Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

wtorek, 14 sierpnia 2012

Władca wód

W pewnym państwie władał dumny car. Cieszył się ze swojej młodej żony. Mimo, że byli już długo małżeństwem, nie mieli jednak dzieci. To sprawiało, że car chodził chmurny i zatroskany. 
Tak się raz zdarzyło, że władca w otoczeniu bajorów, rycerzy i dworzan wybrał się na polowanie. ogromny niedźwiedź spłoszył orszak, konie przeraził, a wieli myśliwych zabił. Koń cara wpadł w popłoch i na oślep pogalopował przez las. Nim go car opanował, okazało się, że jest zupełnie sam w kompletnej głuszy i że nie ma pojęcia, w którą stronę iść, by powrócić do stolicy.
Utrudzony i spragniony dotarł do leśnego jeziora. Woda w nim była jak kryształ czysta, jak lód zimna i niczym brylant błękitna.
Ponieważ car nie miał kubka ani czarki, położył się na brzegu, aby się napić. Zanurzył w krystalicznej wodzie swą brodatą twarz. Woda z miejsca dodała mu sił i orzeźwiła umysł. Ale po chwili zafalował nagle, niczym zmącona wichrem. jakaś silan ręka złapała pod wodą cara za brodę. A z głębi rozległ się grzmiący głos Władcy wód:
- Puszczę cie, carze, ale pod jednym warunkiem. Tyś z mojego świętego jeziora wodę pił, ani mnie o zgodę nie pytając. Więc ja tobie też chcę coś zabrać. Prawem zagadki oddasz nie ze swego, czego nie było w nim, gdyś na polowanie wyruszał, a co w nim zastaniesz, kiedy wrócisz.


 

Car zgodził się na żądanie Władcy Wód. Wszystko w swym pałacu znał, niczego nie mogło bez jego wiedzy przybyć ani ubyć. Chyba żeby klacz jak się oźrebiła albo kotka powiła kocięta. "To mogę oddać" - pomyślał.
Dał Władcy Wód słowo, że za rok wróci do jeziora i przyniesie mu to, czego nie było w domu, gdy na polowanie ruszał.
Władca Wód puścił carską brodę i car konno wrócił do swojej stolicy. 

Wjechał w bramy pałacu, zastał szpalery gnących się w ukłonach urzędników i dworzan. Tych, co z nim na polowaniu byli, a zgubili go w lesie, chciał od razu ukarać, ale postanowił najpierw zobaczyć się z żoną.
Wszedł do jej komnat i stanął jak wryty - jego piękna zona trzymała na rękach maleńkie dzieciątko, dopiero urodzone - synka, następcę tronu. Zasmucił się car i zasępił. Oto, o czym nie wiedział, że czeka na niego w domu! Chwycił dzieciątko w objęcia, ale na jego sercu zastygła lodowa czapa strachu. Jakże to, miałby za rok oddać to, na co przez całe życie czekał? "Złamię dane słowo. Nie oddam władcy wód syna" pomyślał.
Minął rok i car nie pojechał z synem do puszczy. Minął następny i następny... Carewicz rósł jak na drożdżach, buzia mu się śmiała od ucha do ucha, a nad jego mądrą głową płakali ze szczęścia ojciec i matka. Car nakazał budowniczym ogrodzić puszczę wysoką palisadą z ostrymi żerdziami, a służba miała przykazane, by carewicza iwana nawet od palisady trzymać jak najdalej. 
Minęło parę lat, carewicz miał już piętnaście lat i car rozglądał się, by mu królewny poszukać i wesele wyprawić. Ale jednej nocy wyschły wszystkie studnie, tak że rankiem chłopi wyciągali z nich cebrami tylko suchy piasek. W południe opadły i zamuliły się rzeki, tak że można je było w błocie po kolana przejść i gołymi rekami ryby z mułu wybierać. Wieczorem wyschła carska studnia, przez tatarskich więźniów wykuta w skale aż do najgłębszych źródeł pradawnej wody. Sługa wysłany do niej wrócił blady ze strachu padł na twarz przed carem.
- Na dnie studni szkielet rybi leży i woła:

Oddaj, carze, coś przyrzekał,
Albo wyschnie każda rzeka.
Sroga tu pustynia stanie,
Jeśli przyrzeczenie złamiesz!

Car zrozumiał, że dalej już nie może lekceważyć Władcy Wód wezwał co prędzej carewicza Iwana: 
- Synu mój ukochany! Wybacz, bom pochopnie zadecydował o twoim losie. Obiecałem Władcy Wód, że mu ciebie oddam. Przysięgę złamałem i teraz straszliwie się o ciebie upomniał. Jeśli do niego nie pójdziesz, wszyscy pomrzemy z pragnienia.

Młodzieniec ucałował ojca i matkę. Car kazała palisadę zwalić i carewicz przez wyłom w zaporze wszedł do złowrogiego lasu. Napotkał tam chudziutką staruszkę zbierającą na polanie zioła.

 

- Dokąd to, carewiczu Iwanie, droga wiedzie? - spytała. 
Carewicz odburknął jej niegrzecznie, bo ojciec wychował go w pogardzi dla prostych ludzi. Staruszka głowę w ramiona schowała i zaczęła się oddalać. Iwana ogarnął wstyd. "A może to ostatnia żywa istota, z którą rozmawiałem?" - pomyślał. Dogonił starowinkę, do nóg jej padł i o wybaczenie poprosił.
- Do władcy Wód idę na służbę albo na śmierć - wyjaśnił stroskany carewicz.
- Na śmierć idziesz pewna, bo twój ojciec przysięgę złamał - powiedziała starowinka poważnie. - Ale nie frasuj się. Idź ku jezioru w środku lasu. Tam ukryj się i czekaj na przylot łabędzic. Są to córy Władcy Wód. Jedenaście ma białe pióra, dwunasta pstrokate. Gdy się pójdą kapać, spróbuj pstrokate pióra pozbierać - poradziła mu.
Poszedł Iwan, jezioro znalazł, w chaszczach się schował. Wtem zaszumiały skrzydła, nad wodę opadło dwanaście łabędzic. Zrzuciły pióra i przemieniły się w młode dziewczęta. Pobiegły pluskać się w wodzie, a tymczasem Iwan ukradkiem zbierał pstrokate pióra. gdy dziewczęta wróciły z kąpieli, jedenaści zarzuciło na siebie pióra i odleciało, a dwunasta, najpiękniejsza, zaczęła lamentować.
- Kto wziął moje pióra? Kimkolwiek jesteś, pokaż się. Jeśli jesteś starcem, bądź mi od dziś ojcem, jeśli staruszką, bądź mi matką, jeśli młodzieńcem, bądź narzeczonym, ale pióra zwróć!
Wyszedł Iwan z ukrycia i pióra jej oddał.
- Jestem carewicz iwan, na służbę do twojego ojca idę.
- A mnie zwą Heleną mądrą. mój ojciec zabić cię chce, ale ja ci pomagać będę - obiecała piękność.
Iwan trafił na jezioro, w którym mieszkał Władca Wód. Zszedł na samo dno i stanął przed tronem podtrzymywany przez ogromne sumy. na tronie siedział Władca Wód.
- Piętnaści lat na ciebie czekałem. Teraz dam ci robotę do wykonania. Zrobisz, przeżyjesz. Ni podołasz, każę szczupakom żywcem cię pożreć - powiedział Władca Wód.
I rozkazał, aby Iwan przez noc wyrąbał kawał gęstego lasu, ziemię zaorał, zasiał pszenicę, zżął ją, przemielił ziarna na mąkę, z maki pierogi ulepił i na stole na śniadanie jemu postawił.
Wrócił Iwan jak niepyszny na brzeg, a tam już na niego Helena Mądra czekała. Opowiedział jej, jakie zadanie dostał.
- Wyśpij się, ja temu zaradzę - powiedziała Helena Mądra.
Wypowiedziała zaklęcie i w jednej chwili na brzegu stanęli ludzie, których Władca Wód potopił w jeziorach i rzekach. Rzucili się do pracy i raniutko carewicz zszedł na dno jeziora z misą gorących pierogów.
Władca Wód powiedział:
- Nie twoja głowa to wymyśliła, ktoś ci musiał pomóc. Ale mam dla ciebie drugie zadanie. Do jutra musisz z wosku pszczelego ulepić cerkiew, z kopułami ponad wierzchołki drzew.
Wrócił Iwan na brzeg, opowiedział Helenie mądrej o czekającym go zadaniu. dziewczyna klasnęła w dłonie i ze wszystkich stron zleciały się brzęczeniem nieprzebrane roje pszczół. Helena klasnęła drugi raz i pszczoły zaczęły lepić cerkiew.
A robił to tak szybko, że cerkiew powstawała w oczach, rosły jej mury, zaokrąglały się kopuły, w środku rozkwitały misterne ikony. pod koniec dnia pszczoły odleciały, a złota od wosku cerkiew błyszczała ponad taflą jeziora, odbijając słoneczna promienie. 

