Lanuszka

Lanuszka
Lanuszka

niedziela, 18 maja 2014

Kogut podwórzowy i kogucik na dachu


Były raz dwa koguty: jeden stał na kupie nawozu, a drugi na dachu, oba się pyszniły; ale który z nich zadziwiał więcej? Powiedz nam swoje zdanie, a my zostaniemy przy swoim.
Przybytek drobiu był ogrodzony parkiem od sąsiedniego podwórza, gdzie leżała kupa nawozu, a na niej rósł wielki ogórek, który był świadom tego, że jest rośliną inspektową. 
- Takim się już przychodzi na świat - mówił - nie wszyscy mogą być urodzeni jako ogórki, muszą istnieć także inne stworzenia. Kury, kaczki i całe stado z sąsiedniego podwórza - to także żyw stworzenia. Patrzę na podwórzowego koguta stojącego na parkanie, jakiż on jest inny od kogucika na dachu, który tak wysoko stoi i nie potrafi nawet skrzypieć, nie mówiąc już o pianiu. Nie ma ani kur, ani kurcząt, myśli tylko o sobie i poci się na zielono. Nie, kogut podwórzowy to mi kogut co się zowie! Stąpa dzielnie, jakby tańczył. Jego pianie to mi muzyka! Gdzie tylko się zjawia, zaraz można poznać, co to za trębacz. Gdyby przyszedł teraz tutaj i zjadł mnie z liśćmi i łodygą, i gdybym zginął w jego wnętrznościach, byłaby to błogosławiona śmierć! - powiedział ogórek.

W nocy rozpętała się straszna burza; kury, kurczęta i kogut szukały schronienia. Płot przedzielający oba podwórza przewrócił się od wiatru, trzeszcząc strasznie. Cegły spadły z dachu, ale kogucik wskazujący pogodę trzymał się mocno, nie obrócił się nawet ani razu, nie mógł się poruszyć, a jednak był młody, świeżo odlany, tylko rozważny i stateczny; urodził się już jako stary, nie był podobny do trzpiotowatych ptaków podniebnych, wróbli i jaskółek, pogardzał nimi: "ćwierkające ptactwo, mizerne wzrostem i gminne!" Gołębie były dla niego wielkimi, błyszczącymi i mieniącymi się jak masa perłowa ptakami, mówił, że wyglądają jak coś w rodzaju kogucika na dachu, ale są grube i głupie.
- Wszystkie ich myśli i pragnienia dążą tylko do tego, aby napełnić żołądek - mówił kogucik na dachu - a jakie są nudne w obcowaniu! 
Ptaki wędrowne jednak odwiedzały kogucika na dachu. Opowiadały mu o obcych krajach, o powietrznych karawanach, opowiadały straszne historie o zabójcach, czyli o drapieżnych ptakach; gdy kogucik słyszał te opowiadania po raz pierwszy, wydawały mu się nowe i interesujące, ale potem wiedział już, że wędrowne ptaki się powtarzają, że ciągle mówią to samo, a to było nudne; z nikim nie mógł przestawać, wszyscy bez wyjątku byli nudni i ograniczeni, z nikim nie można było zawierać znajomości.
- Świat jest nic nie wart - mówił kogucik. - Wszystko jest głupstwem. 
Kogucik na dachu był, jak to mówią, zblazowany, uczyniłoby go to zapewne w oczach ogórka interesującym, gdyby o tym wiedział, ale ogórek patrzył tylko na podwórzowego koguta, a ten był właśnie na podwórzu, tuż przy nim.
Płot przewrócił się, ale błyskawice i grzmoty minęły. 
- Cóż sądzicie o takiej koguciej muzyce? - spytał kogut podwórzowy kur i kurcząt. - Było to trochę ordynarne, całkiem bez dystynkcji.
Kury i kurczęta weszły na kupę nawozu, a kogut podążał za nimi wielkimi krokami.
- Ogrodowa roślina - powiedział kogut do ogórka i tym jednym słowem pokazał mu swe głębokie wykształcenie, tak że ogórek nie spostrzegł się, gdy kogut zaczął go dziobać i zjadł.
- Błogosławiona śmierć!
Przyszły kury, przyszły kurczęta (kiedy jedno leci, biegną za nim wszystkie inne), gadały i piszczały, patrzyły na koguta i były z niego dumne, że należał do ich rodu.
- Kuku-ry-ku! - zapiał kogut. - Kiedy ja wydam rozkaz, we wszystkich kurnikach świata kurczęta staną się natychmiast dorosłymi kurami.
A kury i kurczęta gadały i piszczały. Kogut oznajmił wielką nowinę:
- Kogut może znieść jajko! A czy wiecie, co się w takim jajku znajduje? Bazyliszek. Żaden człowiek nie może znieść jego widoku. Ludzie wiedzą o tym, a teraz i wy już wiecie, co we mnie mieszka. Wiecie, co to ja jestem za wszechpotężny pan! - I kogut uderzył, skrzydłami, naprężył grzebień i zapił znowu. Ciarki przeszły po kurach i kurczętach, ale były strasznie dumne, że jeden z ich rodu jest takim wszech-podwórzowym panem, gdakały i piszczały tak, że kogucik na dachu musiał to słyszeć, słyszał, ale nie ruszał się z miejsca.
- Wszystko jest bzdurą - powiedział do siebie kogucik. - Podwórzowy kogut nie składa nigdy jaj, a i ja nie mama na to ochoty. Gdybym zechciał, mógłbym nawet mieć wydęte jajko! Ale świat nie jest nawet wart pustej skorupy. Wszystko bzdura! Teraz nie chce mi się już siedzieć nawet na miejscu!
I kogucik spadł z dachu, ale nie zabił podwórzowego koguta, chociaż nosił się z tym zamiarem, mówiły kury.
A jaka z tego nauka?
Lepiej jest piać niż być zblazowanym i skręcić kark.

Hans Christian Andersen:))

piątek, 9 maja 2014

Dziewczynka z zapałkami


Było bardzo zimno; śnieg padał i zaczynało się już ściemniać; był to ostatni dzień roku, wigilia Nowego Roku. W tym chłodzie i w tej ciemności szła ulicami biedna dziewczynka z gołą głową i boso; miała wprawdzie trzewiki na nogach, kiedy wychodziła z domu, ale co to znaczyło! To były bardzo duże trzewiki, nawet jej matka ostatnio je wkładała, tak były duże i mała zgubiła je zaraz, przebiegając ulicę, którą pędem przejeżdżały dwa wozy; jednego trzewika nie mogła znaleźć, a z drugim uciekł jakiś urwis; wołał, że przyda mu się on na kołyskę, kiedy już będzie miał dziecko.
Szła więc dziewczynka boso, stąpała nóżkami, które poczerwieniały i zsiniały z zimna; w starym fartuchu niosła zawiniętą całą masę zapałek, a jedną wiązkę trzymała w ręku; przez cały dzień nie sprzedała ani jednej; nikt je nie dał przez cały dzień ani grosika; szła tak głodna i zmarznięta. Patki śniegu padały na jej długie, jasne włosy, które tak pięknie zwijały się na karku, ale on nie myślała wcale o tej ozdobie.
Ze wszystkich okien na około połyskiwały światła i tak miło pachniało na ulicy gotowanymi potrawami. 
"To przecież jest wigilia Nowego roku" - pomyślała dziewczynka.
W kącie między dwoma domami, z których jeden bardziej wysuwał się na ulicę, usiadła i skurczyła się cała; małe nożyny podciągnęła pod siebie, ale marzła coraz bardziej, a w domu nie mogła się pokazać , bo przecież nie sprzedała ani jednej zapałki, nie dostała ani grosza, ojciec by ją zabił, a w domu było tak samo zimno, mieszkali na strychu pod samym dachem i wiatr hulał po izbie, chociaż największe szpary zatkane były słomą i gałganami. Jej małe ręce prawie całkiem zamarzły z tego chłodu. Ach, jedna mała zapałka, jakby to dobrze było. Żeby tak wyciągnąć jedną zapałkę z wiązki, potrzeć ją o ścianę i tylko ogrzać paluszki! Wyciągnęła jedną i "trzask!", jak się iskrzy, jak płonie mały, ciepły, jasny płomyczek niby mała świeczka otoczona dłońmi. 


