Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

wtorek, 21 stycznia 2014

Latający kufer



Był sobie pewnego razu kupiec tak bogaty, że mógł całą ulicę i jeszcze jedną małą uliczkę wybrukować srebrzystymi pieniędzmi. Ale nie czynił tego, gdyż z pieniędzy swych robił inny użytek; wydawał szylinga a dostawał  z powrotem talara. Taki to był sprytny kupiec. W końcu jednak umarł.
Pieniądze dostały się jego synowi. Ten żył sobie ogromnie wesoło, co noc chodził na maskaradę. Robił latawce z banknotów, a złotymi monetami puszczał kaczki po wodzie; w ten sposób pieniądze mogły się łatwo wyczerpać i tak się też stało. Wreszcie zostały mu już tylko cztery szylingi, para pantofli i stary szlafrok. Przyjaciele przestali się nim zajmować, bo nie mogli przecież spacerować z nim po ulicy, ale jeden z nich, który miał dobre serce, przysłał mu stary kufer i powiedział:
- Pakuj manatki!
Było to bardzo pięknie powiedziane, ale on nie miał co pakować do kufra, więc wszedł sam do wnętrza. 
A kufer nie był zwyczajny! Wystarczyło nacisnąć zamek, a natychmiast wylatywał w powietrze. Syn kupca nacisnął zamek i hops!  Wyleciał przez komin wysoko nad chmury i coraz wyżej, i wyżej. Dno kufra trzeszczało, a on bał się nie na żarty, by kufer nie rozleciał się na kawałki, bo wówczas fiknąłby porządnego kozła. Nie daj Boże! W ten sposób przeleciał do kraju Turków. Kufer schował w lesie pod suchymi liśćmi i udał się do miasta. Mógł to doskonale zrobić, bo w Turcji wszyscy chodzą jak w pantoflach i w szlafroku! Po drodze spotkał niańkę z dzieckiem.
- Słuchaj, ty turecka niańko - powiedział. - Co to za wielki zamek z wysokimi oknami wznosi się tam za miastem?
- Mieszka w nim córka króla - odpowiedziała. - przepowiedziano jej, że będzie bardzo nieszczęśliwa przez ukochanego i dlatego nikt nie ma do niej dostępu inaczej jak w obecności króla i królowej. 
- Dziękuję! - powiedział syn kupca; potem wrócił do lasu, wlazł do kufra, poleciał na dach i wszedł przez okno do księżniczki.  
Leżał na kanapie i spała. Była tak śliczna, że syn kupca musiał ją pocałować. Obudziła się i przestraszyła wielce, ale on powiedział, że jest bogiem tureckim, że przyleciał przez komin i to się jej spodobało.
Potem usiedli obok siebie i on zaczął opowiadać historię o jej oczach: że są jak piękne, ciemne jezioro, po którym myśli pływają niby rusałki. I opowiadał o jej czole: że jest jak śnieżny szczyt w najpiękniejszym krajobrazie. I opowiadał o bocianie, który przynosi małe, śliczne dzieci. 
To były śliczne historyjki! Potem poprosił księżniczkę o rękę, a ona od razu się zgodziła. 
- Musisz przyjść tu w sobotę! - powiedziała. - Wtedy król i królowa są u mnie na herbacie! Jakże będą dumni, że zdobyłam boga Turków; ale pamiętaj, żebyś im opowiedział jakąś bardzo ładną bajkę, bo moi rodzice bardzo lubią bajki: dla mamusi musi być moralna, dystyngowana, a dla ojca wesoła, żeby się można było uśmiać!
- Dobrze - powiedział. - Jako narzeczeńskie prezenty będę przynosił jedynie opowieści.
I pożegnali się. A księżniczka dała mu szable pokrytą złotymi monetami, które mu się ogromnie przydały.
Poleciał do miasta, kupił sobie nowy szlafrok. 
Potem siedział w lesie i układał bajkę, która musiała być gotowa na sobotę, a to przecież nie jest taki łatwe.
Kiedy skończył, nadeszła sobota.
Król, królowa i cały dwór czekali z herbatą u księżniczki. Przyjęto go bardzo łaskawie.
- Czy zechce pan opowiedzieć bajkę - spytała królowa - głęboka i pouczającą?
- Ale taką, z której można się uśmiać - powiedział król.
- Tak oczywiście! - odrzekł i zaczął opowiadać. - Słuchajcie.
"Była raz wiązka zapałek, ogromnie dumnych ze swego pochodzenia. Ich drzewo genealogiczne, to znaczy duża jodła, z której gałęzi zostały zrobione, był starym drzewem w lesie. Zapałki leżały teraz między krzesiwem a starym garnkiem żelaznym i opowiadały im o swojej młodości.
- kiedy mieszkałyśmy na zielonych gałęziach - mówiły - było nam jak w raju; co rano i wieczór piłyśmy herbatę z brylantów, to była rosa, a cały dzień spędzałyśmy w blasku słońca, jeśli słońce świeciło i słuchałyśmy bajek, które wszystkie ptaszki musiały nam opowiadać. Wiedziałyśmy też o tym, że jesteśmy bogate, bo drzewa liściaste były odziane tylko latem, naszą zaś rodzinę było stać na zielony strój zarówno w ziemie, jak i w lecie.Ale przyszedł drwal i nastąpiła rewolucja. Rodzina nasza rozprysła się, pień główny otrzymał posadę jako główny maszt na pięknym okręcie, który miał opłynąć cały świat, gałęzie rozesłano na różne strony, a naszym zadaniem jest niecić światło dla mas, dlatego my, tak wytworne siostry, przebywamy w tej kuchni.
- Mój los jest odmienny! - powiedział żelazny garnek stojący obok zapałek. - Od chwili kiedy przyszedłem na świat, gotowano we mnie i szorowano mnie. Ja dbam o rzeczy solidne i właściwe, zajmuję pierwsze miejsce w domu. Jedyną moją przyjemnością jest, po obiedzie, kiedy mnie już wyczyszczą i wyszorują, stać na swoim miejscu i prowadzić rozsądne rozmowy z moimi towarzyszami. Ale z wyjątkiem wiadra do wody, które od czasu do czasu schodzi na podwórze, żyjemy tu wszyscy w czterech ścianach. Jedynym zwiastunem nowinek jest dla nas koszyk; kiedy wraca z targu, opowiada dużo, ale tak niespokojnie mówi o rządzie i o ludzie. Nawet niedawno jeden stary garnek, słuchając tego, rozpadł się na kawałki - to jest, zapewniam was, prawdziwy liberał. 
- Za dużo gadasz! - powiedziało krzesiwo i stal uderzyła o krzemień, tak że posypały się iskry. - Chcecie, urządzimy sobie wesoły wieczór.
- Doskonale! Pomówmy o tym, kto z nas jest najwytworniejszy! - powiedziały zapałki.
- Nie, nie lubię mówić o sobie! zaprotestowała glinian misa. - Prowadźmy lepiej rozmowę towarzyską. Ja zacznę, powiem wam coś, co każdy z was przeżył, więc się łatwo wczujecie, a to jest bardzo przyjemne. Więc: Nad brzegiem Bałtyku, wśród buków duńskich...
- Jak ładnie się zaczyna! - powiedziały talerze. - To będzie opowiadanie, które się nam z pewnością spodoba!
- Tak, tam spędziłam młodość w pewnej spokojnej rodzinie. Czyszczono tam meble, szorowano podłogi, a co dwa tygodnie zawieszano czyste firanki.
- Jakże pani zajmująco opowiada! - pochwaliła miotła. - Od razu można poznać, że to opowiada kobieta, taka jakaś czystość wieje z tego!
- Tak, to się czuje! - powiedziało wiadro i podskoczyło z radości, hop!; aż woda plusnąwszy na podłogę odpowiedziała: plask!
A gliniana misa ciągnęła dalej swe opowiadanie, którego koniec był równie piękny, jak początek.
Talerze zabrzęczały z radości, a miotła wyciągnęła ze śmietnika zielona pietruszkę i uwieńczyła misę, bo wiedziała, że tym rozzłości innych.
<<Uwieńczę ją dzisiaj! - pomyślała. - Za to on uwieńczy mnie jutro!>>
- A teraz zatańczę - powiedział pogrzebacz.
I zatańczył. Jak wysoko podnosił w górę swą jedną nogę! Aż stary pokrowiec na krześle stojącym w kącie pękł ze śmiechu na ten widok!
- Czy teraz i mnie uwieńczycie? - spytał pogrzebacz. 
I został uwieńczony.
<<Ach, cóż to za motłoch!>> - pomyślały zapałki. 
Teraz przyszła kolej na samowar: miał śpiewać, ale powiedział, że jest przeziębiony i że śpiewa tylko wtedy, gdy jest zagrzany. Oczywiście były to tylko wielkopańskie fochy, nie wypadało mu śpiewać gdzie indziej niż u państwa na stole.
W oknie tkwiło stare, gęsie pióro, którym pisała służąca; nie było w nim nic szczególnego, chyba to, że moczono je zbyt głęboko w atramencie, ale ono było i z tego dumne. 
- Jeżeli samowar nie chce śpiewać, to dajcie mu spokój! Za oknem wisi klatka ze słowikiem, który też umie śpiewać; nie uczył się co prawda, ale na dzisiejszy wieczór musi nam wystarczyć!
- Uważa za ogromnie niestosowne - powiedział czajnik, śpiewak kuchenny i brat przyrodni samowara - abyśmy słuchali śpiewu takiego obcego ptaka. Czy to gustowne? Niechże koszyk rozstrzygnie tę kwestię!
- Złości mnie to! - zawołał koszyk. - Złości niesłychanie, że w tak niemądry sposób spędzamy wieczór! Czy nie lepiej byłoby zająć się porządkiem w domu? Każdy wróciłby na swoje miejsce, a jak kierowałbym zabawą. To byłoby coś zupełnie innego. 
- Dobrze, zgadzamy się! - zawołali wszyscy.
W tej chwili drzwi się otworzyły; weszła służąca i wszyscy znieruchomieli na swoich miejscach. Nikt nie powiedział ani słówka. Ale po cichu każdy myślał o sobie, nawet najlichszy garnek myślał o tym, jak bardzo jest wytworny i że wszystko potrafiłby zrobić! <<Tak, gdybym tylko zechciał - myślał każdy - mógłbym urządzić naprawdę wesoły wieczór!>>
Służąca wzięła zapałki i rozpaliła nimi ogień. Oh! Jakże trzaskały i buchały płomienie.
<<Teraz każdy widzi, że jesteśmy najważniejsze! - pomyślały zapałki. - Jakiż to blask z nas bije! Jakie światło!>>
I Tak myśląc spłonęły."
- Tak, to była piękna bajka - powiedziała królowa. - Po prostu byłam w kuchni z tymi zapałkami. Bierz naszą córkę za żonę!
- Tak - powiedział król. - W poniedziałek oddamy ci córkę. 
Mówili do niego "ty", bo należał do rodziny.
W ten sposób wyznaczono dzień wesela, a w wigilię tego dnia całe miasto było rzęsiście iluminowane. Miedzy lud rzucono ciasta i obwarzanki; ulicznicy wspinali się na palce, gwizdali i wołali: "Hura!" Było to niebywale wspaniałe.
"I ja chyba muszę pokazać coś ładnego!" - pomyślał syn kupca. 
Nakupił dużo rakiet, fajerwerków i sztucznych ogni, włożył to wszystko do swego kufra i wyleciał z tym w piwietrze.
Trrach! Trzaskało i huczało!
Turcy podskakiwali na ten widok z radości tak, że aż pantofle fruwały im około uszu. Czegoś podobnego jeszcze nie widzieli. Toteż uwierzyli, że to bóg turecki żeni się z księżniczką. 
Gdy syn kupca wrócił ze swym kufrem do lasu, pomyślał: "Pójdę trochę do miasta posłuchać, co ludzie o tym wszystkim mówią!" Był bardzo ciekawy.
Co też ci ludzie wygadywali! Każdy, kogo spytał, opowiadał na swój sposób, ale wszyscy mówili, że to było piękne. 
- Widziałem na własne oczy tureckiego boga! - powiedział jeden. - Miał oczy jak błyszczące gwiazdy, a brodę jak wzburzone fale! 
- Leciał w płaszczu ognistym! - mówił drugi. - A z fałd płaszcza wyglądały cudne aniołki! 
Tak pięknych historyjek nasłuchał się syn kupca. A nazajutrz miało być wesele. 
Potem zaś poszedł do lasu, by wsiąść do swego kufra. Ale co to? Gdzie kufer? Kufer się spalił. Została nim iskierka fajerwerków, podpaliła ona kufer i oto był już tylko popiołem. Syn kupca nie mógł już latać, nie mógł pofrunąć do narzeczonej.
A narzeczona stała cały dzień na dachu i czekała. Czeka tam pewnie jeszcze dziś, a syn kupca wędruje po świecie i opowiada bajki, ale te bajki nie są już takie wesołe jak tamta, którą opowiadał, o zapałkach. 