Władca wód ujrzał ten blask, podpłynął ku powierzchni jeziora i zobaczył Iwana obejmującego Helenę Mądrą. Gniew w nim zakipiał, rozkazał swoim sługą-szczupakom chwycić oboje i zamknąć w kamiennych komnatach na dnie jeziora. 
- Uczesz się, córko, wystrój się pięknie na wesele - zaśmiał się Władca Wód. - Jutro o świcie twego narzeczonego szczupaki żywcem zjedzą po kawałeczku, a ty będziesz się temu przyglądać - zapowiedział.
Ale gdy Władca Wód odszedł, Helena Mądra zraniła się nożem w serdeczny palec, upuściła trzy krople krwi na podłogę, po czym zamieniła się w malutką rybkę, wypłynęła z komnaty przez dziurkę od klucza i uwolniła iwana. oboje dosiedli koni, wydostali się z jeziora i ruszyli przez las.
Władca Wód tymczasem przysłał sługę do komnaty Heleny. ten zapukał do drzwi. A pierwsza kropla krwi odpowiedziała:
- Już idę tylko suknię ułożę.
czekał sługa czas jakiś i znów zapukał. a druga kropla krwi odpowiedziała:
- Tylko włosy uczeszę!
Wtedy nadszedł zniecierpliwiony Władca Wód i walnął pięścią w drzwi. A trzecia kropla krwi zawołał:
- Już, tylko włożę korale!
Poznał Władca Wód, że to nie głos córki. Wyważył drzwi, a w komnacie pusto. Nakazał sługom-szczupakom zamienić si w ludzi z głowami szczupaczymi, dosiąść koni i gonić za uciekinierami.
- Słyszę pościg, zaraz nas złapią i zabiją - przestraszył się Iwan.
Na to Helena Mądra zamieniła siebie w ogród warzywny, a iwana w głowę kapusty. Pościg dotarł do ogrodu i wrócił do Władcy Wód. Wysłańcy zameldowali, że nikogo nie znaleźli, tylko ten warzywniak był na drodze.
- Głupcy, przynieście mi tę kapustę, znać tu pomysły mojej córki - zeźlił się Władca.
pognały znowu szczupacze sługi, już prawie dopadły uciekających, gdy Helena Mądra rzuciła na ziemię swój grzebień. od razu zmienił się w las tak gęsty, że nie sposób było przezeń przejechać. Ale szczupacze sługi zębami pnie drzew rozgryzły i dalej gonić!
Rzuciła Helena Mądra na siebie pierścień. Wyrosła z niego góra ogromna, ale szczupacze sługi kopały ziemię tak, że przekopały się pod górą i ruszyły znów w pogoń. Wtedy Helena Mądra rzuciła za siebie chustę, a ta zmieniła się w morze ogromne. Wskoczyły do niego szczupaki i całkiem w nim pobłądziły.
Iwan ucałował Helenę, a gdy przybyli go jego państwa, powiedział:
- Czekaj tu na mnie, ja pojadę przodem i z karetą tu wrócę, byś do pałacu przyjechała, jak wypada młodej cesarzowej.
- Dobrze, ale pamiętaj: gdy kogoś w prawy policzek pocałujesz, zapomnisz o mnie - ostrzegła go Helena Mądra.
- Nigdy cię nie zapomnę - odparł carewicz i pojechał.
ale w pałacu, podczas serdecznego powitania rodziców, matkę swą ucałował w oba policzki i od razu o Helenie mądrej zapomniał.
Czekała na niego dziewczyna siedem dni. Wreszcie poszła pieszo do carskiego grodu i najęła się do służby do piekarza. tam dowiedziała się, że car chce ożenić swego cudem ocalałego syna z zamorską księżniczką.
A był w tym kraju obyczaj, że przed zaślubinami poddani składali swemu carowi prezenty ślubne. Helena Mądra upiekła więc wielką, rumianą brioszkę z rodzynkami. zaniosła ją do pałacu, a straże zabrały prezent, by carewiczowi u stóp złożyć. Spodobała się Iwanowi apetyczna brioszka, przełamał ją na pól dla skosztowania, a wtedy z jej środka wyfrunęła para gołębi. usiadł na oparci tronu i gołąbek zagruchał do gołębicy:
- Pocałuj mnie!
- Nie! Ja ciebie pocałuję, a ty o mnie zapomnisz, jak carewicz zapomniał o tej, co go od śmierci uratowała - odpowiedziała gołąbka i odleciała przez okno.
Zbladł carewicz Iwan, zerwał się z tronu i nakazał szukać tej osoby, co brioszkę przyniosła. gdy wprowadzono Helenę, do nóg jej upadł, rąbek szaty ucałował, a potem zawołał do swego ojca:
- Oto jest ta, która mnie od śmierci uratowała, która mnie tu przyprowadziła. I tylko ją chcę za żonę!
A car i caryca natychmiast wyprawili im wesele. I panował carewicz Iwan razem z Heleną Mądrą tak sprawiedliwie i tak dług, że do dziś jeszcze ludzie wspominają, że w całej historii Rusi takiego dobrego cara nie było - ani przedtem, ani potem. Ale to przecież wiadomo, że nie byłoby ani tego cara, ani tych lat szczęśliwych, gdyby nie Helena Mądra, córka Władcy Wód.

