzy strony świata. Ale ani jeden posłaniec nie znalazł odpowiednio mądrej i urodziwej panny.Wezwał więc car Długoręki-Długobrody swych synów i powiedział im: 
- Nie powiodły się swaty, a więc do ożenku musi was przybliżyć los odwieczny, bezlitosny
i sprawiedliwy. Oto macie cudowne łuki i strzały, które w młodości zdobyłem na wojnie
z tatarskim najeźdźcą. Teraz one posłużą wam za swatów.
Kazał car Długoręki-Długobrody ustawić się carewiczom plecami do siebie. Każdy z nich ujął łuk, założył strzałę i napiął cięciwę. Wokół nich stanął szpaler wojowników z zapalonymi pochodniami.
- Teraz wypuśćcie strzały. gdzie która z nich spadnie, tam żon dla siebie poszukacie - rozkazał car.
Bracia napięli cięciwy i trzy długie, opierzone sokolimi lotkami strzały jednocześnie furknęły w trzy strony świata. 
Zaraz potem dosiedli rączych koni i pognali przed siebie, każdy w kierunku, w którym strzałem wypuścił.
Najstarszy carewicz jechał trzy dni i trzy noce. Znalazł swoją strzałę wbitą aż po same pióra w bramę bojarskiego dworu. tam poznał córkę miejscowego władyki i oświadczył się jej,
a potem powiózł na dwór swego ojca.
Drugi z braci jechał dwa dni i dwie noce. Strzałę swoją znalazł wbitą do połowy  w szyld drewniany, kołyszący się nad wielkim składem handlowym bogatego kupca. najstarsza córka właściciel zauroczyła carewicza tak, że nie czekając, oświadczył się jej i także zawiózł dziewczynę na dwór swego ojca, cara Długorękiego-Długobrodego.
Iwan, najmłodszy carewicz, błąkał się tydzień po lasach i mokradłach w poszukiwaniu swojej strzały. Wreszcie dostrzegł ją i zmarł zdumiony. Strzałę trzymała w pyszczku zielona żaba z maluteńką, złota koroną na głowie. Była to księżniczka Wasylisa Przemądra, zły czarem zamieniona w żabę. Ale nie wiedział o tym carewicz Iwan. Wziął żabę na rękę i powiedział dobrotliwie:
- Widzisz, skoro ty mi jesteś pisana, to już nikogo innego, tylko ciebie na dwór mego ojca powiozę.
Wszyscy trzej carscy synowie zjawili się w umówionym dniu na dworze. dwaj starsi wiedli piękne dziewczyny ze znamienitych i możnych rodów. szmer uznania rozległ się wśród poddanych, a i sam car Długoręki-Długobrody pokiwał głową na znak, że podoba mu się wybór synów. 
a iwan podszedł do ojca z zieloną żabką na ramieniu. Gawiedź zaczęła się podśmiewać 
i czynić głupie uwagi. car już chciał rozkazać najmłodszemu synowi, by poszedł do swoich komnat i nie dawał powodów do śmiechu i przykrych docinków, gdy wtem żaba zniknęła. Natomiast na podwórzec wjechała pyszna kareta zaprzężona w dwie trójki srokatych koni. Wysiadła z niej księżniczka Wasylisa przemądra, ze złego zaklęcia na jedne wieczór uwolniona. 

Rozpoczęły się weselne zabawy. Każdy z braci carewiczów tańczył ze swoją wybranką. Córka bajora pokazała, jak lekko potrafi tańczyć, nie dotykając prawie stopami ziemi. Córka kupca w tan szybki z kozakami się porwała, a żaden z najlepszych tancerzy i akrobatów nie potrafił jej dorównać w szybkości i kunszcie pięknie robionych prysiudów i obrotów.
Wasyli Przemądra zaś, tańcząc z Iwanem, coraz to nowe cuda wyczarowywała. Zawinęła prawym skrajem sukni - wokół nich jezioro rozlało się po podłodze czystą lazurem, upstrzonym z rzadka bielą pachnących grążeli.