 
Dziwna to była świeca; dziewczynce zdawało się, że siedzi przed wielkim, żelaznym piecem o mosiężnych drzwiach i ozdobach; ogień palił się w nim tak łaskawie i grzał tak przyjemnie; ach, jakże to było rozkoszne! Dziewczynka wyciągnęła przed siebie nóżki, aby je rozgrzać także - a tu płomień zgasł. Piec znikł - a on siedziała z niedopałkiem siarnika w dłoni. 
Zapaliła nowy, palił się i błyszczał, a gdzie cień padł na ścianę, stała się ona przejrzysta jak muślin. Ujrzała wnętrze pokoju, gdzie stał stół przykryty biały, błyszczącym obrusem, nakryty piękną porcelaną, a na półmisku smacznie dymiła pieczona gęś nadziana śliwkami i jabłkami; a co jeszcze było wspanialsze, gęś zeskoczyła z półmiska i zaczęła się czołgać po podłodze, z widelcem i nożem wbitym w grzbiet; doczołgała się do zmarzniętej dziewczynki; aż tu nagle zgasła zapałka i widać było tylko nieprzejrzystą, zimną ścianę.
Zapaliła nowy siarnik. I oto siedziała pod najpiękniejszą choinką; była ona jeszcze wspanialsza i piękniej ubrana niż choinka u bogatego kupca, którą ujrzała przez szklane drzwi podczas ostatnich świąt; tysiąc świeczek płonęło na zielonych gałęziach, a kolorowe obrazki takie, jakie zdobiły okna sklepów, spozierały ku niej. Dziewczynka wyciągnęła do nich obie rączki - ale tu zgasła zapałka; mnóstwo światełek choinki wzniosło się ku górze, coraz wyżej i wyżej, i oto ujrzała ona, że były to tylko jasne gwiazdy, a jedna z nich spadła właśnie i zakreśliła na niebie długi, błyszczący ślad. 


- Ktoś umarł! - powiedziała malutka, gdyż jej stara babka, które jedyna okazywała jej serce, ale już opuściła ziemski świat, powiadała zawsze, że kiedy gwiazda spada, dusza ludzka wędruje do Boga.
Dziewczynka znowu potarła siarnikiem o ścianę, zajaśniało dokoła i w tym blasku stanęła przed nią stara babunia, taka łagodna, taka jasna, taka błyszcząca i taka kochana.
- Babuniu - zawołała dziewczynka - o, zbierz mnie z sobą! Kidy zapałka zgaśnie znikniesz jak ciepły piec, jak gąska pieczona i jak wspaniała, olbrzymia choinka! 
I szybko potarła wszystkie zapałki, jakie zostały w wiązce, chciała jak najdłużej zatrzymać przy sobie babkę i zapałki zabłysły takim blaskiem, iż stało się jaśniej niż za dnia. Babunia nigdy przedtem nie była taka piękna i taka wielka; chwyciła dziewczynkę w ramiona i poleciały w blasku, i w radości wysoko, a tam już nie było ani chłodu, ani strachu - były bowiem u Boga.
A kiedy nastał zimny ranek, w kąciku przy domu siedziała dziewczynka z czerwonymi policzkami, z uśmiechem na twarzy - nieżywa: zamarzła ostatniego wieczora minionego roku. Ranek noworoczny oświetlił martwą postać trzymającą w ręku zapałki, z których garść była spalona. Chciała się ogrzać, powiadano; ale nikt nie miał o tym pojęcia, jak piękne rzeczy widziała dziewczynka i w jakim blasku wstąpiła ona razem ze starą babką w szczęśliwość Nowego Roku.

Hans Christian Andersen:))  

wtorek, 22 kwietnia 2014

Stara latarnia

Czy znasz bajkę o starej latarni? Nie jest zbyt zabawna, ale można chociaż raz ją wysłuchać.
Pewnego razu była sobie szanowana stara lampa uliczna, która wykonywała swoje obowiązki uczciwie i dobrze od wielu lat. Lecz pewnego razu stwierdzono, iż jest za staromodna. To był ostatni wieczór, kiedy miała wisieć na latarnianym słupie i oświecać ulicę. Lampa czuła się jak baletnica, która tańczyła po raz ostatni i wiedziała, że jutro przeminie. Lampa bardzo bała się tego nadchodzącego dnia, ponieważ powiedziano jej, iż będzie ją oceniało trzydziestu sześciu radców miejskich. Mieli zdecydować, czy lampa zdolna jest do dalszej pracy, a jeżeli tak, to do jakiej. Mogli zasugerować aby ją powiesić na jednym z pomniejszych mostów, albo, żeby ją sprzedać do fabryki, albo rozłożyć, co oznaczało, że zostałaby przetopiona. Wtedy oczywiście powstałoby z niej coś innego; i to ją zmartwiło. Nie była pewna, czy wtedy będzie w stanie sobie przypomnieć, iż kiedyś była lampą uliczną.
Bez względu na to, co się z nią stanie, jedno było pewne: jutro zostałaby rozdzielona z nocnym stróżem i jego żoną, a to było smutne, ponieważ uważała ich za swoją rodzinę. Została powieszona na słupie właśnie wtedy, kiedy ten człowiek został stróżem nocnym. Jego żona była młoda i snobistyczna. Patrzyła czasami na lampę uliczną w nocy, ale w dzień tylko czasami rzucała na nią okiem. Jednakże w ciągu ostatnich kilku lat, kiedy cała trójka: stróż, jego żona i lampa zestarzeli się, żona zaczęła się opiekować lampą: czyściła i napełniała oliwą. Starsza para była uczciwa i nigdy nie oszukała lampy, nawet na jedną kroplę oliwy. 
To miała być ostatnia noc, kiedy lampa oświetlała chodnik. Jutro miała zostać zabrana do pokoju w ratuszu. Lampa czuła się tak smutno, że zaczęła mrugać. Nachodziły ją wspomnienie wszystkiego, co widziała. Rzucała światło na wiele ciekawych rzeczy i widziała więcej niż trzydziestu sześciu ludzi z rady miasta razem wziętych. Lecz lampa nie śmiałaby nigdy powiedzieć tego na głos.
Zawsze jest miło starszej osobie powspominać. Za każdym razem, gdy lampa przypomniała sobie coś innego, płomień w niej wydawał się jaśniejszy.
- Będą mnie pamiętać, tak jak ja ja pamiętam ich - pomyślała lampa. - Wiele lat temu był młody człowiek, który stał tuż przede mną i otwierał list. Był napisany damskim pismem na różowej papeterii. Przeczytał go dwa razy; potem go pocałował. Kiedy popatrzył na mnie, jego oczy zadawały się mówić:
- Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
Otrzymał list miłosny od dziewczyny, którą kochał; wiedzieliśmy o tym, tylko on i ja. 