Bajka rosyjska:))




czwartek, 9 sierpnia 2012

Ilia Muromiec

Dawno temu, kiedy na Rusi panował kniaź Włodzimierz, a na ziemi ruskiej rodzili się ludzie, co siłę mieli w pięści i rozum w głowie, ale nigdy na odwrót, zdarzyło się wszystko, co tu zostało spisane.
W małym siole  niedaleko grodu Murom żyło sobie małżeństwo. Gdy urodził im się syn Ilia, ich radość trwała krótko. Okazało się bowiem, że chłopiec, choć zdrów, chodzić sam nigdy nie będzie. Nogi miał bezwładne, pełzał na brzuchu przy ziemi. Chodzili do znachorów, chodzili do bab-czarownic. Chodzili, nic nie wychodzili. 
Ilia z bezwładnymi nogami przeżył trzydzieści lat. Pełzał po ziemi jak jaszczurka, zawsze był jej blisko, nauczył się jej zapachów, sygnałów, mądrości i cierpliwości. Wyrósł na pięknego, silnego mężczyznę. Zostawiali go rodzice na przyzbie, żeby chaty pilnował i siekierką brzozowe polana na szczapki łupał. Siedział więc dumny młodzieniec, za kluczami żurawi tęsknie spoglądał, mgły poranne na palce nawijał i łowił w uszy daleki poszum zielonych staroruskich lasów, starszych niż ludzka pamięć  i wielkich jak świat. Raz Ilia siedział na przyzbie, a skwar taki z nieba płynął, że powietrze nad piaszczystą drogą drgało jak woda wiosłem zmącona. Z tego zmęczenia wyłoniło się dwóch starców z siwymi brodami zatkniętymi za pasy. Przywitali Ilię i obok niego na ławie spoczęli.
- daj nam, młodzieńcze, wody albo piwa, bośmy strudzeni - poprosili.
- Oto mój dzban - odpowiedział Ilia i podął im czerwony gliniak, w którym miał zapas wody na cały dzień.
- Jeśli ci wypijemy, z pragnienia zemdlejesz - powiedzieli.
- Do potoku się dowlokę, a nie uda się to rodzice mnie odratują - odpowiedział Ilia.
Staruszkowie wypili całą wodę z dzbana.
- Teraz idź do piwnicy i przynieś sagan brzozowego soku - poprosili. 
- Jakże zejdę do piwnicy, kiedy nogi mam niewładne? 
- Pójdź powiadamy. Nie udawaj przed nami.
Wstał Ilia na równe nogi, pierwszy raz w życiu. Poczuł, że go niosą, że go dźwigają, że są sprężyste i jego woli posłuszne. Popędził do piwnicy po drabinie tak swobodnie, jakby to co dzień robił. 
- Pijecie, czcigodni wędrowcy, ja waszym dłużnikiem jestem - zawołał.
- Nie, Ilia, ty pij pierwszy - poprosili starcy. 
Ilia wypił trzy hausty. W głowie mu się zakręciło.
- Teraz słuchaj, Ilia, masz moc ogromną, ale używaj jej mądrze. Bezbronnego człowiek nie krzywdź, Sołowieja-Rozbójnika pokonaj, bogactwem gardź, pychy się wystrzegaj. Jeśli to spełnisz, nigdy nie zginiesz w walce. A żebyś mógł czynów wielkich dokonać, musisz znaleźć rumaka bojowego, którego od śmierci uratujesz - powiedzieli mu wędrowcy.
Wstali i poszli dalej, aż gorące powietrze całkiem ich rozwiało.  

Rodzice na widok ozdrowiałego syna płakali ze szczęścia. Potem płakali z żalu, kiedy im powiedział, że musi udać się na wędrówkę po Rusi i ze swej mocy poczynić użytek.
Nazajutrz Ilia wybrał się na spacer i natknął się na chłopa, który chromego źrebaka okładał kijem tak, że konik już prawie padł. odebrał źrebca chłopu, kopiejkę wykupnego dał i tak zwierzęciu życie uratował.


 

Konik pod troskliwą ręką Ilii rósł w oczach i szybko zmienił się w silnego rumaka. A gdy raz, wracając z pastwiska, wygrzebał kopytami dół, w którym ukryte były: pancerz, miecz i łuk z kołczanem pełnym strzał, Ilia zrozumiał, że pora ruszać w świat. Pożegnał rodziców i ruszył przed siebie, by się do kniazia Włodzimierza w Kijowie na służbę zaciągnął.
Jechał Ilia kilka dni, aż dotarł do Czernihowa. Z dala już słyszał, jak matka Ziemia jęczy pod butami okrutnych najeźdźców, ujrzał, że gród oblegli Tatarzy i chcą miasto zdobyć, a ludność w jasyr wziąć. Dobył miecz i sam jeden ruszył na nich. Kruszyły się zakrzywione szable o pancerz Ilii Muromca, tatarskie strzały w locie mieczem przecinał. Kiedy już nie było z kim walczyć, a wdzięczni mieszkańcy ofiarowali mu złoto.
- Jadę do kniazia Włodzimierza. a złota nie chcę. Moim skarbem jest matka Ziemia - odpowiedział Ilia Muromiec i zażądał, by mu najkrótszą drogę do Kijowa wskazali.
- Nie chcesz złota, sokole, herosie dumny, przyjmij dobrą radę. najkrótszą drogą nie przejedziesz, bo tam ma kryjówkę Sołowiej-Rozbójnik. Podróżnych porywa, żywcem na pół rozcina i pożera - poradzili mu czernihowianie.
Podziękował Ilia Muromiec i ruszył najkrótszą drogą do Kijowa. przed wieczorem ujrzał około dwudziestu ogromnych, rosnących obok siebie dębów. Wielki drzewa były u dołu ściśnięte żelazną obręczą, na chłop wysoką, a w górze splecione konarami. Była to forteca Sołowieja-Rozbójnika. Potwór z daleka dojrzał Ilię Muromca , wychylił się zza konarów i potężnie gwizdnął, a brzmiał to tak straszliwie, że wszyscy podróżni zwykle mdleli. Wtedy Sołowiej-Rozbójnik, nie śpiesząc się, zbierał pomdlałych ludzi, a potem żywcem ich rozcinał i pożerał.
Teraz, gdy gwizdnął, zachwiał się rumak pod Ilią, a jemu samemu w uszach aż zaświszczało. Dobył Ilia z chlebaka trochę ziemi czarnej, zatkał nią uszy sobie i rumakowi. Potem spokojnie wyciągnął łuk. Sołowiej-Rozbójnik ryczał, ale na próżno. Pierwsza strzała trafiła w żelazną obręcz, która pękła, a dęby rozłożyły się jak płatki kwiatu. Sołowiej-Rozbójnik zleciał na ziemię i wtedy dostał druą strzałą prosto w oko. Ilia Muromiec przytroczył potwor do siodła i ruszył dlej do Kijowa. 