Hans Christian Andersen:))       

środa, 8 stycznia 2014

Igła do cerowania

 
Znałem raz igłę do cerowania, która była bardzo dumna, iż wyobraziła sobie, że jest igłą do szycia.
- Uważajcie na to, co trzymacie! - mówiła do palców, które ją ujęły. - Nie upuśćcie mnie! Gdy upadnę na podłogę, nie będzie mnie można odnaleźć, tak jestem cienka.
- Jakoś to będzie - powiedziały palce i chwyciły ją w pół.
- Widzicie, jaki mam orszak - powiedziała igła do cerowania i pociągnęła za sobą nitkę, le bez supełka.
Palce zaszywały igła do cerowania pantofle kucharki; pantofle te miały odprutą przyszwę trzeba ją było zeszyć.
- Cóż to za pospolita robota! - zawołała igła do cerowania. - Nigdy nie przejdę przez tę przyszwę! Łamię się, łamię się! - I złamała się naprawdę.
- Czyż nie mówiłam? - powiedziała igła do cerowania. - Jestem za delikatna.
"Jest do niczego" - pomyślały palce, ale musiały ją mocno trzymać; kucharka pokropiła igłę lakiem  i wpięła ją w swój szal.
- Tak, teraz jestem broszką - powiedziała igła do cerowania. - Wiedziałam, że dostąpię zaszczytu; kiedy się jest czymś, dochodzi się do czegoś.
I przy tym zaśmiała się, ale tylko w głębi ducha, bo po igle do cerowania nigdy nie widać, że się śmieje; siedziała więc dumna jak w karecie i oglądała się na wszystkie strony.
- Mogę mieć zaszczyt spytać, czy pani jest zrobiona ze złota? - spytała sąsiadki-szpilki. - Wygląda pani czarująco i ma pani swoją własną głowę, wprawdzie bardzo małą. Musi się pani starać, aby ta główka urosła, bo nie każdego można skleić lakiem. - Igła do cerowania wyprostowała się przy tym tak dumnie, że wypadła z szala i dostała się do zlewu, właśnie gdy kucharka wylewała pomyje.
"Jechać, to jechać - pomyślała - obym tylko nie zginęła!"
A jednak zginęła.
- Jestem za delikatna dla tego świata - powiedziała leżąc w rynsztoku. - Ale mam poczucie swojej wartości, a to zawsze sprawia pewne zadowolenie. - Toteż igła do cerowania trzymała się prosto i nie traciła dobrego humoru.
A tym czasem nad nią pływały wszystkie możliwe odpadki: patyczki, źdźbła słomy i skrawki gazet.
- Popatrzcie, jak pływają - mówiła igła do cerowania. - Nie wiedzą wcale, kto tu tkwi pod nimi. To ja! Siedzę tu! Patrzcie, oto przepływa tu patyczek, który myśli jedynie o patyczku, to znaczy, o sobie samym; tam znowu źdźbło słomy, jak się to kręci, jak wiruje! Nie myśl tak wiele o sobie, możesz się zahaczyć o kamienie. A oto przepływa gazeta. Zapomniano już dawno o tym, co w niej jest napisane, a ona wierzy wciąż w swoją wielkość. Tymczasem ja siedzę cierpliwie i cicho. Wiem, czym jestem i taka już zostanę! 
Pewnego dnia zabłyszczało coś cudnie obok niej, igła do cerowania myślała, że to brylant, ale był to tylko kawałek stłuczonej butelki; ponieważ jednak błyszczał, igła do cerowania przemówiła do niego i przedstawiła mu się jako broszka.
- Pani jest zapewne brylantem?
- Tak, czymś w tym rodzaju. - I jedno myślało o drugim, że jest czymś drogocennym; rozmawiały o tym, jak świat jest próżny.
- Mieszkałam w pudełku jednej panienki - powiedziała igła do cerowania. - Ta panienka była kucharką, u każdej ręki miała pięć palców, czegoś podobnie zarozumiałego jak te palce nie widziałam nigdy w życiu; przecież istniały tylko po to, aby mnie trzymać, aby mnie wyjmować z pudełka i kłaść do pudełka.
- Czy miały połysk? - spytała stłuczona butelka.
- Połysk? - powiedziała igła. - Nie, były tylko próżne. Było ich pięciu braci, wszystko rodowite palce. Żyły dumnie obok siebie, chociaż były różnej długości. Pierwszy z nich był krótki i gruby, wychodził z szeregu i miał tylko jedno zgięcie w plecach, mógł się tylko raz ukłuć, ale opowiadał, że człowiek, gdy go straci, nie nadaje się już więcej do służby wojskowej. Drugi palec, wskazujący, zanurzał się w słodkie i kwaśne,, wskazywał na księżyc i na słońce, i przyciskał pióro podczas pisania. Środkowy palce patrzył poprzez głowy innych, serdeczny spacerował opasany złotym pierścieniem, a mały palec nie robił nic i był z tego dumny. Próżność, nic - tylko próżność panowała w śród nich i dlatego przeniosłam się do zlewu.
- A teraz siedzimy tutaj i błyszczymy - powiedziała stłuczona butelka.
W tej samej chwili do rynsztoka napłynęło więcej wody, uciekała wszystkimi otworami i porwała za sobą szkło butelki.
- Patrzcie, przeniesiono ją na wyższe stanowisko - powiedziała igła do cerowania.- Ja zostałam na miejscu, jestem zbyt delikatna, ale jestem z tego dumna, a moja duma jest godna szacunku. - Siedziała wyprostowana i rozmyślała.
"Jestem taka delikatna, być może, że urodził mnie słoneczny promień, wydaj mi się, że słońc szuka mnie zawsze pod wodą. Ach, jestem tak delikatna, że własna matka nie może mnie znaleźć; gdybym miała moje dawne czoło, które się złamało, myślę, że mogłabym płakać. Ale nie uczynię tego, płakać o niewykwintnie!" Pewnego razu dwóch uliczników położyło się nad rynsztokiem; szukali strych gwoździ, monet i innych rupieci. Nie było to czyste zajęcie, ale im to sprawiło przyjemność.
- Ach! - zawołał jeden z nich; ukłuł się igłą do cerowania. - Cóż to za łajdak.
- Nie jestem łajdakiem, jestem piękną - powiedziała igła, ale nikt tego nie słyszał; lak skruszył się i igła sczerniała, ale czarny strój wyszczupla i dlatego igle wydało się, że jest jeszcze bardzie wytworna niż przedtem.
- Patrz, płynie skorupka jajka! - zwołali chłopcy i wsadzili igłę w skorupkę.
- Białe ściany, a wśród nich ja, czarna - powiedziała igła do cerowania - to dobrze wygląda. Tak można mnie zauważyć, obym tylko nie dostała morskiej choroby i nie wymiotowała. - Żołądek ze stali i poczucie własnej wyższości nad człowiekiem to dobre to dobre środki przeciwko morskiej chorobie. Moje złe samopoczucie już przeszło. Im się jest wykwintniejszym, tym można więcej przetrzymać!
- Trach! - zawołała skorupka, przejechał ją naładowany wóz.
- Ach, jak mnie ciśnie - powiedziała igła do cerowania. - Teraz dostaję jednak morskiej choroby. Łamię się! Łamię! - Ale nie złamała się, chociaż przejechał po niej naładowany wóz, leżała dalej jak długa w rynsztoku i tam już może sobie zostać na zawsze.