- Pamiętam inną parę oczu. Na naszej ulicy umarła młoda, bogata kobieta. Karawan był ciągnięty przez cztery czarne konie, a trumna była przykryta kwiatami. Żałobnicy szli za nią niosąc pochodnie. Ale kiedy procesja już przeszła i pomyślałam, że ulica znowu opustoszała, nagle zauważyłam kogoś stojącego przede mną i płaczącego. Nigdy nie zapomnę tych przepełnionych smutkiem oczu, które wpatrywały się we mnie.
Takie to były myśli i wspomnienia starej lampy ulicznej, kiedy świeciła po raz ostatni.
Wartownik, którego mają zwolnić ze służby, może wymienić kilka słów z człowiekiem, który ma go zastąpić. Ale lampa nawet nie wiedziała, kim ma być jej zastępca, więc nie była w stanie dać mu kilku rad o wietrze i powiedzieć, z której strony zazwyczaj wieje; albo o księżycu i wyjaśnić jak świeci na chodnik.
W dole, w rynsztoku były trzy istoty, które były gotowe ją zastąpić, tak szybko jak tylko się zwolni miejsce. Przedstawili się. Pierwszym była zepsuta głowa śledzia, która jak wiecie może świecić w ciemnościach. Podkreśliła, że jej przyjęcie oznaczałoby duże oszczędności w oliwie. Drugim był stary kawałek spróchniałego drewna, który świecił bardziej niż stary śledź, jak sam dumnie wspomniał. Poza tym, był ostatnim kawałkiem drewna, które było dumą całego lasu. Trzecim był świetlik. Stara lampa uliczna nie mogła sobie wyobrazić, skąd tam się wziął, lecz był, świecąc jak pozostałe. Głowa Śledzia i stary spróchniały kawałek drewna miały pretensje, że świetlik nie żarzył się cały czas, lecz tylko wtedy gdy miał odpowiednie warunki ku temu, co go dyskwalifikowało.
Stara lampa starała się wytłumaczyć im, że żadne z nich nie miało odpowiedniego światła aby zostać lampą uliczną. Nikt z tej trójki nie chciał w to uwierzyć. A kiedy powiedziano im, że lampa jest za stara i nie może zatrudnić swojego zastępcy, cała trójka zadeklarowała, iż jest to dobra wiadomość.
Właśnie wtedy zza rogu zadmuchał wiatr, przeszył osłonę lampy i powiedział:
- Cóż to , słyszę, że nas jutro opuszczasz? Czy to jest ostatni wieczór, kiedy cię tu zastaję? Pozwól mi, żebym ci wręczył pożegnalny prezent, skoro musimy się rozstać. Wydmucham z twojej głowy wszystkie pajęczyny, tak abyś nie tylko pamiętała o wszystkim, co kiedykolwiek widziałaś, czy słyszałaś, ale również abyś wyraźnie słyszała wszystko, co wokół ciebie mówi, lub czyta.
- Cóż za wspaniały podarunek, żeby mnie tylko nie przetopili! - Powiedziała stara lampa uliczna.
- To nie może być - odpowiedział wiatr - a teraz przedmucham ci pamięć. Jeżeli dostaniesz jeszcze kilka takich prezentów jak mój, twoja emerytura będzie wielką przyjemnością.
- ale, co będzie, jak mnie przetopią? - zauważyła lampa. - Czy możesz zagwarantować mi  pamięć także wtedy?
- Bądź rozsądną stara lampo - powiedział wiatr i z całą siłą dmuchnął.
Wtedy zza chmur wyszedł księżyc.
- Co dasz starej lampie? - zapytał wiatr.
- Ja? Nic jej nie dam - powiedział księżyc. - Jestem w nowiu. Poza tym, lampa nigdy dla mnie nie świeciła, a ja dla niej tak> - I schował się  za chmury, ponieważ nie lubił, gdy ktoś stawiał mu żądania.
Nagle na osłonę lampy spadła kropla wody przysłana przez szare chmury, mówiąc, że jest chyba najwartościowszym prezentem:
- Teraz, kiedy jestem w tobie, możesz zardzewieć w jedną noc, w każdą, jaką chcesz, nawet w dzisiejszą.
Lampa pomyślała, iż jest to bardzo nędzny prezent, a wiatr się z nią zgodził:
- Nikt nie ma nic lepszego... nic lepszego? - Wiatr szeleścił najgłośniej jak mógł.
Nagle spadła świetlista gwiazda,  zataczając po niebie ognisty łuk.
- Co to była? - Krzyknęła głowa śledzia. - Myślę, że gwiazda spadła prosto do starej lampy! No cóż, jeżeli o ten urząd stara się taka osobistość, możemy tylko iść do domu. - I to właśnie zrobiła cała trójka.
Stara lampa świeciła jaśnie niż kiedykolwiek wcześniej. 
- To jest wspaniały prezent! - Wykrzyknęła lampa. - Błyszczące gwiazdy, które zawsze podziwiałam i które świecą o wiele czyście niż ja kiedykolwiek, chociaż bardzo się o to starałam przez całe moje życie, przysłały mnie - starej lampie ulicznej - najwspanialszy podarek! Dały mi moc, aby ci, których kocham, mogli zobaczyć wyraźnie wszystko to, co mogę sobie przypomnieć, czy wyobrazić. Co za wspaniały Prezent!
- Bardzo zacna stara lampo - powiedziała wiatr- boję się, że gwiazdy zapomniały ci powiedzieć, że musisz mieć zapaloną woskowa świeczkę, aby cokolwiek mogło się zdarzyć. Bez palącej się świeczki, nikt nic nie zobaczy. Gwiazdy pewnie zapomniały ci o tym powiedzieć, ponieważ myślały, że wszystko co tu świeci ma w sobie przynajmniej jedną woskową świeczkę. Lecz teraz jestem zmęczony. Myślę, że powinienem odpocząć. - I wiatr zniknął.
Następnego dnia... Och, równie dobrze możemy pominąć następny dzień i przejść od razu do następnego wieczora, kiedy to znajdujemy lampę leżącą na bujaku. Ale gdzie? W domu starego, nocnego stróża. Poprosił on owych trzydziestu sześciu urzędników z rady miasta, aby w nagrodę za długą i pełną oddania pracę oddali mu starą lampę uliczną. Pomimo tego, że wszyscy się śmiali, pozwolono staremu zabrać lampę ze sobą do domu. Teraz lampa leżał na bujanym krześle, obok kominka i wygląda na dwa razy większą niż wtedy, gdy wisiała na latarnianym słupie.