Dotarł Ilia Muromie do Kijowa. Przez złotą bramę przejechał, na dziedzińcu zamku konia zostawił i wszedł na dwór kniazia Włodzimierza. Pokłonił się nisko kniaziowi i księżnej. 
- Ktoś ty i skąd przybywasz? - spytał kniaź Włodzimierz.
- Jestem Ilia Muromiec. Przyjechałem co ciebie, kniaziu, na służbę.
- Którędy do mnie jechałeś? - spytał kniaź Włodzimierz.
- Z Czernichowa, najprostszą drogą - odpowiedział Ilia.
Wszyscy dworacy i rycerze zaczęli śmiać się i szydzić:
- Kłamie, kniaziu, każ go kijami obić.Gdyby jechał najkrótszą drogą Sołowiej-Rozbójnik by go zjadł.
- Prawdę mówią. jakże mogę ci ufać? Gdybyś jechał, jak mówisz, już byś był martwy - powiedział kniaź. 
Ilia bez słowa podszedł do okna i wskazał w dół. Wyjrzał kniaź, wyjrzeli wszyscy, zobaczyli na dziedzińcu, że do rumak trup Sołowiej-Rozbójnika jest przytroczony. Uradował się kniaź, ucieszyli się jego dworacy i rycerz. zaraz zarządzili wieka ucztę na złotych talerzach. Ale przy stole kniazi mogli siedzieć tylko wysoce urodzeni szlachcice. Ilia Muromiec wywodził się z chłopów, więc jemu dali jeść w stajni. Jeszcze się uczta nie skończyła , gdy oto na dwór kniazi przybył wysłannik Tatarów.
- Idzie tu cała Złota Orda pod wodzą mocarza Idola-Pohańca. Dacie złoto i niewolników, to wrócimy. Nie dacie, to was wymordujemy - powiedział posłaniec.
Rycerze ze strachu wypuścili z rąk włócznie. Dworzanie zbledli, a kobiety pomdlały. Wszyscy błagać zaczęli: "Poddajmy się!".
- Jadę kniaziu, tam Tatarzy czekają! - zawołał Ilia Muromiec. - który z nich na ruskiej ziemi stopą stanie, w tej ziemi już swe kości zostawi. - dodał.
wskoczył na konia i ruszył na wschód. Wpadł na obozowisko tatarów i krzyknął:
- Ha, pohańcy, mało wam było pod Czernichowem? Teraz dostaniecie resztę!
I rzucił się na nich niczym oskół drapieżny. Mocarza Idola-Pohańca pięścią w ziemię wbił aż po pachy i mieczem głowę mu ściął. Na ten widok cała Złota Orda z krzykiem przerażenia uciekła z ziemi ruskiej i jeszcze przez sto pięćdziesiąt lat bała się nawet zbliżyć do niej.
Tymczasem gdy na pole bitwy dojechali kniaziowi rycerze, zobaczyli, że już wszystko załatwione, i popędzili do Kijowa. Tam opowiedzieli kniaziowi jak dzielnie odparli atak Tatarów.
- A Ilia Muromiec? - spytał kniaź Włodzimierz.
- Był z nami, coś tam mieczem pomachał, ale mocniejszy on w gębie niż w polu - skłamali.
I kniaź Włodzimierz dla nich  ucztę zwycięską  wyprawił. 

gdy Ilia Muromiec powrócił do Kijowa z głową Idola-Pohańca nabitą na lancę, ujrzał, że kniaź Włodzimierz już cały dzień ucztuje z rycerzami, a oni przechwalają się, jak to ojczyznę obronili i Tatarów pokonali. Heros rozzłościł się, skrzyknął gawiedź, sługi i parobków i powiedział:
- Oto tchórzom dano jadło i wina, mnie nawet nie podziękowano, a więc ja chłopski syn, was dziś na ucztę zapraszam.
To mówiąc, wydobył strzałę z kołczana, naciągnął łuk i tak puścił strzałę, że strącił trzy pozłacane kopuły z książęcych wież. Kopuły spadły na ziemię, a złote odłamki zasłały cały dziedziniec. Gawiedź rzuciła się, wyzbierała wszystkie kawałeczki i pobiegła kupić sobie za to jedzenia i wina. A Ilię Muromca zaprowadzono przed oblicze kniazia Włodzimierza. Tam heros rzucił mu do stóp włócznie z zatkniętą głową Idola-Pohańca.
- Prawda to, nie oni zwyciężyli Tatarów, ale ty - przyznał kniaź.
Ale był zły na Ilię za zniszczenie złotych kopuł, postanowił więc wysłać herosa w drogę do przeznaczenia i w ten sposób nagrodzić go i jednocześnie ukarać. Kazał mu jechać zaczarowaną ścieżką, aż dojedzie do wielkiego kamienia o trzech bokach. Tam Ilia miał zdecydować, którą drogą odjedzie z Kijowa. Na każdej z nich czar jakiś był nałożony, a przez to na wszystkie drogi ruskie rzucona klątwa niebezpieczna. 
Ilia Muromiec pojechał kamienistą ścieżką aż do kamienia o trzech bokach. Każdy wskazywał jedną drogę i miał na sobie napis: "Kto pojedzie w prawo - będzie zabity, kto pojedzie w lewo - będzie żonaty, a kto pojedzie prosto- będzie bogaty".
Ilia pojechał w prawo. zaraz dotarł do polany, na której siedziało pod dębem dwudziestu rozbójników. Zerwali się z miejsca i chcieli zabić herosa. Ilia napiął łuk i strzelił w pień dębu z taką siłą, że z pnia odleciało dwadzieścia wielkich drzazg, a każda z nich trafiła jednego rozbójnika w samo serce. Ilia wrócił i na kamieniu napisał: "Ilia Muromiec pojechał na prawo i nie został zabity".
Skręcił w lewo i wieczorem dotarł do zameczku. Mieszkała tam Księżniczka-Zwodnica, która każdego zalotnika kładła na swym łożu, a ono nagle się otwierali i nieszczęśnik spadał do lochu. Ilia sam rzucił dziewczynę na łóżko i patrzył, jak spada do lochu. Potem uwolnił z piwnicy wielu swych poprzedników, a Księżniczkę - Zwodnicę kazał i m w lochu zostawić, by już nikogo nie skrzywdziła. Wrócił do kamienia i napisał na nim: "Ilia Muromiec skręcił w lewo i nie jest żonaty".
Potem pojechał prosto. Trzecia droga zaprowadziła do do wysokiej wierzy. wszystkie komnaty wypełniono tu szczelnie złotem, ale kto napakował sobie mi kieszenie, robił się tak ciężki, że złoto jak bagno ściągało go na dno i nieszczęśnik topił się w nim. Ilia wzruszył tyko ramionami i wyszedł, a wtedy wieża z chrzęstem rozpadła się i pochłonęła ją ziemia. Ilia wrócił na rozstaje dróg i wyrył w kamieniu: "Ilia Muromiec pojechał prost i nie stał się bogaty".
I w ten sposób odczarował ze złych mocy wszystkie ruskie drogi. a potem ruszył dalej w świat, pomagać ludziom. A dopóki żył, przez sto pięćdziesiąt lat, spokój był na Rusi i porządek. Dlatego, choć od tamtej pory minęło już tysiąc lat a okładem, Ilię Muromca sławią pieśni i legendy, a co w nich zapisano, jest szczerą prawdą. A co w nich zapisano już się nie przypomni. Chyba, że wsłuchacie się w poszum zielonych staro ruskich lasów, starszych niż pamięć i wielkich jak świat.