Hans Christian Andersen:))


niedziela, 5 stycznia 2014

Słowik


W Chinach, wiesz pewnie o tym, cesarz jest Chińczykiem, i wszyscy, którzy go otaczają, są również Chińczykami. Historia, którą opowiem, działa się przed wielu laty, ale właśnie dlatego trzeba jej wysłuchać, zanim o niej nie zapomną.
Zamek cesarza był najwspanialszym zamkiem na świecie, cały zrobiony z delikatnej porcelany, niezwykle kunsztownej, a tak kruchej, że lada dotknięcie mogło ją stłuc, więc trzeba było bardzo uważać. W ogrodzie rosły najdziwniejsze kwiaty, a do najwspanialszych przywiązano srebrne dzwonki, które dzwoniły po to , aby nikt nie minął ich nie zwróciwszy na nie uwagi. 
Niezwykły był ogród cesarza, a tak wielki, że nawet ogrodnik nie wiedział, gdzie się kończy. Za ogrodem zaczynał się piękny las z wysokimi drzewami i głębokim jeziorem. Las schodził aż do morza, które było niebieski i głęboki, wielkie okręty mogły wyjeżdżać aż pod zwisające gałęzie, a na jednej z takich gałęzi mieszkał słowik. Słowik śpiewał tak pięknie, że nawet biedny rybak, który ma przecież tyle innej roboty, kładł się i słuchał jego śpiewu, gdy nocą wychodził wyciągać sieci.
- Jakie to piękne - mówił, lecz potem musiał już pilnować swojej roboty i zapomniał o ptaszku, ale następnej nocy, kiedy ptak znowu śpiewał, a on wychodził, powtarzał to samo:
- Jakie to piękne!
Ze wszystkich stron świata zjeżdżali do cesarskiego miasta podróżni, podziwiali zamek i ogród, ale gdy słyszeli śpiew słowika, mówili:
- To jest jednak najpiękniejsze!
Podróżni po powrocie do domu opowiadali, co widzieli, uczeni pisali wiele książek o mieście, zamku i ogrodzie; nie zapominali też o słowiku i chwalili go najbardziej, a ci, którzy byli poetami, pisali piękne wiersze, wszyscy o słowiku i śpiewającym nad głęboki jeziorem w lesie.
Książki te czytano na całym świecie i niektóre z nich dostały się do rąk cesarza. Cesarz siedział na złotym tronie, czytał i czytał, a co pewien czas kiwał z zadowoleniem głową, kiedy opisywano miasto, zamek i ogród. "Ale słowik jest najpiękniejszy!" - pisano w książkach.
- Co to jest? - powiedział cesarz. - Nie znam wcale tego słowika! Czy na prawdę taki ptak żyje w moim cesarstwie i w dodatku w moim ogrodzie? Nigdy o nim nie słyszałem! Dowiaduję się o tym dopiero z książek!
I natychmiast zawołał swego marszałka; był on tak wytworny, że kiedy ludzie niżsi od niego pochodzeniem ośmielili się zadać mu jakieś pytanie, odpowiadał im tylko "p", a to przecież nic nie znaczy.
- Podobno jest tu jakiś niezwykły ptak, który nazywa się słowik - powiedział cesarz - podobno jest on najpiękniejszą rzeczą z całego mojego wielkiego państwa! Dlaczego nikt mi nigdy nic o nim nie mówił?
- Nigdy o nim nie słyszałem! - odpowiedział marszałek. - Nie przedstawiono go nigdy u dworu!
- Chcę, żeby przyszedł dziś wieczorem i śpiewał przede mną! - powiedział cesarz. - Cały świat wie, co posiadam, tylko ja o tym nie wiem!
- Nigdy o nim nie słyszałem! - powiedział marszałek. - Będę go szukał i znajdę!
Ale gdzie go znaleźć? Marszałek biegał w górę i na dół po wszystkich schodach, przebiegł wszystkie sale i krużganki, ale nikt z napotkanych nie słyszał o słowiku. Wrócił więc marszałek do cesarza i powiedział, że to z pewnością bajka wymyślona  przez tych, co napisali książki.
- Wasza cesarska mość niechaj nie wierzy temu, co piszą, bo to wszystko wymysły, po prostu czarna magia!
- Ależ kiedy książkę, w której to przeczytałem, przysłał mi potężny cesarz Japonii, więc musi zawierać prawdę. Chcę słyszeć słowika. Ma być dzisiaj wieczorem! Obdarzam go moją łaska! Musi przyjść! A jeżeli się nie zjawi, to każę moim ludziom deptać po brzuchach wszystkich dworzan, i to zaraz po kolacji. 
- Tsing pe! - powiedział marszałek i zaczął znowu biegać po schodach na dół i w górę, i po wszystkich salach i krużgankach, a połowa dworzan biegała z nim, bo bynajmniej nie mieli ochoty, by im deptano po brzuchach. Więc wszędzie pytano o słowika, którego znał cały świat, ale nikt nie znał na dworze.
Wreszcie w kuchni znaleźli małą, biedną dziewczynkę, która powiedziała:
- Słowik? Znam go doskonale! Jakże cudnie śpiewa! Co wieczór wolno mi zabrać z kuchni trochę resztek, zanoszę je mojej biednej, chorej matce, która mieszka na wybrzeżu; a kiedy w nocy wracam od niej zmęczona, to kładę się w lesie i słucham słowika! Łzy płyną mi wówczas z oczu i jest mi tak, jak gdyby mnie matka całowała!
- Mała pomywaczko! - powiedział marszałek. - Dam ci stałą posadę w kuchni i pozwolę ci przyglądać się, jak cesarz jada, jeśli zaprowadzisz nas do słowika, bo dziś wieczorem muszę go tu mieć.
Poszli więc wszyscy do lasu, gdzie zwykle śpiewał słowik, pół dworu im towarzyszyło; po drodze usłyszeli ryk krowy.
- O! - powiedział jeden z dworzan. - Macie słowika! Ileż to siły w tak małym stworzeniu! Słyszałem go z całą pewnością już dawniej!
- Nie, to krowy ryczą! - powiedziała mała pomywaczka. - Jeszcześmy daleko od słowika. 
Teraz żaby zarechotały w bagnisku. 
- Cudownie! - powiedział chiński kapelan. - nareszcie go słyszę. Śpiew jego brzmi, jak dzwonki kościelne.
- Nie, to żaby! - powiedziała mała pomywaczka. - Ale myślę, że już wkrótce go usłyszymy.
W tej chwili słowik zaczął kląskać.
- To on! - powiedziała dziewczynka. - Słuchajcie! Słuchajcie! Oto tam siedzi! - i pokazała małego, szarego ptaszka wysoko na gałęzi.
- Czyż to możliwe? - zawołał marszałek. - Inaczej go sobie wyobrażałem! jakże pospolicie wygląda. A może stracił swoją barwę na widok tylu wytwornych osób?
- Słowiczku! - zawołała głośno dziewczynka. - Nasz łaskawy cesarz życzy sobie, abyś przed nim zaśpiewał!
- Z największą przyjemnością - powiedział słowik i zaśpiewał tak pięknie, że aż rozkoszą było go słuchać.
- Zupełnie szklane dzwoneczki. - powiedział marszałek. -  A jak pracuje to małe gardziołko! To dziwne, żeśmy go nigdy przedtem nie słyszeli. Będzie miał wielki sukces na dworze.
- Czy mam raz jeszcze zaśpiewać dla cesarza? - spytał słowik, który myślał, że cesarz jest obecny.
- Mój cudny słowiku! - powiedział marszałek. - Mam zaszczyt zaprosić cię na uroczystość dworską, na której oczarujesz jego cesarską mość twym zachwycającym śpiewam.
- Brzmi on co prawda najlepiej na tle drzew! - powiedział słowik, ale poleciał chętnie za nimi, gdyż słyszał, że taka jest wola cesarza.
Na  zamku wszystko porządnie wyczyszczono. Porcelanowe ściany i podłogi lśniły w blasku tysiąca złotych lamp; najpiękniejsze kwiaty, które umiały dzwonić, ustawiono w krużgankach i było tyle bieganiny i przeciągów, a dzwonki tak głośno dzwoniły, że tłumiło to wszystkie rozmowy.
Pośrodku dużej sali, w której znajdował się cesarz, umieszczono złoty pręt i na nim miał siedzieć słowik . Cały dwór zebrał się w sali, a małej pomywaczce pozwolono stać pod drzwiami, bo teraz była już kucharką nadworną. Wszyscy w swych najwspanialszych szatach przyglądali się małemu, szaremu ptaszkowi, a cesarz skinął mu głową.
 

 
A słowik śpiewał tak pięknie, że cesarzowi łzy stanęły w oczach, a gdy spłynęły mu po policzkach, słowik zaśpiewał jeszcze ładniej, tak że śpiew ten sięgał prosto do serca; cesarz cieszył się bardzo i powiedział, że zwiesi słowikowi swój złoty pantofel na szyi. Ale słowik podziękował i powiedział, że otrzymał już dostateczne wynagrodzenie.
- Widziałem łzy w oczach cesarza, a to jest dla mnie najdroższy skarb! Łzy cesarski mają cudowną moc! Wszyscy zgromadzeni świadkami, że jestem dość nagrodzony! - i śpiewał dalej swym słodkim, cudownym głosem.
- Tak uroczej kokieterii nie spotkałyśmy jeszcze nigdy w życiu! - mówiły damy dworu, a potem nabierały wody w usta i gdy ktoś do nich mówił, bulgotały i myślały, że są też słowikami. Cóż tu mówić! Nawet lokaje i pokojówki byli zadowoleni, a to dużo mówi, o bo im najtrudniej dogodzić. Tak, słowik naprawdę zdobył powodzenie.
Miał zostać na zawsze przy dworze, mieszkać we własnej klatce i dwa razy dziennie, a raz w mocy mógł wyfruwać na dwór. Dwunastu służących trzymało wówczas końce jedwabnych wstążek przywiązanych do jego nóżek. Taki spacer nie należał do przyjemnych.
Całe miast mówiło o niezwykłym ptaszku. Kiedy dwoje ludzi się spotkało, jeden mówił "sło", s drugi "wik", potem obaj wzdychali; rozumieli się doskonale. Jedenaścioro dzieci właścicieli sklepików z delikatesami nazwano jego i mieniem, ale żadne z nich nie umiało wydać ani jednej czystej nuty.
Pewnego dnia do cesarza nadeszła duża paczka, na której było napisane: "Słowik".
- Pewnie nowe dzieło o naszym sławnym ptaku! - powiedział cesarz; lecz nie była to książka, tyko małe arcydzieło zamknięte w pudełku. Był to sztuczny słowik, podobny do prawdziwego, ale cały wysadzany brylantami, rubinami i szafirami; wystarczyło go nakręcić, a śpiewał te same piosenki, co żywy ptak i przy tym porusza ogonem w dół i w górę, i błyszczał cały, i świecił srebrem i złotem. Na szyi miał wstążeczkę, a na niej napis: "Słowik cesarza Japonii jest niczym wobec słowika cesarz Chin".
- Ach, jakie to piękne! - zachwycili się wszyscy, a ten który przyniósł ptaka, otrzymał natychmiast tytuł " cesarskiego naddostawcy słowików".
- Niech zaśpiewają razem! Cóż to będzie cudowny duet! Więc ptaki śpiewały razem. Ale nie szło im dobrze, bo prawdziwy słowik śpiewał na swój sposób, a sztuczny ptak gwizdał podług mechanizmu.
- To nie jego wina! - powiedział muzyk nadworny. - Ma świetne wyczucie taktu i śpiewa według mojej szkoły.
Więc sztuczny ptak miał sam śpiewać. Śpiew jego podobał się równie jak śpiew prawdziwego słowika, a on sam o ileż piękniej wyglądał!
Błyszczał przecież cały jak bransolety i brosze.
Trzydzieści trzy razy pośpiewał ten sam kawałek i wcale się nie zmęczył; chciano go jeszcze słuchać, ale cesarz powiedział, że i żywy słowik musi coś zaśpiewać... Lecz gdzież on się podział? Nikt nie zwrócił uwagi, że słowik wyfrunął przez otwarte okno i poleciał do swych zielonych drzew.
- Cóż to znaczy? - zapytał cesarz, a wszyscy dworzanie ganili ptaka i mówili, że to niewdzięczne stworzenie. - Mamy przecież doskonalszego słowika! - mówili. I kazali mu znowu śpiewać; po raz trzydziesty czwarty usłyszeli tą samą melodię, ale nie umieli jej jeszcze powtórzyć, bo była bardzo trudna i muzyk nadworny chwalił sztucznego ptaka mówiąc, że przewyższa żywego słowika nie tylko swym ubiorem i brylantami, ale także i swą wewnętrzną wartością.
- Bo wiecie, moi państwo, a przede wszystkim, cesarzu, u prawdziwego słowika nigdy nie można przewidzieć, co nastąpi, a u sztucznego wszystko jest z góry określone! Tak będzie, a nie inaczej! Można wszystko objaśnić, można otworzyć mechanizm i pokazać, jak uczenie położone są walce, jak się kręcą sprężyny i jak co idzie za czym. 