Starsza para jedząca kolację, spoglądała na nią z czułością. Jeżeli miałoby to jakiś sens, to daliby jej krzesło przy stole, aby mogła z nimi posiedzieć. Pokój, w którym mieszkali znajdował się w piwnicy, dwie stopy pod ziemią, do której wchodziło się przez kamienny korytarz. Koło drzwi było ogrzewanie i w pokoju było ciepło. Było także czysto, schludnie i przytulnie. Zasłony zasłaniały łóżko i dwa małe okienka. Na parapetach stały dwie dziwnie wyglądające doniczki, które ich sąsiad, który był żeglarzem, przywiózł z Indii - nie ważne, czy ze Wschodnich, czy z Zachodnich; starsi ludzie nie wiedzieli. Były to dwa ceramiczne słonie. W jednym rosły pory - to był ich ogródek warzywny. W drugim kwitła pelargonia - a to był ich kwiaciasty ogródek. na ścianie wisiała duża, kolorowa odbitka obrazu: "Zjazd we Wiedniu". Widnieli na nim wszyscy królowie i cesarze Europy. W rogu tykał stary zegarek dziadka. Śpieszył się, ale, jak mawiał stary, było to lepsze niż gdyby spóźniał.
Podczas gdy starsza para jadła kolację, lampa leżała na bujaku - jak już powiedziałem - przy kominku. Lampa czuła się trochę, jakby jej świat przewrócił się do góry nogami. lecz, kiedy stary zaczął wspominać, mówić o rzeczach , które razem z lampą przeżył - w deszczu i słońcu, podczas przejrzystych letnich i długich, mroźnych zimnych nocy lampa uświadomiła sobie  jak miło jest siedzieć  przy gorącym piecu w piwnicy. Lampa przypomniała sobie wszystko tak jaskrawo, jakby to się właśnie zdarzyło. Wiatr wykonał. naprawdę dobro robotę odświeżając jej pamięć.
Starsza para była bardzo pracowita; nigdy nie zmarnowali ani chwilki. W niedzielne popołudnie stary nocny stróż ściągał z półki książkę i czytał ją na głos. Wolał książki podróżnicze, szczególnie o Afryce. Uwielbiał czytać o ogromnych tropikalnych lasach, po których wędrowały słonie. Jego żona. jego żona spoglądała na parapety, gdzie stał dwa gliniane słonie i mówiła:
- Kiedy czytasz, mogę to wszystko zobaczyć.
Jak bardzo stara lampa uliczna chciała aby paliła się w niej świeczka! Wtedy starszy para mogłaby to zobaczyć, tak jak widziała to lampa. Widziała wysokie drzewa rosnące tak blisko siebie, że ich gałęzie mieszały się ze sobą; nagich tubylców jeżdżących na słoniach i stada słoni podążające przez dżunglę, niszcząc trzcinę i łamiąc młode drzewka swoimi olbrzymimi stopami.
- Cóż jest dobrego w moim prezencie, kiedy oni nie mają świeczek woskowych? - Zauważyła lampa. - nie stać ich na nie; są za biedni aby posiadać coś prócz świec z łoju, czy oliwy.
Lecz pewnego dnia w piwnicy pojawiła się garść ogarków. Starsza para używała tych do robienia światła, ale nigdy się nie zdarzyło, aby włożono jakiś do starej lampy. Najmniejszymi z nich stara kobiet woskowała nici do szycia. 
- Siedzę tu posiadając taki rzadki dar - narzekała lampa. - mam w sobie cały świat i nie mogę się nim podzielić ze swoimi opiekunami. Nie wiedzą, że mogę te powapnowane białe ściany na biało ściany udekorować najpiękniejszymi tapetami. Mogliby zobaczyć najpiękniejszy las. Mogliby zobaczyć wszystko, co zapragnęliby; lecz niestety! Nie wiedzą o tym.
Lampa była  polerowana i czyszczona, a teraz stoi w rogu pokoju, gdzie mogli ją zobaczyć wszyscy goście. Większość z nim myślała, że jest to kawałek starego złomu, lecz nocny stróż i jego żona bardzo kochali lampę. 
zdarzyło się, że była noc urodzinowa stróża. Starsza pani stanęła przed lampą i powiedział z uśmiechem:  
- Myślę, że powinnaś być zapalona na jego cześć.
Lampa pomyślała:
- Spłynęło na nich światło. teraz dadzą mi woskową świecę.
starsza pani napełniła lampę oliwą, a ona paliła się przez cały wieczór. Poczuła, że dar, który dały jej gwiazdy miał pozostać bezużyteczny, ukryty w tajemnicy do końca jej dni.
Tej nocy śniła - a każdy, kto posiada taki talent jak lampa naprawdę potrafi śnić - że starsza para umarła i że wysłano ją do odlewni i przetopiono. Wystraszyła się jak wtedy, gdy oceniało ją trzydziestu sześciu urzędników. Lecz nawet mając przemieniania w rdzę i pył, nie skorzystała z tego. Pozwoliła się przetopić na najpiękniejszy świecznik, który odlano na kształt anioła trzymającego bukiet kwiatów, pośrodku, wśród kwiatów, było miejsce na woskową świecę. świecznik umieszczono na zielonym biurku do pisania, które stało w przytulnym pokoju wypełnionym książkami i wieloma obrazami wiszącymi na ścianach. był to pokój pety. Wszystko o czym peta myślał, wyobrażał sobie i zapisywał, wydawało się unosić w powietrzu. ciemne dostojne lasy, słoneczna, po których brodził bocian, nawet  pokład statku płynącego po wzburzonym morzu.
- Cóż za dar posiadam! - Powiedziała stara lampa. - Pragnę aby mnie przetopiono, ale jeszcze nie teraz, dopóki żyją moi opiekunowie. Kochają mnie dla mnie samej. jestem dl nich jak dziecko; dawali mi oliwę i polerowali mnie. Czczą mnie, tak jak - "Zjazd we Wiedniu" - ów szlachetny obraz.
Od tej pory, stara lampa uliczna była już spokojna, bo przecież zasługiwała na to; w końcu była bardzo szacowną starą latarnią uliczna.