Bajka rosyjska:))
  


niedziela, 5 sierpnia 2012

Dzikie gęsi

W wiosce drewnianej, za pszenicznym łanem, za strumyka smugą, za łąką rozdeptaną racicami krów, żyli sobie mąż i żona. mieli dwoje dzieci jasnowłosych, uśmiechniętych i rumianych. Kiedy oboje wychodzili w pole albo wędrowali na jarmark, dzieciaki zostawały w domu, bawiły się na podwórku, gotował strawę i zamiatały kątki.
Pewnego razu rodzice uszykowali się do drogi i powiedzieli dzieciom i powiedzieli dzieciom:
- Idziemy na jarmark do miasteczka. Ty zaś, córuchno, braciszka pilnuj, samego go na podwórzu nie zostawiaj, nie daj mu wyjść na drogę anie też sama się nigdzie nie zgub. Bo gdzie twój braciszek, tam i ty musisz być. a jak będziesz grzeczna i pilna, to ci chustkę czerwoną kupimy albo i duże, okrągłe korale.
Jednak gdy rodzice zniknęli za horyzontem, siostrzyczka braciszka usadził na podwórku, własne lalki mu dała i drewniane koła do zabawy, a sam niby na chwilkę podeszła do sąsiadów, na figle, na psoty. "Zaraz wrócę do braciszka, za momencik" - pomyślała sobie, ale co pomyślała, to i zaraz zapomniała. I braciszek został sam na podwórku. 
A w powietrzu zaszumiało, zakląskało setką gęgających gardeł. Najpierw słońce przesłonił szary, falujący setką skrzydeł cień, potem zniżył lot i niczym chmura zawisł nad podwórkiem. 

 

Były to dzięki gęsi. Ogromnym stadem zakotłowały się nad podwórzem, spłoszyły kury i indyki. i ani się dziewczynka nie obejrzała, już jej braciszka nie było. Przerażona wołała go, szukała wszędzie. na próżno.
- Com ja narobiła, gdzie ja cię zgubiłam, braciszku! - lamentowała.
Ale na nic były łzy.
Wybiegła na pole i wtedy na horyzoncie dostrzegł klucz dzikich gęsi. Zrozumiała, że to one porwały jej braciszka. dawno, kiedy jeszcze żyła babcia, słuchał jej opowieści o tym, że dzikie gęsi porywają małe dzieci, kiedy ich nikt nie pilnuje. Dziewczynka ze strachu chował wtedy głowę pod pierzynę, a kiedy urodził się braciszek, obiecała sobie, że nigdy nie zostawi go samego, że go ptakom złym nie da porwać i unieść nie wiadomo gdzie.
A teraz aż policzki zapłonęły jej z gniewu i ze wstydu, że pozwoliła braciszka zabrać na kraj świata!

Niewiele myśląc, pobiegła ile tchu w płucach przez gościniec żółty, przez pszeniczne łany, za strumyka smugę, przez łąkę rozdeptaną racicami krów. Pobiegła przed siebie, na pomoc braciszkowi.
Ale nie łatwo jest klucz dzikich gęsi dogonić, nie każdy potrafi tak szybko biec. Nie wszyscy wiedzą, jak ptaki uciekają: czy prostą drogą, czy kluczą, czy na noc zapadają w trzciny, a rano wznoszą się znów do lotu?
Pędzi siostrzyczka, warkocze jasne wokół głowy latają jej niczym dwa biczyska, aż tu patrzy: na skraju lasu piec stoi. Piec gliniany, wapnem pobielany, czerwienią i błękitem we wzory pisany, piec jak w niejednej paradnej chałupie, ale on tu w lesie. na mchu, obok krzaków jeżyn i kęp jagodowych krzaczków. stoi piec, żelazne pyszczydło szczerzy, ogień mu spomiędzy rusztów bucha.
- Piecu gorący, dymem buchający, powiedz, proszę, piecu biały, dokąd gęsi poleciały? - zawołała dziewczynka.
Pic zasyczał, załomotał i odpowiedział:

Skosztuj bułeczki żytniej,
Com ją dla ciebie wypiekł.
Gdy uraczysz się kęsem,
Powiem, dokąd lecą gęsi...

- Nie chcę żytniej bułeczki! U nas tylko pszenne jadamy, takie szczęście w domu mamy - zawołała dziewczynka.
Piec na to zamilkł, zgasł i żelazne pyszczydło, przed chwilą jeszcze gorące do czerwoności, przestało się świecić.
Pobiegła dziewczyna dalej. Wielkimi susami sadziła przez wydeptane miedze i zagajniki, gdzie stare sosny strząsają siwe igły pod nogi młodych, zawstydzonych swą bladością brzóz, a giętka jak bystry dworzanin jarzębina nakłada swe korale na gałęzie grubej olszyny, szeleszcząc: "Do twarzy pani z tą czerwienią".
Dobiegła dziewczynka do jabłoni nieco zdziczałej, która rosła pomiędzy polem a zagajnikiem.
- Drzewko rumiane, jabłkiem obsypane, powiedz, proszę jabłoneczko, gdzie gęsi zabrały dziecko? - zawołała prawie już bez tchu.
A jabłonka ludzkim głosem wyszeptała: 

Gęsi lecą a lecą,
U mnie jabłuszka świecą.
Jabłko zjedz, oderwij liść,
Powiem ci, dokąd masz iść.

- Dzikie jabłko? U nas w sadzie nawet takich na wpół żółtych nie jadam, tylko same czerwoniutkie i słodziutkie - wzdrygnęła się dziewczynka i pobiegła dalej.
Nic jej też jabłonka nie rzekła. A siostrzyczka pędem, biegiem, wedle grobli, ponad stawem, poprzez pole, wokół błota, wprost po drodze, obok bagna, wreszcie dobiegła do rzeki. Ale rzeki tak dziwnej, że nikt by jej nie uwierzył, że być może taka rzeka. Brzegi miała całe z miodu złocistego i lepkiego. A nurt rzeki mlecznobiały, samo mleko, tylko mleko tam płynęło.
- Mleczna rzeko śnieżnobiała, czyś ty gęsi gdzie widziała? - spytała dziewczynka.
A rzeka zaszumiała:

Mlekiem płynę, miodem płynę,
Skosztuj mnie odrobinę.
Napijże się z miodem mleka,
Bo braciszek ci ucieka.