Zawinęła lewym skrajem sukni - po tafli wody popłynęły białe łabędzie. A Wasylia Przemądra, kręcąc się w samym środku tych cudów, śpiewała:

Żabka nie wzgardziłeś,
Ojcu ją przedstawiłeś.
Wziąłeś to, co los ci dał.
A on dał ci to, co chciał.
Bądź cierpliwy kilka dni,
A zaklęcie znajdziesz mi!



Iwan zauroczony Wasylią tańczył w okół niej, oka z niej nie spuszczając. W tym czasie car Długoręki - Długobrody polecił sprawdzić, czy Wasylia już w ludzkiej postaci odmieniona nie zostawiła gdzieś swojej żabiej skóry. zaraz też mu doniesiono, że w komnacie gościnnej taka rzecz leży. Wezwał sługę i kazał wrzucić skórę do pieca, myśląc, że jego piękna, młoda synowa już nigdy nie będzie nosić tego haniebnego przebrania. Tymczasem na swego najmłodszego syna i jego wybrankę sprowadził nieszczęście.
Wasylia Przemądra, nie mogąc znaleźć żabiej skóry, zapłakała żałośnie:
- Prosiłam cię, Iwanie, o cierpliwość. Mogłeś trzy dni poczekać i byłabym twoja. Teraz za karę, za utratę żabiego przebrania, będę uwięziona do końca życia w wierzy Kościeja-Niśmiertelnego. Żegnaj ukochany! Żegnaj na wieki! 
Potem przemieniła się w dzikiego łabędzia i wzbiła się w powietrze. iwan zapłakał i jego ojciec car także, ale było już za późno. Wasylia Przemądra uleciała do zamku pilnowanego przez Kościej-Nieśmiertelnego, wroga wszystkich żywych ludzi na świecie.

- Ojcze muszę jechać, narzeczoną odnaleźć i z niewoli srogiej uratować - powiedział Iwan carowi.
Ojciec chwycił go w ramiona i wyszeptał: 
- Wybacz mi, synu, moją popędliwość. Dam ci dwa oddziały rycerzy, by ci w drodze pomogli.
- Dziękuję ci, ojcze, ale tu mi zbrojni nie pomogą. Muszę sam swoją narzeczoną uratować albo zginę - odpowiedział Iwan. 
Ojca w rękę pocałował, braci uściskał, wziął łuk, strzały i miecz, i ruszył w drogę. Wiedziony przeczuciem szedł w tę samą stronę, w którą kilkanaście dni wcześnie wypuścił strzałę.
Szedł długo, głodem przymierał, pragnienie gasił wodą źródlaną. Któregoś dnia napotkał
a kniei wielkiego niedźwiedzia. Chwycił łuk i złożył się do strzału, gdy wtem niedźwiedź odezwał się do niego ludzkim głosem:
- Carewiczu Iwanie,nie zabijaj mnie, jeszcze ci się przydam zobaczysz.
-Nie zabiję cię, bądź spokojny - odpowiedział Iwan. zamiast pieczeni z niedźwiedzia zjadł garść leśnych owoców.
Wyszedł z lasu i wędrował rozległy polami. Wysoko nad sobą dostrzegł kaczora, jak leciał
w dal, machając ciężko skrzydłami. Napiął łuk, by go zestrzelić, ale kaczor nagle zanurkował ku niemu i zakwakał:
- Nie zabija mnie, carewiczu Iwanie. Niedługo będziesz potrzebował mojej pomocy! 
Opuścił Iwan łuk i pozwolił lecieć dalej. 