 
- Jesteśmy tego samego zdania! - zawołali wszyscy, a muzyk otrzymał pozwolenie na to, aby najbliższej niedzieli pokazać sztucznego ptaka ludowi.
- Niech także usłyszą, jak śpiewa! - rozkazał cesarz.
Słyszeli więc i byli tak uszczęśliwieni, jak gdyby się upili na wesoło herbatą, co jest prawdziwie chińskim obyczajem. Mówili wszyscy: "Och!" i podnosili w górę wskazujące palce, i kiwali głowami. Ale ubodzy rybacy, którzy słyszeli prawdziwego słowika, mówili:
- To brzmi pięknie i nawet podobnie do tamtego, ale czegoś tu brak, nie wiemy tylko czego.
Prawdziwego słowika wygnano z kraju i z państwa.
Sztucznego ptaka posadzono na jedwabnej poduszce tuż przy łóżku cesarza, naokoło niego ułożono wszystkie dary, które otrzymał, złoto i drogie kamienie, dano mu tytuł "śpiewaka cesarskiej sypialni" i otrzymał rangę pierwszego stopnia z lewej strony; lewą stronę bowiem cesarz uważał za godniejszą, bo z lewej strony jest serce, nawet u cesarza. Muzyk nadworny napisał dwadzieścia pięć tomów o sztucznym słowiku; dzieło było tak uczone i tak długie, i tak pełne najtrudniejszych chińskich wyrazów, że wszyscy ludzie mówili, iż przeczytali je i zrozumieli; inaczej nazwano by ich głupcami i deptano by im po brzuchach.
Tak przeszedł cały rok. Cesarz, dwór i wszyscy Chińczycy umieli na pamięć każdy najmniejszy dźwięk śpiewu sztucznego ptaka, le to im się właśnie podobało, bo mogli śpiewać z nim razem. Nawet ulicznicy nucili: "Zizizi! Gluk, gluk, gluk!" A cesarz śpiewał tak samo. To było cudowne.
Pewnego wieczora jednak, gdy sztuczny słowik śpiewał w najlepsze, a cesarz leżał w łóżku i słuchał, coś w ptaku chrupnęło "trach", coś pękło "szurrr!" i  wszystkie kółka posypały się wkoło, a muzyka umilkła.
Cesarz wyskoczył natychmiast z łóżka i kazał zawołać nadwornego lekarza, ale cóż ten mógł pomóc! Wtedy zawołano zegarmistrza, który po długiej gadaninie i długim oglądaniu doprowadził ptaka nieco do porządku, ale powiedział, że trzeba go bardzo oszczędzać, bo tryby są wytarte, a nowych takich, żeby dobrze grał nie można sfabrykować. Było to wielki zmartwienie. Raz tylko do roku nakręcano ptaka i to już było za dużo. Ale wówczas muzyk nadworny wygłosił małą mowę, pełną dużych słów, o tym, że wszystko jest jak dawniej.
Upłynęło pięć lat i cały kraj zasmucił się wielce, bo cesarz, którego Chińczycy w gruncie rzeczy bardzo kochali, zachorował i powiadomiono, że ma umrzeć; obrano już nowego cesarza, lud stał na ulicy przed pałacem i pytał marszałka, jak się stary cesarz miewa.
"P!" - odpowiadał marszałek i potrząsał głową.
 

 
Zimny i blady leżał cesarz w swym wspaniałym łożu, cały dwór myślał, że już nie żyje; i jeden dworzanin za drugim wymykali się , by pozdrowić swego cesarza; kamerdynerzy wyszli z sali na ploteczki, a pokojówki pałacowe zapraszały znajomych na kawę. Wszystkie komnaty i krużganki wyłożono suknem, ażeby stłumić odgłosy kroków i wszędzie było cicho, cicho. Ale cesarz jeszcze żył, leżał sztywny i blady w swoim wspaniałym łożu, przysłoniętym kotarami z aksamitu, z ciężkimi, złotymi chwytami wysoko pod sufitem. Jedno okno było otwarte i księżyc zaglądał przez nie, oświetlając cesarza i sztucznego ptaka. Biedny cesarz ledwie oddychał, miał uczucie, jak gdyby coś usiadło mu na piersiach, otworzył oczy i zobaczył, że to była śmierć; siedziała na jego piersiach, włożyła sobie na głowę jego złotą koronę, w jedno rękę wzięła złotą szablę cesarza, w drugą jego wspaniałą chorągiew, a na około we wszystkich fałdach korony wyglądały ku cesarzowi dziwne twarze, niektóre brzydkie, inne znów miłe i łagodne; były to złe i dobre uczynki cesarza, które patrzyły na niego, podczas gdy śmierć siedziała mu na sercu.
- Pamiętasz? - szeptały jedna za drugą. - Pamiętasz? - I opowiadały mu tyle, że aż pot spływał mu z czoła.
- O tym nie wiedziałem - mówił cesarz. - Muzyka! Muzyka! Walcie w bęben chiński! Zagłuszyć to, co one tu mówią! - A one mówiły dalej i śmierć potakiwała głową, jak Chińczyk, na wszystko, co mówiono.
- Muzyka, muzyka - krzyczał cesarz. - Mały, złoty ptaszku! Śpiewaj mi, śpiewaj! Podarowałem ci tyle złota i kosztowności; zawiesiłem ci nawet mój złoty pantofel na szyi, śpiewaj mi, śpiewaj!
Ale ptak milczał; nie było nikogo, kto by go nakręcił, a on sam nie umiał przecież śpiewać; śmierć tymczasem spoglądała na cesarza wielkimi, pustymi oczodołami i było  cicho, tak przeraźliwie cicho.
Nagle tuż za oknem zabrzmiał najpiękniejszy głoś: to mały, żywy słowik usiadł na gałązce za oknem. Dowiedział się o tym, że jego cesarz potrzebuje pomocy i przyleciał, by mu śpiewam dodać otuchy i nadziei, a gdy śpiewał, bladły coraz bardziej i bardziej straszne postacie, krew zaczęła żywiej krążyć w słabym ciele cesarza i nawet śmierć, słuchając śpiewu, powiedziała:
- Śpiewaj słowiku, śpiewaj dalej.
- A dasz mi tę piękną złotą szablę? Dasz mi wspaniałą chorągiew? Dasz mi koronę cesarza? - I śmierć po kolei oddawała każdą z kosztowność za jedną pieśń, a słowik śpiewał dalej o cichym cmentarzu, gdzie rosną białe róże, gdzie pachnie dziki bez, a trawa rozwija się skrapiana łzami tych, którzy żyją; wtedy śmierć poczuła nagle tęsknotę za swoim ogrodem i w kształci białej, chłodnej mgły uniosła się za okno.
- Dzięki ci, dzięki - powiedział cesarz - mały ptaszku z nieba! Znam cię przecież dobrze! Wygnałem cię z mego państwa! A jednak odpędziłeś twym śpiewem złe moce od mego łoża, a śmierć z mego serca! Jakże ci mam podziękować?
- Wynagrodziłeś mnie już, cesarzu! - powiedział słowik. - Widziałem łzy w twoich oczach, kiedy śpiewałem przed tobą po raz pierwszy, a tego nie zapomnę ci nigdy! To są klejnoty, które radują serce śpiewaka; ale śpij teraz, obudź się silny i zdrowy. Zaśpiewam ci coś jeszcze. 
Zaśpiewał, a cesarz pogrążył się w słodką drzemkę. Ach, jaki łagodny, pokrzepiający był sen!
Słońce świeciło przez okno, gdy obudził się zdrów i pełen sił. Z jego służby nikt jeszcze nie wrócił, bo myśleli, że cesarz nie żyje, ale słowik był przy nim i wciąż jeszcze śpiewał. 
- Musisz zostać ze mną na zawsze - powiedział cesarz - będziesz śpiewał wtedy tylko, gdy sam zechcesz, a sztucznego ptaka karzę rozbić na tysiące kawałków.
- Nie czyń tego - powiedział słowik - przecież zrobił tyle dobrego, ile mógł. Zatrzymaj go przy sobie jak dawniej. Nie mogę zbudować gniazd mego i mieszkać w pałacu, ale pozwól mi przylatywać od czasu do czasu, gdy sam będę miał ochotę; będę wieczorami siadywał na gałązce za oknem i śpiewał ci pieśń, która napełni cię radością i dobrymi myślami! Będę śpiewać o szczęśliwych i o tych ,którzy cierpią! Będę śpiewać o dualnej harmonii i o wszystkim, co ukryte jest przed twoimi oczami! Mały ptak zagląda wszędzie: do biednych rybaków, pod achy wieśniaków, do wszystkich, którzy z dala są od ciebie i twego dworu! Kocham twe serce więcej od twojej korony, ale jednak korona ma w sobie czar złudnej świętości! Będę przylatywać, aby ci śpiewać! Tylko jedno musisz mi przyrzec!
- Wszystko - powiedział cesarz i wyprostował się w swych cesarskich szatach, w które sam się oblókł, a do serca przycisnął szablę okutą ciężkim złotem.
- O jedno tylko cię proszę. Nie mów nikomu, że masz małego ptaszka, który ci mówi o wszystkim. Tak będzie nam lepiej. - I słowik wyfrunął przez okno.
Służba weszła do sypialni by popatrzeć na zmarłego cesarza.
Stanęli jak wryci, a cesarz powiedział:
- Jak się macie?
 