- W domu rodziców nawet słodkiej i tłustej śmietanki nie pijam - odpowiedziała dziewczynka, a rzeczka zamilkła na dobre.

Słońce nieubłagani toczyło się ku zachodowi, gdy wtem zmęczona dziewczynka wbiegła wprost na chatkę. Dziwna to była chatka. stała na kurzej nóżce, jedno tylko miała okienko i kręciła się dookoła samej siebie.

 

Zajrzał tam siostrzyczka, zobaczyła Babę-Jagę, która kądziel srebrną przędła. A na podłodze, przy kominku, mały braciszek bawił się srebrnymi jabłuszkami. 
Chociaż strach dobrze ją trzymał za gardło, zapukała dziewczynka do drzwi chaty i zapytała, czy może wejść do środka.
- A cóż cię, dziecko, do mnie sprowadza? - spytała Baba-Jaga.
- Po machach błądziłam, po błotach brodziłam, sukienkę zmoczyłam, do domu nie trafiłam - odparła dziewczynka.
- ogrzać się chcesz, dziecino? Siądźże sobie przy kądzieli, ja zaraz do ciebie przyjadę - zaśmiała się dziwnie Baba-Jaga.
Usiadła dziewczynka i przędzie, nitka spomiędzy palców się wyrywa niczym złota błyskawica, wrzeciono tańczy, powarkuje. Omal nie przegapiła, ze ktoś ją spod stołeczka cichutko woła. Była to mała myszka.
- Dziewczynko, dziewczynko! Daj mi pojeść kaszy, powiem ci, jaki los wasz.
Dziewczynka nakarmiła myszkę kaszą i usłyszała, jak stworzonko ostrzega ją i do ucieczki zachęca:
- Poszła Baba-Jaga do komory, w łaźni napalić. Potem cię tam wyszoruje, wyparzy, a na koniec wypatroszy, do pieca wepchnie i kolację z ciebie sobie zrobi. ratuj się, póki czas!
- Ale ja braciszka swego kochanego ratować muszę! - wskazała na śpiącego chłopczyka zapłakana dziewczynka.
- Bierz dziecko na ramiona i uciekaj. Ja ciebie zastąpię.
Siostrzyczka chwyciła braciszka i wybiegła w las. Tymczasem baba-jaga wrzasnęła z komory, co ją miała wykopaną w ziemi koło domku: 
- Przędziesz dziecinko?
- Przędę babciu, przędę cały czas, jak kazaliście - zawołała cieniutkim głosikiem myszka.
A siostrzyczka z braciszkiem na rękach biegł przez trawy od rosy wieczornej zmarznięte, przez jałowce pachnące, podskakiwała po poduszkach zielonego mchu, byle dalej od baby-Jagi. Starucha tymczasem wrzasnęła z komory, zła jak sam diabeł, bo w piecu nie mogła rozpalić zmokłych drewienek: 
- Przędziesz, córuchno, jak kazałam?
- Przędę, babciu, od kołowrotka ani na krok nie odchodzę - zwołała znowu myszka. 
Wreszcie Baba-Jaga napaliła w piecu i rozdmuchała ogień. nalała pełną kadź wody, naostrzyła nóż i ruszyła w stronę chatki.  
- Jakże ci tam, córuchno, wychodzi przędzenie? - zapytała już w progu swojej chałupki.
- Znakomicie babciu.Już naprzędłam strasznie dużo - pisnęła myszka. - Ojoj! Oj... - zapiszczała ponownie, widząc, że Baba-Jaga stoi w progu.
Staruch wlepiła w myszkę oczy, zobaczyła, że nie ma obojga dzieci. I wtedy zaklęła tak szpetnie, że nawet kowal z wioski tak nie potrafi.

Gęsi! Dzikie gęsi! - zwołała Baba-Jaga o pomoc. I wtem zaszumiały pióra , rozgęgało się niebo nad chatą bay-Jagi. Pierzaste cienie zakryły słońce. To nalatywał korowód wielkich, zawziętych ptaków.

Dziewczynka nam ubieżała,
Braciszka swego zabrała.
Teraz biegną gdzieś po świecie.
Rozkażę wam, to znajdziecie,
Rozkażę, do mnie porwiecie - 

takie zaklęcie wypowiedziała Baba - jaga i ptaki natychmiast poderwały się do lotu i zniknęły nad lasem. Tymczasem dziewczynka z braciszkiem na rekach dobiegła już do mlecznej rzeki. Z oddali usłyszała złowróżbny gęgot nadciągającego klucza dzikich ptaków.
- Mleczna rzeko, śnieżnobiała, czybyś ty ty mnie nie schowała? - spytała dziewczynka.
A rzeka zaszumiała: 

Mlekiem płynę, miodem płynę,
Skosztuj mnie odrobinę.
Napijże się z miodem mleka,
Nie zobaczą cię z daleka. 

Dziewczynka skosztowała mleka i miodu, podziękowała pięknie, a wtem rzeka zasłoniła ją mleczno-miodną falą i dzikie gęsi odleciały.
dziewczynka pokłoniła się rzece i pobiegła dalej. Aż tu słyszy, że dzikie gęsi zawracają, znowu ich gęganie zbliża się znad wierzchołków drzew. nagle wpadła wprost na starą , dziką jabłonkę.
- Drzewko rumiane, jabłkiem obsypane, powiedz, proszę, jabłoneczko, czy zdołam uratować dziecko? - zawołała, trwożliwie oglądając się za siebie.
a jabłonka ludzkim głosem wyszeptała:

Gęsi lecą a lecą,
U mnie jabłuszka świecą.
Jabłko zjedz, oczywiście
Wtedy schowam was pod liście.

Dziewczynka czym prędzej zjadła jabłuszko, a zanim jeszcze zdążyła się pokłonić i za pomoc podziękować, drzewko wyciągnęło swoje gałęzie i roztoczyło nad dziećmi troskliwa opiekę. Zwiedzione tyk gęsi poleciały szukać dalej.
dziewczynka znowu ruszyła biegiem. Gnała co sił w nogach, w strachu, że zaraz znów usłyszy dzikie gęsi. I nie pomyliła się. Basowy gęgot i szum skrzydeł spłynęły znad lasu niczym syberyjski wiatr. I tym razem dzikie gęsi dostrzegły siostrzyczkę. I już nadlatują, skrzydłami biją, szyje po braciszka wyciągają. a do domu jeszcze kawał drogi. 
Dziewczynka nie miała już siły dalej uciekać i oto nagle dobiegła do pieca, który w lasie stał i dymił.
- Ukryj nas, piecu biły, by nas gęsi nie dostały! - poprosiła.
Piec zasyczał, załomotał i odpowiedział:

Skosztuj bułeczki żytniej,
Com ją dla ciebie wypiekł.
Gdy uraczysz się kęsem,
Nie dostaną was gęsi.