Wtem zobaczył zająca, który szurnął mu spad nóg i pokicał w bruzdę, chwycił więc łuk,
by szaraka ubić i u piec w ognisku. Ale i tym razem zwierzę poprosiło go ludzką mową
o darowanie życia.
- Poczekaj, niedługo skorzystasz z mojej pomocy! - powiedział zając.
Wyczerpany i głodny Iwan dotarł w końcu do brzegu rzeki. usiadł nad bystrym nurtem wody
i zobaczył płynącego w nim ogromnego szczupaka. Bez namysłu chwycił go za skrzela
i wyciągnął z wody.
- Iwanie, czyżbyś chciał mnie zjeść? Wrzuć mnie lepiej z powrotem do wody. Niedługo bardziej ci się przydam niż pieczona kolacja - powiedział szczupak. I wan osłabiony głodem wypuścił szczupaka do wody. A sam bez przytomności padła na piasek.
- Wasylio, żabko, żono moja najukochańsza... - wyszeptał i omdlał a w uszach zaszumiały mu fale jeziora, które Wasylia Przemądra wyczarowała podczas weselnej uczty, kiedy razem tańczyli w największej balowej komnacie. 

Iwan ocknął się, gdy mu chłodna rzeczna fala obmyła twarz i czoło. Powlókł się przed  siebie, aż o północy dotarł do drewnianej chaty na kurzych nóżkach. Strzechę miała z gęstej, zielonej trawy, komin z wydrążonego w środku pnia dębowego, a zamiast po schodach  wchodziło się do niej po drabinie z ludzkich kości. Chata nie stała w miejscu, ale chodziła po polanie, grzebiąc pazurzastymi łapami w ziemi, jak gdyby chciała wykopać sobie coś smakowitego.
Iwan wskoczył na drabinę z kości i otworzył drzwi. W środku siedziała Baba-Jaga Szurpata
i poganiała batem patelnię, by  szybciej bliny smażyła. 
- Darujcie, babciu, śmiałość, ale idę już trzeci dzień, koń mi padł, ja sam trzy dni nic w gębie nie miałem. Poratujcie jadłem i wodą!    
Baba-Jaga Szurpata nałożyła carewiczowi talerz blinów, postawiła kawior, śmietanę
i wrzasnęła na chatę, żeby grzebać przestała, bo  się stół od tego trzęsie. carewicz podjadł
i popił, i opowiedział, jak to  idzie przez świat i swą żonę, żabkę Wasylię, chce z niewoli wydobyć.
- Ciężki masz los i niemiłe zadanie - odpowiedziała mu na to Baba-Jaga Szurpata. - Kościej-Nieśmiertelny dlatego tak się nazywa, bo jego śmierć mieszka na czubku igły, którą trzeba złamać w palcach. ale igła jest schowana w jajku, jajko ukryte w kaczce, kaczka tkwi
w zającu, zając schowany jest w ołowianej, żelazem okutej skrzyni, a skrzynia łańcuchem przykuta do czubka największego dębu w lesie. 
Carewicz Iwan nie uląkł się.
   - Gdzie ten dąb? - zapytał mężnie.
Najedzony i pełen sił Iwan poszedł we wskazaną stronę i dobył miecza, by wielkie drzewo ściąć i na ziemię zwalić. Ale oto nagle pojawił się ogromny niedźwiedź.




- Iwanie, darowałeś mi życie, teraz moja sprawa się odwdzięczyć - zaryczał.
Chwycił drzewo, z korzeniami je wyrwał i obalił na ziemię. Carewicz doskoczył do okucia skrzynie, przeciął ją na pół, a ze środka wyskoczył zając i pognał przed siebie.
- Ja go przecież nie dogonię - westchnął Iwan.
Ale już w tej chwili znajomy zając ruszył do przodu. dopadł tamtego, za kark złapał
i potrząsnął nim. Z zająca wyfrunęła kaczka i wzbiła się w powietrze. "gdzie mój kaczor?" - pomyślał Iwan. i już kaczor wzbił się w powietrze, dopadł kaczkę w locie, stuknął ją dziobem w głowę i z kaczki wypadło jajko. Ale wpadło proso do jeziora i poszło na dno.
- Szczupaku, pomóż mi! - zawołał chłopak i zaraz woda chlupnęła, a z głębiny wynurzył się szczupak z jajkiem w pysku. Podziękował mu Iwan, zbił jajko ze środka, złamał ją w palcach i Kościej skonał.