Hans Christian Andersen:))   


piątek, 28 marca 2014

Dzikie łabędzie


Daleko stąd, tam dokąd lecą jaskółki, kiedy u nas jest zima, mieszkał król, który miał jedenastu synów i jedną córkę, Elizę. Bracia byli królewiczami, chodzili do szkoły z orderami na piersiach i szablami u boku, pisali diamentowymi szyferkami na złotych tabliczkach; co tylko przeczytali, zaraz umieli na pamięć; od razu widać było, że są królewiczami. Siostra Eliza siedziała na mały, szklanym stołeczku i oglądała książkę z obrazkami, książkę, którą kupiono za pół królestwa.
Ach, jak dobrze było tym dzieciom!
Ale to szczęście nie trwało długo.
Ich ojciec, król całego kraju, ożenił się ze złom królową, która wcale nie była dobra dla jego dzieci; odczuły to już pierwszego dnia. W zamku odbywały się paradne zabawy, a dzieci bawiły się również w "gości", ale nie dostały, jak zwykle, ciastek i pieczonych jabłek, królowa dała im tylko w filiżance do herbaty trochę piasku i powiedziała, żeby udawały, że piją naprawdę herbatę.
Po tygodniu oddała małą siostrę - Elizę - na wieś do chłopów, a po krótkim czasie usposobi króla tak źle do synów, że wcale już o nich nie dbał. 
- Lećcie sobie w świat i sami się o siebie troszczcie - powiedziała zła królowa. - Zamieńcie się w ptaki i utraćcie mowę. - Ale nie potrafiła wyrządzić tyle zła, ile chciała; królewicze przemienili się w jedenaście cudnych, dzikich łabędzi. 
Z dziwnym krzykiem wyfrunęły ptaki przez zamkowe okno, ponad parkiem i lasem.
Wczesnym rankiem łabędzie przyleciały do chaty, gdzie siostra Eliza spała w chłopskiej izbie, krążyły nad dachem, kręciły długimi szyjami, uderzały skrzydłami, ale nikt tego nie widział, ani nie słyszał. Musiały lecieć dalej, wysoko aż do chmur, w daleki świat; poleciały do dużego, ciemnego lasu, który ciągną się aż do brzegu morza. 
Mała Eliza stała w chłopskiej izbie i bawiła się zielonym i bawiła się zielonym listkiem - nie miała innej zabawki; przekłuła w listku dziurkę i spojrzała przez nią w słońce i wtedy zdało się jej, że widzi jasne oczy swych braci i za każdym razem, kiedy ciepłe promienie słoneczne ogrzewały jej policzki, czuła jak gdyby pocałunki swych braci.
Jeden dzień mijał podobny do drugiego. Kiedy wiatr dął przez wielkie, różane żywopłoty przed domem, szeptał do róż:
- Któż może być od was piękniejszy? 
Ale róże potrząsały głowami i mówiły:
- Eliza jest piękniejsza!
A kiedy staruszka siedziała w niedzielę przed drzwiami i czytała książkę do nabożeństwa, wiatr odwracał stronicę i mówił do książki:
- Któż jest bardziej mądry od ciebie?
- Eliza jest mądrzejsza! - mówiła książka.
Róże i księga mówiły prawdę.
Gdy Eliza skończyła piętnaście lat, wróciła do domu, a gdy królowa zobaczyła, jaka jest piękna, ogarnęła ją złość i zawiść; z chęcią przemieniłaby ją w dzikiego łabędzia jak jaj braci, ale nie odważyła się uczynić tego natychmiast, bo król pragnął przecież zobaczył swoją córkę.
Wczesnym rankiem poszła królowa do łazienki zbudowanej z marmuru, ozdobionej miękkimi poduszkami i wspaniałymi dywanami, wzięła trzy ropuchy, pocałowała je i powiedziała do jednej z nich:
- Usiądź na głowie Elizy, kiedy się będzie kąpała, aby była tak głupia jak ty! Usiądź na jej czole - powiedziała do drugiej - aby była tak brzydka jak ty, aby ojciec jej nie poznał. Spoczywaj na jej sercu - szepnęła do trzeciej - niech się stanie zła, niech cierpi prze to męki.
potem włożyła ropuchy do czystej wody, która zabarwiła się zaraz na zielono, zawołała Elizę, rozebrała ją i kazała wejść do wody. Kiedy dziewczyna się zanurzyła, jedna ropuch usiadła je na włosach, druga na czole, a trzecia na piersi, ale Eliza nie spostrzegła ich wcale, bowiem, gdy się podniosła, po wodzie pływały trzy czerwone maki. gdyby płazy nie były zatrute i gdyby nie to, że pocałowała je czarownica, przemieniłby się w czerwone róże; i tak stały się jednak kwiatami, bo spoczywały na głowie i sercu Elizy, która była zbyt kochająca i niewinna, aby czary mogły mieć nad nią moc.
Kiedy zła królowa to zobaczyła, natarła Elizę z włoskiego orzecha, tak że dziewczyna całkiem poczerniała ; posmarowała jej piękną twarzyczkę cuchnącą maścią i skołtuniła jej włosy; niepodobna było poznać pięknej Elizy.
Ojciec przeraził się na jej widok i powiedział, że to nie może być jego córka; nikt jej nie poznał prócz podwórzowego psa i jaskółek, ale były to przecież mizerne stworzenia i nic nie maiły do gadania.
Wtedy Eliza zaczęła płakać i przypomniała sobie swych jedenasty braci. Pełna smutku wymknęła się z zamku; przez cały dzień chodziła po polach i błotach, aż w końcu przyszła do dużego lasu. Nie wiedziała, dokąd szła, ale czuła się tak nieszczęśliwa i tak bardzo tęskniła za swoimi braćmi; na pewno ich także wygnano, tak samo jak ją, w szeroki świat. Chciała ich odnaleźć.   