Hans Christian Andersen:))

sobota, 7 grudnia 2013

Bzowa Babuleńka


Był sobie pewnego razu mały chłopczyk; przeziębił się na spacerze, przemoczył sobie nóżki, ale nikt nie mógł pojąć, jak to się mogło zdarzyć, bo pogoda była ładna i sucha. Mama rozebrała go, położyła do łóżka i kazała przynieść imbryczek, aby zaparzyć mu herbaty z kwiatów dzikiego bzu na poty.
W tej samej chwili do pokoju wszedł miły staruszek, który mieszkał w tym samym domu na górze; staruszek ten żył samotnie, bo nie miał żony ani dzieci, ale kochał wszystkie dzieci i potrafił opowiadać tak piękne bajki, że aż miło.
- Wypij herbatę - powiedziała mama - to może pan opowie ci bajkę!
- Gdybym tylko mógł wymyślić coś nowego! - powiedział staruszek i przyjaźnie kiwnął głowa. - Ale gdzież ten mały zamoczył sobie nogi? - spytał. - Gdzie?
- Tak - powiedziała mama - tego nikt nie wie.
- Czy powiesz mi bajkę? - spytał chłopczyk.
- Tak, ale musisz mi powiedzieć dokładnie, bo chcę wpierw wiedzieć, jak głęboki jest rynsztok na małej uliczce, którą idziesz do szkoły.
- Akurat do połowy kostek! - odpowiedział chłopiec. - Ale na to trzeba wejść w najgłębszą dziurę.
- Tak, tak, stąd mamy mokre nogi!... - powiedział staruszek. - Miałem ci co prawda opowiadać bajkę, ale nie pamiętam już żadnej!
- Nie potrzebuje pan wymyślać! - odezwał się chłopczyk. - Mama mówi, że wszystko, na co pan spojrzy, przemienia się natychmiast w baśń, a czego się pan dotknie, staje się najpiękniejszą historyjką!
- Ale wymyślone bajki i historyjki są do niczego, prawdziwe zaś przychodzą same, stukają w czoło i powiadają: "Oto jestem!"
- Czy już zaraz stuknie? - spytał chłopczyk. A mama śmiała się, sypała kwiat bzu do imbryczka i zalewała wrzącą wodą.
- Opowiedz, opowiedz!
- Byłoby dobrze, gdyby bajka chciała przyjść wtedy, kiedy się ją wzywa, ale to wielka dama, przychodzi tylko wtedy, kiedy ma na to ochotę. Czekaj! - powiedział nagle. - Już mamy! Uważaj, teraz siedzi na imbryczku!
Chłopczyk spojrzał w stronę imbryczka, pokrywka wznosiła się coraz wyżej i wyżej, i zaczęły spod niej wychodzić świeże i piękne kwiaty dzikiego bzu, a potem na wszystkie strony wystrzeliły duże gałęzie; rosły coraz wyżej i wyżej, i przemieniły się w najpiękniejszy krzew; w drzewo po prostu, które rozrosło się aż do łóżka i odsunęło firanki. Ach, jakież to były kwiaty! Jaki zapach! A na drzewie siedziała stara, miła babunia w dziwacznej sukni, całej zielonej jak listki bzu i przetykanej białymi kwiatami - nie można było wręcz odróżnić, czy to była suknia, czy też listki i kwiaty.
- Jak się ta babcia nazywa? - spytał chłopczyk.
- Rzymianie i Grecy - powiedział starszy pan - nazywali ją driadą; ale my tego już nie rozumiemy. W domkach marynarzy weteranów wymyślili dla niej lepszą nazwę - mówili na nią Bzowa Babuleńka. Przedstawiam ci ją! Uważaj tylko; słuchaj pilnie i przypatrz się temu pięknemu krzakowi!
Zupełnie takie samo duże, kwitnące drzewo stoi przy domkach weteranów. Rośnie ono w rogu małego, ubogiego ogródka; pod tym drzewem siedziała w rozkosznym blasku słońca para staruszków: był to stary marynarz i jego stara żona; byli już pradziadkami i wkrótce chcieli świętować złote wesele, tyle tylko, że zapomnieli, jaka to była data, a Bzowa Babuleńka siedziała na krzaku i wyglądała tak samo wesoło jak teraz.
- Wiem dobrze, kiedy jest wasze złote wesele! - powiedziała, ale oni jej nie słyszeli, bo wspominali dawne lata.
- Tak, czy pamiętasz - powiedział stary marynarz - jak byliśmy całkiem mali, biegaliśmy i bawiliśmy się razem. To było na tym samym podwórku, gdzie teraz siedzimy, sadziliśmy w ziemi patyki i miał to być ogród!
- Tak - powiedziała staruszka - przypominam to sobie świetnie; polewaliśmy patyczki, a jeden z nich, pęd bzu, wypuścił zielone listki i wyrosło z niego wielkie drzewo, pod którym my starzy, teraz siedzimy.
- Tak, rozumie się - mówił staruszek - tam w kącie stała balia z wodą, tam pływał mój stateczek; sam go wystrugałem; jakże świetnie pływał! ale wkrótce zacząłem pływać na innym statku.
- Tak, ale przedtem jeszcze chodziliśmy do szkoły i uczyliśmy się - powiedziała staruszka - a potem była nasza konfirmacja; płakaliśmy oboje; a popołudniu poszliśmy ręka w rękę na Okrągłą Wieżę i patrzyliśmy na świat z wysoka; ponad Kopenhagą i morzem; potem poszliśmy do Frederiksbergu, gdzie król i królowa pływali po kanałach w wspaniałej łodzi.
- A potem już pływałem inaczej i to przez długie lata daleko, daleko w ogromnej podróży!
- Tak często płakałam przez ciebie - powiedziała staruszka - myślałam, że już umarłeś i że leżysz głęboko na dnie morza, kołysany przez wielkie fale. Czasem wstawałam w nocy  i patrzyłam, czy obraca się chorągiewka, która wskazuje pogodę; obracała się, ale ty nie wracałeś! Przypominam sobie dokładnie, jak pewnego dnia, kiedy deszcz lał strumieniami, przyjechał śmieciarz, zeszłam na dół, by opróżnić śmietniczkę, zatrzymałam się w drzwiach. Cóż to była za okropna pogoda! Gdy stałam przy drzwiach, przyszedł listonosz i wręczył mi list; był od ciebie, jakąż długą odbył drogę! Rozerwałam kopertę i zaczęłam czytać, śmiałam się i płakałam, byłam tak szczęśliwa! W liście pisałeś, że jesteś w ciepłych krajach, tam gdzie rosną ziarnka kawy. Cóż to musi być za cudowny kraj! Opisywałeś tak wiele, a ja widziałam to wszystko przez strugi deszczu, stojąc że śmietniczka w ręku. I wtedy poczułam nagle, że ktoś mnie obejmuje w pół...
- I wymierzyłaś mu mocny policzek, że aż klasnęło...
- Nie wiedziałam przecież, że to byłeś ty; przyszedłeś tak nieoczekiwanie, jak i twój list. I byłeś tak piękny (i teraz jesteś piękny), miałeś w kieszeni dużą, żółtą, jedwabną chustkę do nosa i błyszczący kapelusz na głowie: byłeś taki wytworny; jakaż to była straszna pogoda i jak okropnie wyglądała ulica!
- Potem pobraliśmy się - powiedział staruszek - przypominasz sobie? A potem urodził się nasz pierwszy syn, a potem Maria i Niels, i Piotr, i Hans Christian.
- Dzieci wyrosły na porządnych ludzi, wszyscy je lubili.
- I ich dzieci znowu miały dzieci - powiedział stary marynarz - a nasze prawnuki, ileż w nich życia! Zdaje mi się, że to o tej porze roku był nasz ślub.
- Tak, to właśnie dzisiaj jest rocznica, wasze złote gody - powiedziała Bzowa Babuleńka i wyjrzała spoza głów staruszków, ale oni myśleli, że to sąsiadka im się kłania; spojrzeli na siebie i wzięli się za ręce. Zaraz potem przyszły dzieci i wnuki; wiedzieli oni dobrze, że to był dzień złotych godów, winszowali już rano, ale staruszkowie o tym zapomnieli, choć tak dobrze pamiętali, jak to było przed laty. A drzewo bzu pachniało tak mocno i blask zachodzącego słońca padał na twarze staruszków; oboje mieli zaróżowione policzki; najmłodsze z dzieci ich dzieci tańczyło naokoło nich i wołało radośnie, że w tak uroczysty wieczór powinny być gorące kartofle na kolację; a Bzowa Babuleńka pozdrawiała ich z gęstwiny drzewa i razem z innymi wołała: - Niech żyją!
- Ależ to wcale nie była bajka - powiedział chłopczyk, który słuchał opowiadania. 
- Tak, to bajka! Musisz zrozumieć - powiedział staruszek, który opowiadał - zapytajmy Bzowej Babuleńki.
- To nie była bajka - odpowiedziała Babuleńka - ale zaraz będzie. Właśnie z rzeczywistości rodzi się najdziwniejsza baśń w świecie; inaczej przecież z małego imbryczka nigdy by nie mógł wyrosnąć tak piękny krzak bzu. - Potem wyjęła chłopczyka z łóżka, przycisnęła go mocno do swojego łona i gałązki, pełne pachnącego kwiecia, zamknęły się nad nimi; znajdowali się teraz w najpiękniejszej altanie; i oto wznieśli się w powietrze, było niewypowiedzianie piękne. Bzowa Babuleńka przemieniła się nagle w małą, milutką dziewczynkę, suknia jej była z tego samego zielonego materiału w białe kwiaty, u piersi miała przepięty kwiat bzu, a naokoło złocistych kędziorów - wianek z kwiatów bzu; oczy jej były takie duże i tak bardzo niebieskie, jakże cudownie było na nią patrzeć; pocałowali się z chłopczykiem i oboje byli równi wiekiem i tak samo radośni. 
Trzymając się za ręce wyszli z altanki i znaleźli się w pięknym ogrodzie rodzinnego domu; na zielonym trawniku stała przywiązana do słupa ojcowska laska. Dla dzieci laska ta żyła; wystarczyło by jej dosiedli, a błyszcząca rękojeść zamieniała się we wspaniałą parskającą głowę, powiewała czarna, długa grzywa, cztery smukłe, mocne nogi ruszyły z kopyta. Zwierzę było silne i odważne; galopem pomknęli na około trawnika.
- Teraz pojedziemy daleko - powiedział chłopiec - pojedziemy do dworu, gdzieśmy byli przed rokiem!
Kręcili się wciąż wokoło  trawnika, a dziewczynka, która, jak wiemy, nie była nikim innym, tylko Bzową Babuleńką, wołała:
- Teraz jesteśmy na wsi! Czy widzisz przy drodze tę chatę z wielkim piecem, który wygląda jak olbrzymiej wielkości jajo? Krzew dzikiego bzu rozwinął swe gałęzie, a kogut spaceruje i wygrzebuje dla kur ziarna; widzisz, jak się puszy... Teraz jesteśmy obok kościoła, który stoi wysoko na pagórku pomiędzy wielkimi dębami; jeden dąb jest już na wpół spróchniały. Teraz jesteśmy przy kuźni, gdzie pali się ogień i półnadzy ludzie wala młotami, tak że iskry rozsypują się daleko wkoło. W drogę, w drogę do domu! 
I wszystko, o czym mówiła dziewczynka, siedząc na kiju, przesuwało się obok nich, chłopiec to widział, a przecież tylko objeżdżali trawnik dokoła. Potem bawili się na ogrodowej ścieżce i urządzili sobie mały ogródek; dziewczynka wyjęła z włosów kwiaty bzu i zasadziła je w ziemi, a kwiaty zaczęły rosnąć zupełnie tak samo jak wtedy u staruszków, gdy byli jeszcze małymi dziećmi. Tak samo jak tamci chodzili trzymając się za ręce, ale nie poszli na Okrągłą Wieżę, ani do królewskiego ogrodu; nie - dziewczynka objęła chłopczyka i wznieśli się wysoko do góry, pofrunęli daleko nad całą Danią; była wiosna, a potem było lato, a potem jesień i wreszcie zrobiła się zima, i tysiące obrazów odbijało się w oczach, i w sercu chłopca, a dziewczynka śpiewała bezustannie:
- Nigdy tego nie zapomnisz!
Podczas tego całego lotu dziki bez pachniał tak słodko i tak cudnie; chłopiec widział po drodze różne krzewy i zielone buki, ale bez pachniał jeszcze piękniej, bo jego kwiaty leżały na sercu dziewczynki, a chłopiec przytlał tam często w czasie lotu swoją głowę.
- Tu jest pięknie wiosną - powiedziała dziewczynka i zatrzymali się w świeżo zazielenionym bukowym lesie, gdzie mocno pachniały macierzanki i różowe anemony tak ślicznie wyglądały pośród traw.
- Gdyby to wiecznie była wiosna w pachnącym, duńskim, bukowym lesie!
- Tu jest pięknie latem - powiedziała dziewczynka, gdy przejeżdżali koło starych dworów pamiętających rycerskie czasy, gdzie czerwone mury i zębata szczyty odbijały się w kanałach, po których pływały łabędzie, wpatrzone w stare, ciemne aleje. Na polu zboże falowało jak jezioro; w rowach rosły żółte i czerwone kwiaty, a w zaroślach dziki chmiel i kwitnące powoje; a wieczorem wschodził księżyc duży i okrągły, siano na łąkach pachniał tak słodko. Tego nie zapomina się nigdy.
- Tu jest cudnie jesienią - powiedziała dziewczynka. Powietrze stało się o wiele bardziej błękitne i przezroczyste, las zaczął się mienić czerwonymi, zielonymi i żółtymi barwami; ruszyły psy myśliwskie i całe gromady dzikich ptaków wznosiły się krzykiem nad kurhanami, gdzie krzaki jeżyn porastały stare kamienie; morze było czarno błękitne, pokryte białymi żaglami; a na klepisku siedziały stare kobiety, dziewczyny i dzieci, i wrzucali chmiel do dużego naczynia; młodzi śpiewali pieśni, a starzy opowiadali baśni o krasnoludka i czarodziejach. Nigdzie chyba nie mogło być piękniej! 
- Tu jest cudnie zimą - powiedziała dziewczynka. Wszystkie drzewa pokryły się białym szronem i wyglądały jak białe korale, śnieg skrzypiał pod nogami, jak gdyby się ciągle miało nowe buciki, a z nieba spadały gwiazdy jedna za drugą. W pokoju zapalono choinkę, zjawiły się podarunki, zapanowała wesołość. Na wsi, w chłopskiej izbie, rozbrzmiewały dźwięki skrzypiec i zapachniały pieczone jabłka; nawet najuboższe dziecko mówiło:
- Jednak pięknie bywa w zimie!
Tak, było pięknie. Dziewczynka pokazywała chłopcu wszystko i wciąż jeszcze pachniał bez i wszędzie powiewała czerwona chorągiew z białym krzyżem, ta sama chorągiew, pod której cieniem żeglował stary marynarz*. Potem mały chłopiec wyrósł na młodzieńca i musiał pojechać daleko, do ciepłych krajów, gdzie rośnie kawa;  