W pędy udał się Iwan do pałacu Kościeja. Ale tu czekała go niespodzianka. Brama pałacu była zamknięta na głucho. pod bramą zaś zjawiła się, nie wiedzieć skąd, Baba-Jaga Szurpata. 
- To ostatnia Kościejowa klątwa. Możesz wejść i żonę wyratować, ale najpierw w jedno z dwunastu okien pałacu musisz puścić strzałę. a za jednym z nich twoja żona, żabka,  Wasylia, siedzi. Trafisz ją, wdowcem zostaniesz. nie trafisz, oboje stąd odejdziecie - ostrzegła Baba-Jaga Szurpata. 
Iwan napiął łuk, strzałę nałożył. Przed nim dwanaście okien ciemnych i martwych. które wybrać, by Wasylisy żabki nie zranić? Wtem wydało mu się, że z okna na samym dole po lewej stroni słyszy cichutkie rechotanie. bez wahania posłał strzałę w najbardziej oddalony od niego otwór okienny. Strzał brzdękła niegroźnie o kamienne ściany.
Carewicz iwan wrócił do swojego ojca i braci, przywożąc ze sobą Wasylę, która już nigdy więcej nie przedzierzgnęła się w żabkę. została dobrą i mądrą żoną iwana. i w zgodzie przeżyli całe swoje życie. A kto wie, może jeszcze, jako staruszkowie, żyją do dziś i wspominają, jak kiedyś strzała z łuku posłana w nieznane połączył ich serca i losy. 

Bajka rosyjska:)) 

niedziela, 22 lipca 2012

Jak Oleg szedł do słońca



W małej wsi pod Woroneżem mieszkała para staruszków. Gospodarza nazywali Oleg,
a gospodynię Olga. Staruszkowie byli bardzo biedni, mieli tylko chałupinkę, nieduży chlewik, obórkę i kurkę-czarnopiórkę. Ale i z tej kurki pożytku nie było wcale, bo choć co dzień gdakała i jajka znosiła, to nie wiadomo było gdzie. Babcia Olga siedzi więc sobie na ławeczce przed domem i gdy tylko słyszała gdakanie kokoszki, podśpiewywała: 

Oj, mam ci ja kurkę,
Kurkę- czrnopiórkę.
Muszę ja ją pięknie prosić,
By mi jajka chciała znosić. 
Czyja zgadnie mądra głowa,
Gdzie też kurka jaka chowa? 

Dziadek Oleg wreszcie się zezłościł i na to śpiewanie, i na to jajek chowanie. Myślał dzień
i drugi, aż wymyślił:
- Idę, babciu, dowiedzieć się, gdzie nasza kurka jajka chowa - powiedział. 
- Dokąd pójdziesz, mnie samą zostawisz? Kto ci odpowie? - przestraszyła się babcia Olga. 
- Pójdę, spytam się słoneczka. ono z góry widzi wszystko, to i jajka naszej kury na pewno wypatrzyło - odpowiedział dziadek Oleg.
Zawiązał słomiane łapcie, koszulę sznurem przepasał, czapkę baranią na głowę nałożył. Fajkę zakurzył, babcię Olgę na pożegnanie pocałował w oba policzki  i poszedł. Szedł długo, nie marudząc. Gdy zmęczył się wreszcie, na skraju lasu zobaczył dorodną jarzębinę. Położył się wygodnie w jej cieniu.

- Dokąd to idziecie, dziadku? - spytała go jarzębina. 