Niedługo była w lesie, a już noc zapadła; dziewczyna nie mogła odnaleźć drogi; wtedy położyła się na miękkim mchu i oparła głowę o pień drzewa. Było tak cicho, powietrze takie łagodne, a naokoło w trawie i mchu tysiące świętojańskich robaczków świeciło jak zielony ogień; kiedy dotknęła ręką gałęzi, błyszczące owady spadały na nią jak deszcz gwiazd.
Przez całą noc śnili jej się bracia; bawili się znowu jako dzieci, pisali diamentowymi szyferkami na złotych tabliczkach i oglądali piękną książkę z obrazkami, która kosztowała pół królestwa, ale nie pisali na tablicy tak jak przedtem zer i kresek, tylko najdzielniejsze czyny, jakich dokonali, wszystko, co przeżyli i co widzieli; a w książce z obrazkami wszystko żyło; ptaki śpiewały, ludzie wychodzili z książki i rozmawiali z Elizą i z jej braćmi, ale gdy przewracała kartkę, wskakiwali znów do środka, bay nie wprowadzać nieładu między obrazkami. Kiedy się obudziła słońce stało już wysoko na niebie; nie widziała go wprawdzie, gdyż przesłaniała je gęsta zieleń drzew, ale jego promienie przebłyskiwały jak powiewna złota tkanina; zieleń pachniała, a ptaki ledwie siadały na jej ramionach. Słyszała plusk wody, mnóstwo strumieni przepływało przez las, wszystkie wpadały do jednego jeziora, gdzie było najpiękniejsze, piaszczyste dno; rosły tam wprawdzie na około gęste krzaki, ale jelenie zrobiły w jednym miejscu duży otwór i tędy przeszła Eliza ku wodzie. Woda była tak przezroczysta, że gdyby wiatr nie poruszał krzaków i gałęzi, można by myśleć, że zostały one namalowane na dnie, tak wyraźnie odbijał się każdy listek - zarówno oświetlony słońcem, jak pogrążony w cieniu.
Jak tylko Eliza zobaczyła własną twarz w wodzie, przeraziła się tak była czarna i brzydka, ale kiedy umoczyła rękę i wytarła jej oczy i czoło, ukazała się biała skóra; wtedy zdjęła wszystko, co miała na sobie i weszła do czystej wody; nie było na świecie piękniejszego, królewskiego dziecka od niej.
Kiedy się znowu ubrała i zaplotła długie warkocze, podeszła do bijącego źródła, napiła się z dłoni i powędrowała w głąb lasu nie wiedząc, dokąd idzie. Myślała o braciach i myślała o Bogu w niej, który jej na pewno nie opuści. On to sprawił, że w lesie rosły dzikie jabłka, aby nasycić głodnych. On to pokazał jej drzewo, którego gałęzie uginały się pod ciężarem owoców; zatrzymała się, aby się posilić, położyła podpórki pod gałęzie i weszła w najmroczniejszą głębię lasu. Było tam tak cicho, że słyszała swoje własne kroki, nawet żadnego ptaka nie było widać, ani jeden promień słoneczny nie przedostał się przez wielkie, gęste gałęzie drzew; wysokie pnie stały tak blisko jeden od drugiego, że gdy patrzyła prosto przed siebie, wydawało się jej, że otacza ją płot z belek. Ach, jakaż tu panowała pustka i głusza, nigdy jeszcze takiej nie znała!
Noc stawała się ciemna, nawet żaden robaczek świętojański nie błyszczał wśród mchu, ułożyła się znużona do snu.
Kiedy się nazajutrz zbudziła, nie widziała nadal, gdzie dokładnie się znajduje. 
Zrobiła parę kroków i spotkała staruszkę z koszem pełnym jagód; staruszka dała jej parę jagód. Eliza spytała, czy nie widziała jedenastu królewiczów jadących konno przez las.
- Nie! - powiedziała stara. - Ale widziałam wczoraj jedenaście łabędzi ze złotymi koronami na głowach, płynęły tu rzeką w pobliżu! 
I zaprowadziła Elizę trochę dalej nad urwisko; w dole wiła się rzeka, drzewa rosnące na brzegu wyciągały ku sobie dłonie, pełne liści gałęzie, a tam gdzie nie były dość wysokie, by dosięgnąć jedna drugiej, uwalniały swe korzenie z ziemi i wieszały nad wodą splecione gałęzie. Eliza pożegnała staruszkę i poszła wzdłuż rzeki aż do miejsca, gdzie wpadała do wielkiego, otwartego morza. 
Przed młodą dziewczyną rozciągało się wielkie, wspaniałe morze, ale nie widziała ani jednego żagla, ani jednej łódki, jakież miała się dalej przedostać? 
Patrzyła na niezliczone małe kamyki leżące na brzegu wody; woda oszlifowała je gładko. Szkło, żelazo, kamienie - wszystko zostało ukształtowane przez wodę, która była o wiele miększa niż jej delikatna ręka. "Woda niestrudzenie pracuje i wygładza nawet twarde kamienie; pragnę być równie niestrudzona! Dziękuję wam za waszą naukę, czyste białe fale! Serce mi mówi, że kiedyś zaniesiecie mnie do moich ukochanych braci."
Na morskiej trawie spłukanej wodą leżało jedenaście białych piór łabędzich; Eliza zrobiła z nich wiązankę; krople wody błyszczały na piórach, nikt nie wiedział, czy to była rosa, czy łzy. Samotnie było na brzegu, ale Eliza nie czuła tego, bo morze wiecznie się zmieniało; w ciągu paru godzin więcej razy swój wygląd niż jeziora w ciągu całego roku. Kiedy nadciągała wielka, ciemna chmura, wydawało się, że morze chce powiedzieć: "I ja też potrafię wyglądać ponuro"; gdy wiał wiatr, fale obracały się białymi grzbietami, ale gdy chmury stawały się czerwone, a wiatr zasypiał, morze wyglądało jak płatek róży; raz było zielone, to znowu białe, ale nawet kiedy było w zupełnym spoczynku, przy brzegu poruszało się z lekka, woda wznosiła się łagodnie jak oddech śpiącego dziecka.
Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, Eliza zobaczyła jedenaście dzikich łabędzi w złotych koronach na głowach, lecących w kierunku lądu; leciały jeden za drugim i wyglądały jak długa, biała wstęga; wtedy Eliza weszła na urwisko i ukryła się za krzakiem; łabędzie spuściły się na ziemię tuż koło niej i biły dużymi, białymi skrzydłami. 
W tej samej chwili, kiedy słońce zanurzyło się w wodzie, opadły nagle z nich łabędzie pióra i ukazało się jedenastu królewiczów, braci Elizy. Dziewczyna krzyknęła głośno, bo chociaż zmienili się bardzo, sercem ich poznała, wiedziała, że to są oni; rzuciła się im w ramiona, wołał ich po imieniu, a oni cieszyli się widząc swą małą siostrzyczkę, taką już teraz dużą i śliczną. Śmiali się i płakali, opowiadając sobie wzajem o tym, jaka macocha była zła dla nich wszystkich.
- My, bracia - powiedział najstarszy - latamy jako dzikie łabędzie, dopóki słońce świeci na niebie; ale gdy tylko zajdzie, przemieniamy się w ludzi; i dlatego musimy zawsze uważać, aby podczas zachodu słońca mieć pod nogami stały ląd, bo gdybyśmy wówczas lecieli pod obłokami, spadlibyśmy jako ludzie w dół. Nie mieszkamy tutaj; po drugiej stronie morza znajduje się równie piękny kraj; ale droga prowadząca tam jest długa, musimy lecieć nad wielkim morzem i nie ma żadnej wyspy, na której moglibyśmy przenocować; jedynie w połowi drogi występuje samotna skała; jest taka mała, że możemy się na niej pomieścić tylko ciasno jeden obok drugiego; przy silniejszej fali opryskuje nas woda, tam nocujemy, kiedy jesteśmy w ludzkiej postaci; gdyby nie ta skała, nie zobaczylibyśmy nigdy naszej kochanej ojczyzny; najdłuższe dwa dni w roku zużywamy na nasz lot. Tylko raz do roku możemy odwiedzić naszą ojczyznę, wolno nam zostać tu przez jedenaście dni, aby oblecieć ten wielki las, skąd możemy zobaczyć zamek, gdzieśmy się urodzili i gdzie mieszka nasz ojciec. Tutaj wydaje się nam, jak gdyby drzew i krzaki były z nami spokrewnione, tutaj dzikie konie uganiają się po równinach, tak jak za czasów naszego dzieciństwa; tu drwale śpiewają stare pieśni, przy których tańczyliśmy jako dzieci, tutaj jest nasz dom, do którego ciągną nas serca i tutaj znaleźliśmy ciebie - kochana, mała siostrzyczko! Dwa dni możemy tu zostać, potem lecimy stąd daleko za morze, do pięknego kraju, który jednak nie jest naszym domem. Jak cię stąd zabrać? Nie mamy ani statku, ani łodzi!
- Jakże was mogę wybawić? - pytała siostra.
I rozmawiali tak ze sobą prawie całą noc, drzemiąc tylko parę godzin.     