ale przy pożegnaniu dziewczynka wzięła jeden z kwiatów dzikiego bzu, które nosiła na sercu i dała mu na przechowanie; chłopczyk przyjął kwiat i w dalekich krajach, ile razy patrzyła na niego, wspominał i im więcej mu się przypatrywał , tym wydawał mu się świeższy; zdawało mu się wtedy, że czuje zapach duńskiego lasu i pomiędzy listkami kwiatu widzie wyraźnie małą dziewczynkę, jej duże niebieskie oczy i że słyszy, jak do niego szepcze:
- Tu jest cudnie wiosną, latem, jesienią i zimą! - A wtedy setki obrazów przesuwało się przez jego myśli.
Tak upłynęło wiele lat: młodzieniec przemienił się w staruszka, który siadał ze swą starą żoną pod kwitnącym drzewem; trzymali się za ręce, zupełnie jak pradziadek i prababka w domkach weteranów; i tak samo jak tamci rozmawiali o dawnych czasach, o złotym weselu. Mała dziewczynka z niebieskimi oczami i kwiatami dzikiego bzu we włosach siedziała wysoko na drzewie, kiwała przyjaźnie do staruszków i mówiła:
- Dziś jest wasze złote wesele! - Potem wzięła dwa kwiaty ze swego wianka, pocałowała je; zabłysły jak srebro, później jak złoto; a kiedy je włożyła na głowy staruszków, każdy kwiat przemienił się w złota koronę; wtedy siedzieli oboje pod kwitnącym drzewem, jak król i królowa, i staruszek zaczął opowiadać staruszce historię o Bzowej Babuleńce tymi samymi słowami, jak słyszał ją w dzieciństwie i dziwili się oboje, że historia ta tak był podobna do ich życia, a tym, że była tak podobna, zachwycali się najbardziej.
- Tak, tak! - powiedziała dziewczynka w gąszczu drzewa. - Niektórzy nazywają mnie Bzową Babuleńką, inni driadą, ale naprawdę nazywam się Wspomnieniem; to ja siedzę na drzewie , które ciągle rośnie i rośnie, to ja wspominam i opowiadam historię!
Pokaż mi, czy masz jeszcze twój kwiat.
I wtedy staruszek otworzył swą dłoń. Leżał tak kwiat dzikiego bzu tak świeży, jak gdyby do dopiero co tam położono. Wspomnienie kiwnęło przyjaźnie głową. Staruszkowie siedzieli w swych złotych koronach na drzewach w czerwonym blasku zachodzącego słońca, zamknęli oczy i... i... bajka się skończyła.
Chłopczyk leżał w łóżku i nie wiedział, czy śniło mu się to, czy słuchał bajki; imbryczek do herbaty stał na stole, ale nie wyrosło z niego drzewo dzikiego bzu, a stary pan, który opowiadał bajkę, stał w drzwiach i zaraz sobie poszedł.
- Jakie to było piękne! - powiedział chłopczyk. - Mamo, byłem na południu!
- Rozumie się! powiedziała mama. - Po dwóch filiżankach gorących ziółek może się wydawać, że się było w ciepłych krajach! - I przykryła go mocno, żeby się nie przeziębił. - Spałeś smacznie, podczas gdy sprzeczałam się ze starszym panem, czy to była bajka, czy prawdziwa historia!
- A gdzie jest Bzowa Babuleńka?
- W imbryczku! - odpowiedziała mama. - I niech tam sobie siedzi.

*W Danii istniej zwyczaj ozdabiania w niedzielę wszystkich letnich domów flagą narodową, czerwoną z białym krzyżem. 



Hans Christian Andersen:))
 

sobota, 23 listopada 2013

Stokrotka


A teraz, słuchaj!
Daleko na wsi, tuż koło drogi, stała altana; widziałeś ją na pewno, kiedyś tamtędy przechodził. Przed altaną był mały ogródek kwiatowy z pomalowanymi sztachetami, tuż obok na murawie, wśród najpiękniejszej, zielonej trawy, rosła mała stokrotka; słońce ogrzewało ją tak samo mocno i pięknie, jak wielkie, pyszne kwiaty w ogrodzie i dlatego rosła z godziny na godzinę. Pewnego ranka całkiem rozkwitła i stała tak ze swymi małymi, śnieżnobiałymi płatkami, które otaczały, jak promienie, żółte słoneczko pośrodku. Nie myślała wcale o tym, że żaden człowiek nie widzi jej w trawie i że jest małym, pogardzanym kwiatkiem; nie - była bardzo zadowolona, zwracała się cała do piekącego słońca, patrzyła w nie i słuchała skowronka, który śpiewał w powietrzu.
Mała stokrotka czuła się szczęśliwa, jak gdyby to było wielkie święto, a przecież był to tylko poniedziałek; wszystkie dzieci uczyły się w szkole; podczas gdy dzieci tkwiły w ławkach i uczyły się tam czegoś - stokrotka tkwiła na swojej zielonej łodydze i również uczyła się od ciepłego słońca i od wszystkiego, co ją otaczało, jakie życie jest dobre. Myślała o tym, jak pięknie wyśpiewuje skowronek to, co czuje w ciszy i patrzyła z zachwytem i podziwem na szczęśliwego ptaszka, który umie śpiewać i fruwać; ale nie martwiła się tym, że sama tak nie potrafi: "Widzę i słyszę! - myślała. - Słońce mnie grzeje i wiatr mnie całuje. Ach, obficie mnie obdarowano!" 
Za sztachetami stało tyle sztywnych, wykwintnych kwiatów; im mniej pachniały, tym dumniej strzelały w górę. Piwonie nadymały się, aby być większymi od róż - ale rozmiar przecież nic nie znaczy. Tulipany miały najpiękniejsze barwy, wiedziały o tym dobrze i trzymały się prosto, aby je można było lepiej widzieć. Nie spostrzegły wcale małej stokrotki, ale ona patrzył na nie tym uważniej i myślała: "Jakież one bogate i piękne! Do nich przyleci na pewno ten wspaniały ptak w odwiedziny. Dobrze, że jestem tak blisko nich, mogę przynajmniej przyglądać się ich wspaniałości". I właśnie, gdy tak myślała, posłyszała:
- "Ćwir, ćwir!" - to skowronek zleciał na dół, ale nie do piwonii ani do tulipanów - nie: sfrunął na trawę do białej stokrotki; radość po prostu oszołomiła kwiatek i sama nie wiedziała, co ma myśleć.
Ptaszek tańczył dookoła stokrotki i śpiewał: "Jak ta trawa jest miękka, patrzcie, jaki to kochany, mały kwiatek o złotym serduszku i srebrzystej sukience." Żółty środek stokrotki wyglądał naprawdę jak złoty, a małe płatki dookoła błyszczały swoją jasnością. Jakże szczęśliwa była stokrotka - to trudno sobie wyobrazić. Ptaszek pocałował ją swoim dziobem, zaśpiewał dla niej i pofrunął znowu w błękitne powietrze. Chyba kwadrans minął, zanim stokrotka przyszła do siebie. Trochę zawstydzona, ale jednak serdecznie uradowana, spojrzała na kwiaty w ogrodzie, widziały przecież, jaki ją spotkał honor i jakie szczęście, musiały zrozumieć, jak to była dla niej radość; ale tulipany stały tak samo sztywne jak przedtem, twarze ich ściągnęły się, zaczerwieniły z gniewu. 