Oj, mam ci ja kurkę,
Kurkę- czrnopiórkę.
Muszę ja ją pięknie prosić,
By mi jajka chciała znosić.
Słonko wszystko widzi z górki,
Pewnie zna kryjówkę kurki -

odpowiedział wierszem-zaklęciem dziadek Oleg.
Jarzębina uradowała się, słysząc, dokąd to się struszek wybiera. sama nie mogła iść do słoneczka, bo nie umiała wykopać korzeni z ziemi.
- Dziadku drogi , a spytajcie też słoneczka i w mojej sprawie. Rosnę tu już lat pięćdziesiąt, kwitnę co roku, a nigdy jeszcze nie miałam czerwonych korali - poprosiła jarzębina. 
Dziadek Oleg obiecał, że się o nią słoneczka wypyta, pożegnał się i pomaszerował dalej. Przed nim wciąż była daleka droga. zmartwił się dziadek, że zapomni, o co ma zapytać. Na jednym rogu chusteczki zawiązał więc supełek, żeby spytać o kurkę. Na drugim rogu zasupłał drugi supełek, żeby zapytać o jarzębinę. I uspokojony poszedł dalej. 

Po trzech dniach wędrówki dotarł do wielkiej rzeki. Płynęła wartko, wody swe szeroko rozlewając. Nad nią leciały stada dzikich gęsi , a na  drugi, brzegu bieliły się i zieleniły brzeziny.
- Ach, jak ja się na zachód przeprawię ku słoneczku? Żebym miał skrzydła jak owe gęsi, tobym poleciał. A tak, przyjdzie z niczym do babci wrócić - westchnął dziadek Oleg. 
Wtem patrzy, a tuż przy brzegu do niego wielki jesiotr. Tak tłusty i ogromny, że zdawało się iż to nie ryba, ale pień drzewa. Jesiotr wystawił swój ostry pysk z wody i zapytał:

- Dokąd idziesz, starcze? 


Oj, mam ci ja kurkę,
Kurkę- czrnopiórkę.
Muszę ja ją pięknie prosić,
By mi jajka chciała znosić.
Słonko wszystko widzi z górki,
Pewnie zna kryjówkę kurki -

odpowiedział wierszem-zaklęciem dziadek Oleg.
Ogromny jesiotr uradował się na te słowa. sam nie potrafię dotrzeć do słoneczka, bo rzeką nie da się dopłynąć. A i on miał sprawę , którą chciał przedstawić słońcu.
- starcze, poratuj mnie w biedzie. Sto lat żyję w tej rzece, a nie mogę się w niej zanurzyć. Inne ryby nurkują aż do dna, a ja wciąż po powierzchni pływam. Na pewno słoneczko wie, jak mi pomóc. Wstaw się za mną - prosił. 
Dziadek Oleg pomyślał uważnie.
- Ha, obiecałem już pomóc jednemu drzewu, mogę też chyba pomóc jednej rybie - powiedział. - Ale nic za darmo. Przewieziesz ty mnie na drugą stronę rzeki, jesiotrze? 
Jesiotr obruszył się: 
- Co takiego? Jestem królewską rybą, Najcenniejszym przysmakiem carów i kniaziów, a ty chcesz mnie dosiadać jak osła?
Dziadek Oleg wzruszył ramionami.
- w taki razie, królewska rybo, dalej pływaj sobie po powierzchni rzeki i zazdrość swoim krewnym, że nurkują aż do jej dna - odpowiedział i zaczął się rozglądać za jakimś pniem, by z niego łódź sobie wydłubać.
Jesiotr plusnął ogonem z złością.
- Dobrze już, wygrałeś, stacze. Przewiozę cię na drugi brzeg, ale spróbuj się dopytać w mojej sprawie, to kiedy będziesz wracać, odgryzę ci nogi - zagroził.
Ale dziadek Oleg wskoczył już okrakiem na jego grzbiet, złapał go za skrzela jak za cugle i zawołał:
- Ano płyń, królewska rybo, tam gdzie dzikie gęsi lecą, płyń ku brzezinie, ku słonecznemu zachodowi!
Jesiotr przewiózł go na drugą stronę rzeki, a dziadek Oleg zawiązał sobie na trzecim rogu chusteczki supełek, żeby o sprawie jesiotra pamiętać, kiedy przed obliczem słoneczka stanie.