Dziewczynce nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zjadała bułeczkę pachnącą i chrupiącą, a piec od razu zgasł i ostygł, otworzył palenisko i dzieci wskoczyły do środka.
Polatał gęsi ponad piecem, pogęgały, krzycząc na całą okolicę, ale do Baby-jagi musiały powrócić z niczym. A dziewczynka pięknie piecowi podziękowała i z braciszkiem za rękę poszli prosto do domu przez gościniec żółty, przez pszeniczne łany, za strumyka smugę, przez łąkę rozdeptaną racicami krów.
A zaraz potem dotarli do chałupki. I w samą porę, bo z jarmarku nadeszli także rodzice, szczęśliwi, bo się za swoimi dziećmi przez cały dzień okropnie stęsknili. 

Bajka rosyjska:))






czwartek, 2 sierpnia 2012

Bieda

W małym przysiółku, na skraju nieprzebytych borów, mieszkało dwóch sąsiadów. Jeden był bogaty, a drugi biedny. Ten bogaty był gospodarzem, pól i łąk miał co niemiara i nazywał się Mykoła. Żonę miał tłustą, dzieciaki rumiane  i strojnie ubrane, w jego spiżarni nigdy niczego nie brakowało, a w izbie na ścianach wisiały bogato zdobione kilimy. Chatę miał porządną, stodołę pełną, pieniędzy trzymał tyle, ile mu zawsze było potrzeba. Słowem, żył jak prawdziwy panicz.
Temu biednemu na imię było Mikołaj. Mikołaj był cieślą, mieszkał w chałupce lichej żoneczkę i dzieci miał mizerne i zbiedzone. W skrzyni pusto, w spiżarni ledwie garstka maki, ot, życie ubogie.
Mikołaj był biedny i przymierał głodem, bo w jego chałupie z dawna już zagościła Bieda. 
 

Siedziała na e bury gałgan okręcona, włosy miała poczochrane, zęby w gębie krzywe i co spojrzała na Mikołaja, na jego zonę i dzieci, to śmiała się do łez.
- Mikołaju, Mikołaju, co ty masz, nie utrzymasz, co zdobędziesz moje będzie, i tak już do śmierci dziurę w brzuchu będę ci wiercić - podśpiewywała Bieda. A żoneczka i dzieci Mikołaja wybuchły płaczem.
Bo i prawdę mówiąc, nie do śmiechu im było. Przyniósł Mikołaj worek maki, Bieda połowę kradła. przyniósł dwa ruble srebrne, Bieda mu z ręki wyrwała, jeszcze nim na stole położył. Jak szedł z bochnem chleba z jarmarku, to jeszcze po drodze Bieda mu połowę zjadła, a robiła to tak szybko, że nie sposób się było od niej opędzić.
Nie raz i nie dwa Mikołaj szedł po prośbie do Mykoły.
- Sąsiedzie wielmożny, pomóż mi Biedę przegnać. Pomóż ją z domu wygonić, kijem obić, za lasy, za wody popędzić precz - prosił bogatego sąsiada, ale ten nawet go na podwórko nie wpuszczał
- Twoja Bieda, twoje zmartwienie, Mikołajku - zaśmiewał się Mykoła, pojadając tłustą kiełbasę i popijając złocistego piwa. specjalnie zawsze do mikołajka z jedzeniem w ręku wychodził, żeby go jeszcze bardziej upokorzyć. - Kiedy Bieda mieszka u ciebie, wtedy nie mieszka u mnie. tak i wracaj precz do niej - krzyczał zawsze Mykoła na odchodnym i drzwi do swojej chałupy głośno zatrzaskiwał.
Wracał Mikołajek do swojej chałupki, a tam już Bieda czekała na niego, szczerząc zęby i śpiewała:
- Mikołajku, Mikołajku, co ty masz, nie utrzymasz, co zdobędziesz, moje będzie i tak już do śmierci dziurę w brzuchu będę ci wiercić.

Pewnego dnia o świcie Mikołaj obudził się głodny i nieszczęśliwy, a pierwsze, co ujrzał, to była Bieda, nastroszona na piecu.
"Dość już tego będzie. Wezmę sznur i pójdę do lasu się powiesić" - pomyślał. Wstał po cichu, śpiącą żonę i dzieci ucałował, chrapiącej Biedzie pogroził pięścią. Wziął sznur i drabinę, po czym wymknął się z chaty. Poszedł do lasu, zielonego i pachnącego rosą. Szedł długo przez paprocie, przeskoczył strumyk, przelazł przez wielkie, zwalone pnie tysiącletnich drzew, aż doszedł na polankę. Rosła tam największa sosna w lesie, konary miała grube, pie wysoki, igły długie na łokieć, a w środku pnia dziuplę okrągłą i głęboką jak studnia.

 

Mikołaj westchnął, przystawił drabinę do pnia, wdrapał się do pierwszej gałęzi i zaczął wiązać na niej sznur z pętlą. Sosna poruszyła nagle wszystkimi konarami, chociaż wcale nie było wiatru. 
- Czyś ty, chłopie, zgłupiał, żeby się tu, w lesie, wieszać? - huknęła na mikołaja, aż ten przerażony, mało z drabiny nie spadł.
- Wybacz, sosno-mateczko, ale mnie już życie obrzydziło, nijak żyć, nijak żoneczce i dzieciakom w oczy spojrzeć - rozpłakał się mikołajek i opowiedział sośnie o całej swojej niedoli.
Wielkie drzewo pomilczało, poszumiało, wreszcie znienacka zapytało:
- A czy ty, Mikołaju, umiesz zastrugać szpunt do beczki?
- jasne, że umiem - odpowiedział zdziwiony Mikołaj. - wszak ja wyuczony na cieśle, ale nijak mi z ciesiołki żyć, a wszystko przez Biedę. 
- o, to nastaw uszu i dobrze wszystko zapamiętaj. Wrócisz do domu i wyciosasz wielki szpunt do beczki. taki szeroki jak moja dziupla. Potem zabierzesz szpunt, weźmiesz żoneczkę i dzieci, a biedzie powiesz, że uciekacie przed nią do lasu. Uciekajcie, kluczcie, kołujcie, biegnijcie, aż się tu zjawicie. A potem krzykniesz: do dziupli, żoneczko, do dziupli dzieciaczki! A potem to, jeśliś nie głupi chłop, sam zobaczysz, co zrobić - poradziła mu sosna-mateczka.
Mikołajek pokłonił się sośnie-mateczce cztery razy, podziękował za radę i zaczął co prędzej do domu się szykować.
- A drabinę zostaw, przyda ci się - zagderała na do widzenia sosna. 