         
Piwonie nadęły się "phi", całe szczęście, że nie mogły mówić, na pewno robiłby stokrotce ostre wymówki. Mały kwiatek wiedział, że nie są w dobrym humorze i to mu sprawiło prawdziwą przykrość. Wtedy do ogrodu przyszła dziewczynka z wielkim nożem, ostrym, błyszczącym, zbliżyła się do tulipanów i zaczęła obcinać jeden po drugim.
- Ach! - westchnęła stokrotka. - Jakże to straszne, już po tulipanach!
Dziewczynka odeszła z tulipanami; stokrotka była szczęśliwa, że stoi daleko w trawie, i że jest małym, białym kwiatkiem. Była przepełniona wdzięcznością i kiedy słońce zaszło, zwinęła płatki i zasnęła, śniąc przez całą noc o słońcu i o małym ptaszku.
Następnego ranka, kiedy kwiatek wyciągnął radośnie białe płatki, niby małe ramiona, do powietrza i słońca, posłyszała głos ptaszka, ale śpiew jego brzmiał smutnie. Tak, skowronek miał powody do smutku, schwytano go i oto teraz siedzi w klatce przy otwartym oknie. Śpiewał o szczęściu swobodnego fruwania, o młodym, zielonym życie w polu i o pięknej podróży, którą mógłby odbyć na swoich skrzydłach wysoko w powietrzu. Mały ptaszek nie myślał teraz o wesołości, siedział uwięziony w klatce.
Stokrotka chętnie by mu pomogła, ale jak miała się do tego zabrać? Trudno było coś wymyślić. Zapomniała zupełnie, jak pięknie było dookoła niej, jak gorąco grzało ją słońce i jak ślicznie wyglądały jej białe płatki; myślała tylko o uwięzionym ptaszku, któremu nie mogła pomóc. 
Wtedy wyszło z ogrodu dwóch małych chłopców; jeden z nich trzymał nóż, taki sam duży i ostry jak ten, którym dziewczynka obcinała tulipany. Zmierzali wprost do stokrotki, która nie mogła zrozumieć czego oni chcą.
- Moglibyśmy tu wyciąć dla skowronka piękny kawał murawy! - powiedział jeden z chłopców i zaczął wycinać kwadrat dookoła stokrotki zostawiając ją pośrodku.
- Wyrwij ten kwiat - powiedział drugi chłopiec, a stokrotka zadrżała ze strachu, bo zostać wyrwaną to to samo, co umrzeć, a teraz chciała tak bardzo żyć, teraz, gdy miała się dostać z kawałkiem murawy do klatki skowronka.
- Nie, zostaw ją! Tak ładnie wygląda!
Została więc i zabrano ją do klatki skowronka.
Biedny ptaszek narzekał głośno na utratę wolności i uderzał skrzydłami o żelazną klatkę, mała stokrotka nie mogła mówić, nie mogła mu powiedzieć słowa pociechy, chociaż tak bardzo chciała. I tak przeszło całe przedpołudnie.
- Nie ma tu wody! - powiedział uwięziony skowronek. - Wszyscy wyszli i nie zostawili mi ani kropli do picia. Gardło mi wyschło i pali. Czuję w sobie ogień i lód - powietrze jest takie ciężkie! Ach, będę musiał umrzeć z daleka od ciepłego słońca, od świeżej zieleni, od całego piękna, które stworzyło życie!
I potem wsadził mały dziobek w chłodną trawę, aby się trochę odświeżyć; wtedy wzrok jego padł na stokrotkę; ptak skinął do niej główkę, pocałował ją dziobkiem i powiedział:
- Ty także musisz tu więdnąć, mały kwiatuszku! Ciebie i kawałek zielonej murawy dano mi za cały świat, który miałem na wolności. Każde źdźbło trawy musi mi zastąpić zielone drzewa, każdy z twoich białych płatków ma być dla mnie pachnącym kwiatem. Ach, przypomina mi to tylko, ile straciłem!
"Kto mógłby pocieszyć skowronka?" - pomyślała stokrotka.
Ale nie mogła poruszyć żadnym płatkiem; jednakże zapach, który wydzielały jej płatki, był o wiele silniejszy niż zwykły zapach tego kwiatu; zauważył to również skowronek, a chociaż był osłabiony z pragnienie i w męce wyrwał zielone trawki, nie ruszył kwiatka. 
Nadszedł wieczór i nikt nie przyszedł i nie przyniósł ptaszkowi kropli wody; wtedy skowronek wyciągnął swoje piękne skrzydła i potrząsł nimi kurczowo, jego śpiew brzmiał jak zbolały pisk, mała główka pochyliła się ku stokrotce i serce ptaka pękło ze smutku i tęsknoty; Kwiatek nie mógł jak poprzedniego wieczoru zasnąć, stuliwszy płatki; odwodnione i smutne chyliły się one do ziemi. 
Dopiero następnego ranka przyszli chłopcy; a kiedy zobaczyli martwego ptaka, zapłakali, płakali rzewnymi łzami i wykopali mu grób, który ozdobili płatkami kwiatów. Ciało ptaka włożyli do czerwonego pudełka i wyprawili królewski pogrzeb. Kiedy żył i śpiewał, zapomniano o nim, trzymano go w klatce w niedostatku, teraz ofiarowano mu wspaniały pogrzeb i wiele łez.
a kawałek murawy wraz ze stokrotką wyrzucono na drogę pełną kurzu, nikt nie myślał o kwiatku, który najwięcej współczuł małemu ptaszkowi i tak gorąco chciał go pocieszyć.

Hans Christian Andersen:)) 

 