Szedł dziadek dalej, mijał wsie zagrzebane wśród pól, mijał miasta, nad który mi kołysały się kopuły cerkwi. Aż pewnego dnia doszedł do krainy, którą rządził zły kniaź, każdego przechodnia i podróżnego robił on swoim niewolnikiem. Dwaj hajducy złapali dziadka na drodze i powlekli go przed oblicze kniazia.
- Ty nietutejszy. Skąd jesteś i dokąd idziesz? - spytał kniaź.

Oj, mam ci ja kurkę,
Kurkę- czrnopiórkę.
Muszę ja ją pięknie prosić,
By mi jajka chciała znosić.
Słonko wszystko widzi z górki,
Pewnie zna kryjówkę kurki.

Spytam też o korale
Na samotnej jarzębinie.
Spytam, czemu jesiotr wcale
Nie nurkuje w wód głębinie -

odpowiedział wierszem-zaklęciem dziadek Oleg.
- Co to za bzdury? - zdenerwował się kniaź. - Zabrać mi tego starca do wsi, łańcuchem  do żaren przykuć. Stary jest, ale widzę, dosyć krzepki. Żarnami może obracać! 
I tak zabrali dziadka do wsi , przykuli łańcuchami do żaren i kazali nimi obracać i ziarna na mąkę trzeć.
- Jak ja teraz do słoneczka trafię? Jak do swojej babci wrócę? - martwił się dziadek Oleg. 
Ale i zły kniaź miał swoje zmartwienie. Maił on bowiem dwie córki na wydaniu, z których prawdę mówiąc, już się zrobiły całkiem stare panny. Nikt się o ich rękę nie starał, żaden sąsiad swatów nie słał, żaden kawaler pod modrzewiowy dworzec kniazia nie podjeżdżał. Pytał kniaź o radę popa, pytał mędrców, pytał wysłańca cesarskiego, który odwiedził go kiedyś, by podatek należny dla cara pobrać. Nikt nie umiał mu odpowiedzieć, czemu córki, choć ładne i zgrabne, kawalerów nie mogą znaleźć. 
- To już chyba to jedno słońce na niebie potrafi zgadnąć tę tajemnicę - powiedziała kiedyś baba, co umiała uroki zamawiać, ale dla kniazia córek jej się nie udało. 
i wtedy przypomniał sobie kniaź o chłopie, co go hajducy na drodze ułapili i którego kazał do żaren łańcuchem przykuć . Rozkazał go natychmiast sprowadzić przed swoje oblicze.
- Powiedz no mi jeszcze raz, człowieku, dokąd zmierzasz? - spytał, gdy dziadek Oleg stanął przed nim, przyprowadzony przez hajduków. 


Spytam też o korale
Na samotnej jarzębinie.
Spytam, czemu jesiotr wcale
Nie nurkuje w wód głębinie.
Jeśli macie też pytanie,
Zapamiętam, jaśnie panie -

odpowiedział wierszem-zaklęciem dziadek.
Kniaź ucieszył się bardzo.
- spytaj, chłopie, słoneczka, czemu moje córki za mąż nie mogą wyjść. Jak się dobrze sprawisz, nagrody nie pożałuję. dziadek Oleg obiecał, że zapyta także o córki kniazia. Na ostatnim rogu chusteczki zawiązał supełek i ruszył w dalszą drogę. 

Im dłużej szedł, tym słoneczko mocniej przypiekało. "Aha, znaczy zbliżam się do celu" - pomyślał dziadek. I przyspieszył kroku. Zrobiło się tak gorąco, że zapaliły mu się na nogach słomiane papcie i musiał je szybko zrzucić. Nagle usłyszał donośny głos słoneczka:
- Dziadku, bliżej nie podchodź. Jestem sto mil od ciebie,, ale jeśli postąpisz ku mnie choć o rzut kamieniem, moje promienie spalą cię na węgiel. Stój i mów, z jaką sprawą do mnie przychodzisz. Dziadek Oleg stanął, wyjął chusteczkę, popatrzył na cztery supełki na jej czterech rogach i opowiedział: 

Oj, mam ci ja kurkę,
Kurkę- czrnopiórkę.
Muszę ja ją pięknie prosić,
By mi jajka chciała znosić.
Słonko wszystko widzi z górki,
Pewnie zna kryjówkę kurki.