Elizę obudził łopot skrzydeł łabędzi przelatujących nad nią. Bracia przemienili się znowu i lecieli. Zakreślając wielkie kręgi, byli już dość daleko, ale najmłodszy z nich pozostał; położył głowę na kolanach Elizy, a ona gładził jego białe skrzydła. Przez cały dzień byli razem. pod wieczór przyleciały inne łabędzie, a kiedy słońce zaszło, stanęli przed nią w swej naturalnej postaci.
- jutro odlatujemy stąd i dopiero po roku wrócimy, ale nie możemy ciebie tutaj zostawić. Czy masz odwagę polecieć z nami? mamy dość silne ramiona, dość mocne skrzydła, aby móc cię przenieść przez las i lecieć razem z tobą na morzami. 
- Ach, weźcie mnie ze sobą! - zawołała Eliza.
Przez całą noc pletli siatkę z giętkiego wierzbowego łyka i mocnego sitowia; siatka była duża i mocna. Eliza położyła się na niej, a kiedy wzeszło słońce i bracia przemienili się w dzikie łabędzie, pochwycili dziobami siatkę i polecieli ze swą kochaną siostrą, która jeszcze spała, wysoko aż pod chmury. Promienie słoneczne padały wprost na jej twarz i dlatego jeden z łabędzi leciał nad jej głową i jego wielkie skrzydła okrywały ją cieniem.
byli już daleko od lądu, kiedy Eliza obudziła się; miała wrażenie, że jeszcze śni, taki był cudowny lot wysoko w powietrzu nad morzem. Obok niej leżała gałązka z pięknymi, dojrzałymi jagodami i wiązka smakowitych korzeni. Zebrał je dla niej najmłodszy brat, a ona uśmiechała się do niego w podzięce. Poznała, że to on leciał nad jej głową i ocieniał ją swoimi skrzydłami.
Lecieli tak wysoko w powietrzu, że pierwszy okręt, który zobaczyli na dole, wyglądał jak biała mewa siedząca na wodzie. Za nimi wznosiła się ogromna chmura niby wielka góra i Eliza zobaczyła na nie swój własny cień oraz wyolbrzymiony cień wszystkich jedenastu łabędzi. Był to wspaniały obraz, jakiego jeszcze nigdy nie widziała, ale gdy słońce wzeszło wyżej i chmura została za nimi w tyle,kołysząc się miraż zniknął.
Przez cały dzień lecieli w powietrzu jak świszcząca strzała, ale lot ich był wolniejszy niż zwykle, bo nieśli przecież siostrę. Nadciągał burza, zbliżał się wieczór. Eliza patrzyła pełna lęku na zachodzące słońce, a na morzu nie widać jeszcze było samotnej skały; zdało jej się, że łabędzie silniej uderzają skrzydłami. Czarna chmura zbliżała się, silne podmuch zwiastowały burzę, chmury wyglądały jak jedna wielka groźna fala, mknąca na przód jak wystrzelona kula. Błyskawica zapalała się po błyskawicy.
Teraz słońce dosięgło linii morza. Serce Elizy drżało. Nagle łabędzie spuściły się w dół tak szybko, że dziewczyna myślała, że spadają, ale one wciąż leciały. Słońce było do połowy pod wodą, wtedy dopiero spostrzegła małą skałę; nie zdawała się być większa od foki, która wysuwała głowę z wody. Słońce zachodziło szybko, teraz wyglądał już tylko jak gwiazda; wtedy stopa jej dotknęła skały, słońce zgasło natychmiast jak ostatnia iskra palącego się papieru; bracia stali ramię przy ramieniu, a miejsca starczyło tylko tyle, co dla nich i dla niej. Morze uderzało o skałę i oblewało ich jak ulewa. Niebo płynęło nieustającymi błyskawicami i ogrom uderzał po gromie, a bracia i siostra trzymali się za ręce i śpiewali psalmy, czerpiąc z nich pociechę i otuchę. 
Kiedy nastał świt, powietrze było czyste i świeże. Ze wschodem słońca łabędzie z Elizą opuściły skałę. Morze ryczało jeszcze dziko; kiedy byli wysoko w powietrzu, biła plama na czarno zielonym morzu wyglądała jak miliony łabędzi pływających po wodzie.
Kiedy słońce wzniosło się na niebie, Eliza zobaczyła górzysty kraj zarysowujący się w powietrzu, białe lodowce błyszczały na wierzchołkach gór, a pośrodku wznosił się mały zamek z jedną kolumnadą nad drugą; niżej kołysały się palmowe lasy i wspaniałe kwiaty, wielkie jak młyńskie koła. Spytała, czy to jest kraj, do którego lecą, ale łabędzie potrząsały głowami, bo to, co widział Eliza, było pięknym, wiecznie zmieniającym się zamkiem z chmur - fatamorganą; ludzie nie mogli tam mieszkać. Eliza wciąż patrzyła i wsłuchiwała się w szum morza. Oto gdy byli zupełnie blisko, zamek i góry przemieniły się w wielką flotę, która płynęła pod nimi; spojrzał w dół i zobaczyła, że były to tylko mgły snujące się nad wodą. Miała przed oczami ciągle zmieniające się obrazy, wreszcie ujrzała rzeczywistą krainę, do której podążali; wznosiły się tam cudne, błękitne góry, pokryte cedrowymi lasami, miasta i zamki. Jeszcze na długo przed zachodem słońca siedziała na skale przed wielka górą, zarośniętą zielonymi, pnącymi roślinami; wyglądało to jak haftowane zasłony.
- Zobaczymy, co ci się będzie tej nocy śniło! -  powiedział najmłodszy brat i pokazał jej sypialnię. 
"Ach gdyby mi się przyśniło, w jaki sposób mogę was odczarować!" - pomyślała Eliza; ta myśl zajęła ją tak bardzo, że nawet we śnie nie potrafiła jej zostawić. Zdawało się jej, że pofrunęła wysoko do cudownego pałacu fatamorgany i że na przeciw niej wyszła piękna wróżka, przypominała ona jej jednak staruszkę, która nakarmiła ją w lesie jagodami, tę, co jej powiedziała o łabędziach ze złotymi koronami na głowach.
- Możesz odczarować twoich braci! - powiedziała. - Ale czy jesteś odważna i wytrzymała? Morze jest miększe od twoich delikatnych rąk, a jednak kształtuje twarde kamienie, ale nie czuje bólu, jaki będą czuły twoje palce, bo nie ma serca, nie lęka się, nie cierpi, tak jak ty będziesz cierpiała. Czy widzisz tę pokrzywę, którą trzymam w ręku? Wkoło groty, w której śpisz, rośnie wiele pokrzyw. Zapamiętaj sobie, musisz je zerwać, nawet gdyby twoja skóra pokryła się pęcherzami; musisz je pognieść nogami, wtedy otrzymasz włókna, z których upleść jedenaście koszulek rycerskich z długimi rękawami; narzucić je na łabędzie, a wtedy czar pryśnie. Zapamiętaj sobie jednak, że podczas pracy, dopóki jej nie skończysz, nie wolno ci mówić, nawet gdyby to miało trwać lata. Pierwsze słowo, jakie powiesz, przeszyje śmiertelnym sztyletem serca twoich braci; od twojego języka zależy ich życie. Zapamiętaj sobie dobrze to wszystko!
I w tej samej chwili dotknęła jej ręki pokrzywą; paliła jak ogień.
Eliza obudziła się. Był jasny dzień i tuż obok miejsca, gdzie spała leżała pokrzywa, tak jak ją widziała we śnie. Wtedy wyszła z groty, aby rozpocząć pracę. 
Delikatnymi rękami brała parzące pokrzywy. Paliły ją jak ogień, wielkie pęcherze pokryły jej ręce i ramiona, ale znosiła wszystko chętnie, aby tylko wyzwolić braci. Każdą pokrzywę deptała bosymi nogami i plotła zielone włókna.
Kiedy słońce zaszło, przyszli bracia i przestraszyli się, gdy ją zastali niemą, myśleli, że to nowy czar złej macochy, ale gdy zobaczyli jej ręce, zrozumieli, że robiła to dla nich i najmłodszy brat zaczął płakać, a tam gdzie łza jego padła, znikały palące pęcherze i Eliza nie czuła bólu.
Noc spędziła na robocie, bo wiedziała, że nie będzie miała spokoju, zanim nie zbawi swych kochanych braci. Przez cały następny dzień, gdy nie było łabędzi, siedziała samotnie, ale nigdy jeszcze czas nie mijał jej tak prędko. Jedna koszulka napancerna była już gotowa, teraz zaczęła drugą.