środa, 6 listopada 2013

Ogrodnik i jego chlebodawcy


O milę od stolicy stał stary dwór o grubych murach, wieżach i zębatych szczytach. Mieszkała tu, ale tylko latem, arystokracja, bogaci państwo; dwór ten był najmożniejszy i najładniejszy ze wszystkich dworów, jakie posiadali; z zewnątrz był jak nowy, a wewnątrz przytulny i wygodny. Herb wykuty był z kamienia nad bramą, dookoła herbu i wykusza pięły się piękne róże, przed zamkiem rozpościerał się kobierzec marmurowy, rosły tam czerwone i białe głogi i rzadkie kwiaty, hodowane nawet poza cieplarnią.
Państwo mieli dzielnego ogrodnika; ogród kwiatowy, sad i ogród warzywny były tak piękne, że rozkoszą było na nie patrzeć. Z tymi ogrodami graniczyły resztki starego, zamkowego ogrodu z bukszpanowymi żywopłotami, które były strzyżone w kształcie koron i piramid. Za nimi rosły dwa potężne drzewa, prawie zawsze bezlistne, a tak gęsto osadzone ptasimi gniazdami, że robiło to wrażenie grudek błota, naniesionych przez wiatr, czy straszną ulewę. Ale każda taka grudka to było ptasie gniazdo. Od niepamiętnych czasów gnieździły się tu kruki, wrony; była to cała ptasia wioska, ptaki panowały tutaj, to one były tu dziedzicami, najstarszym, osiadłym rodem, właściwymi panami dworu. nikt z istot chodzących po ziemi nic ich nie obchodził; ptaki tolerowały tych kręcących się w dole ludzi, mimo że od czasu do czasu rozlegał się wystrzał i dreszcz przechodził przez całą gromadę i każdy ptak, ulatując przerażony w górę, wołał: "Kra-kra!"
Ogrodnik często rozmawiał z państwem o tym, że stare drzewa powinno się wyrąbać, bo nie wyglądają ładnie, a wraz z drzewami można by się pozbyć także tego krzykliwego ptactwa, które poleciałyby dobie gdzie indziej. Ale państwo nie chcieli się pozbyć ani drzew, ani ptaków, było to coś, czego zamek nie powinien się był pozbywać, coś z dawnych czasów, coś, czego w żadnym razie nie należy usuwać.
- Te drzewa odziedziczyły ptaki po przodkach, trzeba je zachować, mój poczciwy Larsenie. 
Ogrodnik nazywał się Larsen, ale to nie ma znaczenia.
- Czyż nie masz dość przestrzeni, kochany Larsenie? Masz przecież cały ogród kwiatowy, cieplarnie, sad i warzywnik!
Przestrzeni miał dosyć, pielęgnował ogród, uprawiał go z zapałem i sumiennością; państwo oceniali to, ale nie ukrywali przed nim, że w innych domach często jadali owoce i widzieli kwiaty, które przewyższały to, co mili w swoim ogrodzie; a to zasmucało ogrodnika, gdyż miał najlepsze chęci i pracował, jak mógł najlepiej. Miał dobre serce i sumiennie wykonywał swoją robotę.
Pewnego dnia zawołano go do dworu  i państwo powiedzieli mu bardzo łagodnie i delikatnie, że poprzedniego dnia jedli u swoich wytwornych przyjaciół jabłka i gruszki tak smaczne i soczyste,że oni, a także wszyscy goście nie mili słów zachwytu. 
Owoce te na pewno nie były krajowe, ale powinny zostać sprowadzone i tu zasadzone, o ile tylko przyjmą się w naszym klimacie. Wiedzieli tylko, że owoce te zostały kupione w mieście u pierwszego kupca. Ogrodnik miał pojechać do miasta i dowiedzieć się, skąd pochodzą te jabłka i gruszki, i potem sprowadzić sadzonki. 
Ogrodnik znał bardzo dobrze handlarza owoców, gdyż właśnie jemu sprzedawał zbywające owoce z ogrodu swoich państwa. 
Pojechał więc do miasta i spytał kupca, skąd ma te niezwykłe jabłka i gruszki.
- To z waszego własnego ogrodu - powiedział kupiec i pokazał mu jabłka i gruszki, które ten od razu poznał.
Jakże się cieszył ogrodnik! Pospieszył do swych państwa i powiedział im, że zarówno jabłka, jak gruszki pochodzą z ich własnego ogrodu.
Nie chcieli w to uwierzyć.
- To niemożliwe, Larsenie. Czy możesz nam dostarczyć pisemne poświadczenie od kupca.
Oczywiście udał się do kupca i przyniósł pisemne poświadczenie.
- To dziwne - powiedzieli państwo.
Na pańskim stole zaczęły się teraz pokazywać codziennie wspaniałe jabłka i gruszki z ich własnego sadu. Posyłano całe korce i beczki tych owoców przyjaciołom w mieście, za miasto i nawet za granicę. Była to prawdziwa przyjemność. Trzeba też dodać, że dwa lata z rzędu owoce obrodziły niezwykle obficie w całym kraju.
Minęło trochę czasu; pewnego razu państwo jedli obiad na królewskim dworze. Na drugi dzień wezwali ogrodnika. przy stole królewskim jedli melony, soczyste, smaczne, pochodzące z królewskich cieplarni.
Musisz iść do dworskiego ogrodnika, mój poczciwy Larsenie i postarać się dla nas o parę pestek tych doskonałych owoców.
- Ależ nadworny ogrodnik dostał nasiona od nas - oznajmił radośnie ogrodnik. 
- To znaczy, że ten człowiek potrafi je lepiej wyhodować - odpowiedzieli państwo. - Melony były nadzwyczajne.
- Wobec tego mogę być dumny - powiedział ogrodnik. - Muszę powiedzieć łaskawemu państwu, że królewski ogrodnik nie miał w tym roku szczęścia, a ponieważ widział jakie są wspaniałe u nas, skosztował ich i zabrał ode mnie trzy sztuki na zamek. 
- Larsenie nie blaguj, że to były melony z naszego ogrodu.
- Owszem, jestem tego pewny - odrzekł ogrodnik, poszedł do nadwornego ogrodnika i dostał od niego pisemne zaświadczenie, że melony na królewskim tronie pochodziły od niego. 
Była to prawdziwa niespodzianka od państwa i nie przemilczeli tej historii. pokazywali wszystkim zaświadczenie, wszędzie rozsyłali nasiona melonów, tak jak przedtem szczepy drzewek. 
Jak głosiły wieści, szczepionki przyjmowały się, wydawały owoce, i to piękne owoce, które otrzymały nazwę ich majątku i nazwa ta przyjęła się w Anglii, Niemczech i Francji.
Kto by to pomyślał?
- Oby tylko ogrodnik nie stał się nazbyt zarozumiały - mówili państwo.  
Ogrodnik ujął tę sprawę inaczej: chciał, aby jego imię było głośne, chciał być najlepszym ogrodnikiem w całym kraju, co rok pragnął dostarczać do innych ogrodów coś niezwykłego i tak też robił; ale państwo nie chcieli tego przyznać i mawiali, że pierwsze jabłka i gruszki, jakie wyhodował, były najlepsze, wszystkie inne gatunki były o wiele gorsze. Melony były wprawdzie dobre, ale to się nie liczyło, truskawki mogły być świetne, ale jednak nie lepsze od tych, które były u sąsiadów, a gdy jednego roku nie udały się rzodkiewki, mówiono tylko o tych nieudanych rzodkiewkach, a nie o tym, co się udało.
Zdawać się mogło, że sprawia przyjemność państwu, gdy mogą powiedzieć ogrodnikowi:
- Tego roku jakoś się nie udało, miły Larsenie.
Tak, byli bardzo zadowoleni, gdy mogli powiedzieć:
- W tym roku się nie udało.  
Parę razy na tydzień przynosił ogrodnik do pokojów świeże kwiaty, które układał z niezwykłym smakiem; kolory dzięki zręcznym zestawieniom ukazywały się jak gdyby w innym świetle.
- Masz dużo gustu, mój Larsenie - mówili państwo. - Jest to dar, który ofiarowało ci życie, sam z siebie przecież tego nie masz.
Pewnego dnia ogrodnik przyniósł do pokoju, wielka kryształową wazę, w której pływał liść nenufaru; na liściu leżał - długą, grubą łodygą zanurzoną w wodzie - promienny, niebieski kwiat wielkości słonecznika.
- Lotos hindostański! - zawołali państwo.
Nigdy nie widzieli takiego kwiatu; w dzień postawili go w blasku słonecznym, a wieczorem w jasnym świetle lampy.
Każdy, kto go widział, uważał, że jest niezwykły; powiedziała to nawet najwytworniejsza z młodych dam a kraju, księżniczka, mądra i dobra księżniczka.
Państwo uważali to za zaszczyt, że mogą ofiarować jej ten kwiat, w ten sposób dostał się on do księżniczki na zamek. 
Państwo poszli do ogrodu, aby własnoręcznie zerwać kwiat tego samego gatunku, o ile by się taki znalazł, ale nie mogli go znaleźć.
Zawołali ogrodnika i spytali go, skąd wziął błękitny lotos.
- Szukaliśmy na próżno - powiedzieli. - Byliśmy w cieplarni i wszędzie w całym ogrodzie.
- Nie, tam go nie ma - powiedział ogrodnik. - To tylko skromny kwiatek z warzywnego ogrodu. Ale czyż nie piękny? Wygląda jak niebieski kaktus, a jest to tylko kwiat karczocha.
- Trzeba to nam było od razu powiedzieć! - zawołali państwo. - Myśleliśmy, że to obcy, rzadki okaz. Skompromitowaliśmy siebie przed księżniczką, zobaczyła ten kwiat u nas, zachwyciła się nim, nie znała go, a ona zna się na botanice; ta nauka nie ma jednak z pewnością nić wspólnego z jarzynami, jakże mogłeś, mój zacny Larsenie, przynieść taką roślinę do salonu? Ośmieszyłeś nas.
Piękny, błękitny, wspaniały kwiat, przyniesiony z warzywnego ogrodu, usunięto z pańskiego mieszkania, gdzie nie wypadało mu przebywać; a nawet państwo tłumaczyli się przed księżniczką, że kwiat jest tylko kuchenną jarzyną, którą ogrodnik odważył się pokazać, i że dostał już za to ostre napomnienie. 
- To niesłuszne i niesprawiedliwe - oburzyła się księżniczka. - Otworzył nam przecież oczy na ten wspaniały kwiat, na który my nie zwróciliśmy żadnej uwagi, odsłonił nam piękno tam, gdzie my go wcale nie widzieliśmy. Dopóki kwitną karczochy, nadworny ogrodnik ma mi codziennie przynosić do mieszkania te kwiaty.

I tak też się stało. 
Państwo powiedzieli ogrodnikowi, żeby znowu zerwał dla nich świeży, piękny kwiat karczocha.
- W gruncie rzeczy jest to bardzo ładny kwiat - mówili - niezwykle oryginalny. - I znowu chwalono ogrodnika.
- Larsen lubi pochwały - mówili państwo - to rozpieszczone dziecko. 
Jesienią zerwał się straszny wicher. W nocy dął z taką siłą, że dużo wielkich drzew rosnących na skraju lasu zostało wyrwanych razem z korzeniami, ku wielkiemu zmartwieniu państwa (nazywali to zmartwieniem), ale ku radości ogrodnika runęły dwa duże drzewa z ptasimi gniazdami; pośród wycia wichru słychać było krzyki kawek i wron, ludzie we dworze mówili, że uderzały skrzydłami o szyby okien.
- Teraz możesz się cieszyć, Larsenie - mówili państwo - wicher przewrócił drzewa, a ptaki poleciały do lasu. Teraz nie pozostało tu już nic z dawnych czasów, wszelki ślad tego, co było, zniknął. Dla nas to duży smutek.
Ogrodnik nie odpowiedział nic, ale myślał o tym, co już od dawna rozważał, a mianowicie, jak by zużytkować wspaniałe słoneczne miejsce, a którego dotychczas nie można było skorzystać; stanie się oazą ogrodu i radością dla państwa.
Wielkie drzewa, które wicher wyrwał z korzeniami, zmiażdżyły padając prastary, bukszpanowy żywopłot ze wszystkimi jego cudownie powycinanymi kształtami. Ogrodnik zasadził tu gąszcz roślin, pospolite rośliny z pola i lasu.
Żaden inny ogrodnik nie odważyłby się zasadzić roślin w takiej ilości w pańskim ogrodzie, ale on zasadził je i dał im słońce i cień, zależnie od tego, czego potrzebowały. Pielęgnował je z miłością, a one rosły pięknie. 
Jałowiec, przeniesiony ze swojej jutlandzkiej ojczyzny, wyrósł tu wspaniale i przypominał barwą i kształtem włoski cyprys. Błyszczący i kolczasty ostrokrzew, wiecznie zielony zimą i latem, wyglądał ślicznie. Na pierwszym planie rosły paprocie wszelkich gatunków, niektóre wyglądały, jak gdyby były dziećmi palmy, a inne niby rodzice pięknej, delikatnej rośliny, którą nazywają "Włosami Wenus". Rósł tu pogardzany łopian, tak śliczny w swej świeżości, że mógłby zdobić bukiety. 

Łopian rósł na suchym gruncie, ale niżej w wilgotnej ziemi rósł również pogardzony podbiał, którego wielki krzak i wielkie liście tak malowniczo wyglądają.

Przeflancowana z pola do ogrodu wysoka drzewina, nabita niezliczonymi kwiatami, wyniosła się w górę jak potężny wieloramienny świecznik. Rosły tu: macierzanka, kluczyki, konwalie, dzika kalina i trójlistna delikatna koniczyna. Był to wspaniały widok. Na przodzie rosły, przymocowane do drutu całymi rzędami, małe grusze przeflancowane z francuskiej ziemi; ogrzewane przez słońce i pielęgnowane, wydały wkrótce, wielkie i soczyste, takie same jak w kraju, z którego pochodziły. 
Na miejscu dwóch starych, bezlistnych drzew postawiono wysoki słup, dookoła którego latem i jesienią wiły się gałązki chmielu ze swymi wonnymi, kulistymi kwiatami; ale zimą starym zwyczajem zawieszano tam worek owsa, aby ptaszki miały zimą przyjemną ucztę.
- Poczciwy Larsen robi się na stare lata sentymentalny - mówili państwo. - Ale jest nam wierny i oddany.
Na Nowy Rok w jednym z ilustrowanych pism ukazała się rycina przedstawiająca stary dwór, widać na nie było słup z flagą i workami owsa dla ptaszków na zimę i widniał tam napis, że to piękna myśl wskrzeszać dawne obyczaje, że tak właśni przystoi mieszkańcom starego zamku.
- Wszystko, co robi ten Larsen, rozstaje rozgłoszone po świecie - mówili państwo. - To szczęśliwy człowiek. Możemy być nieomal dumni, że go mamy.
Ale wcale nie byli dumni. Czuli, że mimo wszystko to oni byli państwem i mogli przecież odprawić Larsena; ale nie czynili tego, bo byli dobrymi ludźmi, a tyle tego rodzaju dobrych ludzi istnieje na świecie. To jest bardzo pocieszające dla wszystkich Larsenów. 
Oto jest opowiadanie o ogrodniku i jego chlebodawcach. 
Teraz możesz się na nim zastanowić.

Hans Christian Andersen:))