Pytam też o korale
Na samotnej jarzębinie.
Powiedz, czemu jesiotr wcale
Nie nurkuje w wód głębinie?
Powiedz, czemu panien dwóch
Nie chce pojąć żaden zuch?

Słoneczko odpowiedziało:
- Posłuchaj, dziadku, uważnie! Panny mężów nie znajdą, dopóki, sprzątając w chałupie, będą wyrzucać śmieci w kierunku mojego oblicza. jak się poprawią, to i kawalerowie się pojawią. W nagrodę zażądaj konia i łopaty, przydadzą ci się bardzo. Ryba zanurkuje, jak zje człowieka. Ale powiedz jej to , dopiero gdy cię z powrotem na drugi brzeg przewiezie. Jarzębin nie rodzi czerwonych korali, bo pod jej korzeniami zakopany jest wóz pełen złotych rubli. jak wykopiesz wóz, drzewo zacznie rodzić owoce. a twoja kurka-czarnopiórka znosi jajka na dachu chlewika, gdzie kiedyś było bocianie gniazdo. I jajek tam leży mendel. Teraz już wiesz wszystko.
Dziadek Oleg podziękował pięknie słoneczku, w pas się cztery razy pokłonił i zaczął zbierać się powoli.najpierw dotarł do kniazia i powiedział mu, żeby córki przestały śmieci słoneczku w twarz wyrzucać. Ledwo się panny poprawiły, już na drugi dzień dwunastu swatów trąbiło na rogach pod modrzewiowym dworcem. W nagrodę dał kniaź dziadkowi łopatę i konia, bo o nic innego staruszek nie prosił.
Potem pojechał Oleg do rzeki. jesiotr już na niego czekał.
- No i co? dowiedziałeś, starcze?  - spytał jesiotr.
- Ano, dowiedziałem się. Ale wpierw musisz mnie i mojego konia z powrotem na drugi brzeg zabrać - odpowiedział spokojnie dziadek Oleg.
- Co takiego? Nie dość, że ciebie, to jeszcze, to jeszcze mam wozić tą chabetę? Spiłeś się, chłopie, czy co? - rozzłościł się jesiotr. 
- jak sobie chcesz. jadę szukać mostu, a t do końca życia pływaj po powierzchni - splunął dziadek.
Wielka ryba zazgrzytała zębami, ale przewiozła na drugi brzeg i konia, i dziadka. gdy  już oddalili się od brzegu na rzut kamienia, dziadek Oleg krzyknął:
- Słoneczko mówi, że zanurkujesz, gdy zjesz człowieka!
Jesiotr rzucił się wściekle w wodzie, ale już dziadka dosięgnąć zębami nie mógł.
Dojechał dziadek do jarzębiny, pozdrowił ją i opowiedział o skarbie pod korzeniami.
- Kop, kop co prędzej - poprosiło drzewo.
Dziadek wziął się do roboty i jeszcze przed wieczorem wykopał łopatą wóz pełen złotych rubli. Zaprzągł do niego konia, dziurę pod korzeniami ziemią zasypał. Jeszcze nie zdążył odjechać, a cała jarzębina pokryła się czerwonymi koralami.
Wozem pełnym pieniędzy, zaprzężonym w pięknego konia dotarł dziadek Oleg do swojej chałupki, do babci Olgi. Oboje wdrapali się na dach chlewika i znaleźli tam mendel jajek, które zniosła kura. babcia zrobiła dziadkowi pyszną jajecznicę, a potem żyli sobie bogato, bo nareszcie  mieli dość pieniędzy. A kurce-czrnopiórce dla towarzystwa kupili koguta. 

Bajka rosyjska:))