Wrócił Mikołajek do domu i zaraz zabrał się do pracy. Stulanie siekiery i szuranie hebla zbudziło żonę, dzieciaki, no i Biedę oczywiście. Wstawiła przez drzwi rozkudłany łeb i woła:
- Co robisz, Mikołajku? Z jakiej przyczyny hałasujesz siekierą i heblem?
- Piwowar szpunt mi kazał wystrugać do beczki i srebrnego rubla obiecał zapłacić - skłamał Mikołaj Biedzie.
A straszydło zaklaskało w suche dłonie, wyszczerzyła trzy zęby i zawołało:
- Strugaj, strugaj! Już ten rubel będzie mój. Mikołaju, Mikołaju, co ty masz, nie utrzymasz, co zdobędziesz, moje będzie, i tak już do śmierci dziurę w brzuchu będę ci wiercić.
Mikołaj skończył szpunt, siekierę za pas zatknął i zawołam na całe gardło:
- Żonko, miła żonko, bierz dzieciaki i uciekamy!
Bieda wyskoczyła zza pieca.
- Jakże to, uciekacie? Dokąd to? 
- Od ciebie uciekamy, do lasu uciekamy, a ty zostań tu, w chałupie - odkrzyknął. 
Jedną ręką chwycił szpunt, drugą najstarsze dziecko. Żona złapała dwoje młodszych i rzucili się pędem do lasu. 
- Będę w lesie przed wami, nigdy was nie opuszczę - zaśmiał się Bieda i pognała na chudych nogach, w bury gałgan zawinięta, prost do lasu. a przy tym śpiewała na całe gardło: - Mikołajku, mikołajku, co ty masz, nie utrzymasz, co zdobędziesz moje będzie i tak już do śmierci dziurę w brzuch będę ci wiercić.
Mikołaj z zoną biegli co sił w nogach. przeskoczyli strumyk - Bieda przed nimi leci. Przeleźli przez zwalone pnie drzew - Bieda już tam na nich czeka. Dobiegli do polany - Bieda już tam siedzi po turecku i suchymi rekami macha na powitanie. Patrzy Mikołaj - stoi jego drabina, o sosnę-mateczkę oparta.
- Do dziupli żoneczko, do dziupli dzieciaczki! - zawoła, ale rękami żonę i dzieciaki przytrzymuje, żeby nigdzie nie biegły.
Bieda, słysząc to, zerwała się na równe nogi, jaki wicher pognała po drabinie i wskoczyła do dziupli. Mikołaj wspiął się tuż za nią, szybko i zwinnie jak wiewiórka. Zza pazuchy wydobył szpunt, przyłożył do dziupli, obuszkiem huknął raz i drugi, poprawił trzeci raz. Więcej poprawiać nie musiał. Szpunt siedział ciasno, jakby tam od zawsze tkwił.
- Aaaa! - krzyknęła Bieda, bo się popłakała, że mikołaj wcale nie chciał do dziupli skakać.
Dalej pięściami bębnić, głową w szpunt walić, wszystko na nic.
- Terasz posiedzisz sobie za karę, za te lata głodne, za te dzieciaczki zapłakane - powiedział Mikołaj. Popamiętasz mnie Biedo, oj, popamiętasz. Jeśli kiedy znajdzie się jakiś głupi, kto cię z dziupli wypuści, wtedy możesz zamieszkać u niego - zawołał mikołajek i na znak, że tak ma się stać, jak powiedział, Huknął jeszcze raza obuszkiem w szpunt, aż ten wszedł jeszcze głębiej w dziuplę.
A potem razem z żoną i dziećmi wrócił do domu.

Od tej pory radość zagościła w domu Mikołaja. Co wystrugał i sprzedał na jarmarku, to pieniądze do domu przynosił i żonie w chustę sypał. Niósł worek mąki, cały doniósł. Niósł bochen chleba, też bez żadnej straty bochen lądował na stole. Chyba, że oskubany z kilku skórek, co je mikołaj ptakom po drodze podrzucał. Bo choć sam niewiele miał, to nie umiał się z innymi nie podzielić. Chatę naprawił, dzieciaki ubrał w ładne stroje, żonka rumiana się zrobiła i bardziej okrągła. Słowem, Bieda wyniosła się z tego domu na dobre. 
- Co też się tam mogło stać? - dziwił się Mykoła, widząc, jak jego ubogi sąsiad a to konika kupił, a to sanie wystrugał i dobrze je sprzedał za dwie garści srebrnych rubli. W oborze pojawiła się krowa, a na zapiecku - kocur tłusty, postrach myszy i złośliwych polnych nornic.
- Jakże to tak? Jemu coraz lepiej się powodzi, jeszcze i mnie zechce dorównać - martwił się Mykoła i postanowił wywiedzieć się, jakim to sposobem jego sąsiad tak nagle na nogi stanął i bogactwo pomnaża.
Popatrywał, podglądał, to i wreszcie podejrzał. Zaciekawiło Mykołę, że mikołajek co tydzień do lasu chodzi wczesnym świtem, siekierę ze sobą niesie. Wraca potem też z siekierą, ale ani drzewa narąbanego nie taszczy, ani chrustu nasiekanego.
- Muszę ja sprawdzić, co też sąsiad szanowany w lesie porabia - zawziął się Mykoła.
I kiedy następnym razem wypatrzył, że Mikołaj z siekierą o szarym brzasku do lasu się wymyka, złapał sam za siekierę i jak lis po cichu trop w trop za nim. Tak śledził go i szedł za nim, aż doszli obaj do polany. A tam, widzi Mykoła, sosna ogromna rośnie, a przy niej drabina oparta. A mikołajek na samym szczycie stoi i obuszkiem szpunt opukuje, czy aby dobrze siedzi i dziuple dokładnie zakrywa. Mikołaj bowiem chciał być pewny, że bieda nie wyjdzie sama z drzewa, więc co tydzień sprawdzał, czy szpunt aby mocno siedzi.
"Ach więc tu ukrywasz skarby, z tej kryjówki twoje bogactwo" - pomyślał Mykoła, bo wytłumaczył sobie, że to na pewno skrytka z pieniędzmi.
Odczekał, aż mikołaj zejdzie z drabiny i zniknie w lesie. a potem sam wskoczył na wierzchołek drabiny i dawaj siekierą szpunt podważać. Zatrzęsła się sosna, poruszyła nagle wszystkimi konarami, chociaż wcale nie było wiatru.
- Czyś ty tam co ,chłopie zostawił, że teraz szukasz? - huknęła sosna na Mykołę.
- Ech ty! - machnął jej Mykoła siekierą tuż przed pniem. - Nie pouczaj mnie, bo cię zetnę i w piecu spalę - zagroził.
Sosna-mateczka nic już nie powiedziała, pozwoliła mu szpunt odbić i rękę do dziupli wsadzić. Maca Mykoła, maca, szuka pieniędzy, nagle czuje, że coś go za rękę chwyta. krzyknął nieszczęśnik, mało z drabiny nie zleciał, patrzy, a tu Bieda z dziupli się gramoli i za kaftan go łapie.
- Tyś mnie uwolnił, u ciebie zamieszkam - skrzeczy straszydło, w bury gałgan zawinięta.
Rzuciła się Mykoła do ucieczki, popędził do domu, a bieda gna za nim o krok i wrzeszczy na całe gardło:
- Mykoła, Mykoła, co ty masz, nie utrzymasz, co zdobędziesz, moje będzie, i tak już do śmierci dziurę w brzuchu będę ci wiercić!
I od tej pory Mikołajek był bogaty, a Mykoła biedny.

Bajka rosyjska:))