Aż tu wśród gór rozległ się dźwięk myśliwskiego rogu. Eliza zaniepokoiła się; odgłosy były coraz bliższe, słyszała szczekanie psów, przestraszona, ukryła się w grocie, związała zebrane i zmiędlone pokrzywy w węzełek i usiadła na nim.
Nagle wilki pies wyskoczył z zarośli, a zaraz za nim jeszcze jeden i jeszcze jeden; szczekały głośno, odbiegały i znowu wracały. Wkrótce potem przed jaskinią stanęli wszyscy strzelcy, a najpiękniejszy z nich był królem tej ziemi. Podszedł do Elizy, nigdy jeszcze nie widział tak pięknej dziewczyny.
- Jakże się tu dostałaś, ty cudne dziecko? - zapytał.
Eliza potrząsnęła głową, nie mogła przecież mówić, chodziło o życie i o wyzwolenie jej braci; schowała pod fartuchem ręce, aby nie widział pęcherzy.
- Choć ze mną! - powiedział. - Nie możesz tu zostać. Jeżeli jesteś tak dobra, jak piękna, ubiorę cię w aksamity i jedwabie, a na głowę włożę ci złotą koronę; będziesz mieszkała i rządziła w moim najwspanialszym zamku! - I potem wziął ją na konia, Eliza płakała i łamała ręce, ale król powiedział:
- Pragnę tylko twego szczęścia! Kiedyś podziękujesz mi za to! 
I pojechał prze góry, trzymając ją na koniu przed sobą, a myśliwi pędzili za nim.
Kiedy zaszło słońce, przyjechali do wspaniałego królewskiego miasta. Król zaprowadził ją do zamku, gdzie w marmurach, wysokich salach pluskały się wielkie fontanny, gdzie lśniły malowidła na suficie i na ścianach; ale Eliza nie patrzyła na to wszystko, tylko płakała. Pozwoliła przebrać się służebnicą we wspaniałe szaty, dała sobie wpleść we włosy perły, a na poparzone palce włożyć cienkie rękawiczki. 
Kiedy stanęła w całej wspaniałości, była tak olśniewająco piękna, że dwór skłonił się przed nią jeszcze niżej, a król postanowił wziąć ją za żonę, choć arcybiskup potrząsnął głową i szeptał mu, że piękna dziewczyna z lasu jest na pewno czarownicą; oślepia wszystkie oczy i otumania serce króla.
Ale król nic sobie z tego nie robił, kazał grać muzykę, podać najdroższe potrawy i tańczyć najpiękniejszym dziewczynom. 
Elizę poprowadzona przez pachnące ogrody do wspaniałych sal, ale ani razu uśmiech nie rozjaśnił jej twarzy i nie rozbłysnął w jej oczach, z których przemawiał ból, jedyne jej bogactwo. Wówczas król otworzył małą izbę obok pokoju, gdzie miała spać. Izba ta była zawieszona zielonymi dywanami i wyglądała zupełnie jak pieczara, w której mieszkała; na podłodze leżała wiązka włókien, które Eliza wyprzędła z pokrzyw, a pod sufitem wisiała gotowa koszula napancerna; wszystko to zabrał jeden ze strzelców jako coś niezwykłego.
- Tutaj możesz marzyć o swoim dawnym mieszkaniu!- powiedział król. - Masz tu robotę, którą się tam zajmowałaś; pośród tego całego przepychu będzie ci przyjemnie powracać myślami do dawnych czasów.
Gdy Eliza zobaczyła to, co było tak bliskie jej sercu, uśmiech rozjaśnił jej twarz i krew zabarwiła jej policzki, pomyślała o odczarowaniu swych braci, pocałowała królewską rękę, a on przycisnął ją do serca i kazał dzwonić dzwonom we wszystkich kościołach, aby obwieściły jego wesele. Piękna niema dziewczyna z lasu została królową kraju.
Wtedy arcybiskup szepnął królowi do ucha złe słowa, które nie dotarły jednak do jego serca; wesele miało się obyć; sam arcybiskup musiał jej włożyć na głowę koronę, nacisnął umyślnie zbyt ciasno ciężką obręcz, tak żeby ją zabolało, ale bardziej bolało ją to, co miała w sercu; troska o braci; nie czuła bólu cielesnego. Jej usta były nieme, za jedno słówko bracia zapłaciliby życiem; w jej oczach była głęboka miłość do dobrego, pięknego króla, który robił wszystko, aby jej sprawić radość. Z całego serca kochała go z każdym dniem więcej. Ach, gdyby mogła mu się zwierzyć, opowiedzieć mu swoje troski, ale musiała zachować milczenie, musiała bez słowa pracować dalej. I dlatego wymykała się nocą do swojej komórki, zmienionej w grotę i przędła jedną koszulkę za drugą, a gdy zaczęła siódmą, zabrakło jej włókna.
Wiedziała o tym, że na cmentarzu rosły potrzebne jej pokrzywy, ale sama musiała je zerwać; w jaki sposób mogła się tam dostać? 
"Czym jest ból moich palców w porównaniu z bólem w porównaniu z tym, co odczuwa moje serce? - myślała. - Muszę się odważyć!" Z sercem na ramieniu, wymknęła się na cmentarz. Na jednym z kamieni mogilnych ujrzała zmory, duchy umarłych cieleśnie, przywiązanych do ziemskiej egzystencji. Eliza musiała przechodzić tuż obok nich, patrzyły na nią smutno, ale ona przesłała im promień miłości, zebrała pokrzywy i zaniosła je do zamku.
Jeden tylko człowiek widział ją - arcybiskup; nie spał, podczas gdy wszyscy spali; teraz upewnił się w swoim przekonaniu, że nie wszystko było w porządku z królową. Była czarownicą i dlatego otumaniła króla i cały naród. 
Gdy król z nim rozmawiał, opowiedział mu o tym, co zobaczył i czego się bał. Dwie łzy potoczyły się po policzkach króla, wrócił do domu ze zwątpieniem w sercu. W nocy udał, że śpi, ale sen nie zamknął jego oczu, słyszał, jak Eliza wstała i co noc powtarzało się to samo. Za każdym razem szedł za nią cicho i widział, że znika w swej komórce.
Z dnia na dzień stawał się bardziej ponury, Eliza widziała to, ale nie mogła zrozumieć dlaczego. Jej gorące łzy spływały na królewski aksamit i purpurę i wyglądały jak błyszczące diamenty, a wszyscy, którzy widzieli ten przepych, zazdrościli królowej. Wkrótce kończyła robotę, brak było tylko jednej koszulki, ale nie miała już więcej włókien, ani jednej pokrzywy. Jeszcze jeden raz, ostatni raz, musiała pójść na cmentarz, by uzbierać parę pełnych garści. Myślała o samotnej wędrówce i o zagubionych duszach, ale jej wola była tak niezłomna, jak jej ufności w życie. 
Eliza poszła, ale król i arcybiskup szli za nią; widzieli, że zniknęła za furtą prowadząc do cmentarza, a kiedy zbliżyli się do furtki, ujrzeli duchy siedzące na kamieniach, tak jak je ujrzała Eliza; król odwrócił się, gdyż wśród nich wyobraził sobie, że widzi tę, której głowa spoczywała jeszcze tego wieczora na jego piersi.
- Lud niech ją sądzi! - powiedział, i lud ją osądził: "Niech ją czerwony ogień pochłonie!" 
Ze wspaniałych królewskich sal wyprowadzono Elizę do ciemnej wilgotnej nory, gdzie wiatr dął przez zakratowane okienko; zamiast aksamitów i jedwabi dali jej wiązkę pokrzyw, które zebrała; na nich miała złożyć głowę. Twarde, palące koszulki uplecione przez nią miały jej służyć za kołdrę, ale oddano jej tym przysługę, mogła bowiem dalej pracować, modląc się gorąco. Na ulicy, ulicznicy śpiewali wyszydzające ją piosenki, żywa dusza nie pocieszyła jej ani jednym dobrym słowem. 
Pod wieczór zaszumiały skrzydła łabędzie pod więziennym okienkiem. Był to najmłodszy brat, który odnalazł siostrę, a ona zaśmiała się z radości, chociaż wiedział, że ta noc, która miała nadejść, będzie prawdopodobnie ostatnią nocą jej życia, ale oto robota była już prawie skończona i jej bracia byli prze niej.
Przyszedł arcybiskup, aby spędzić przy niej ostatnią godzinę, przyrzekł to królowi, ale ona potrząsała głową i prosiła gestami i spojrzeniem, aby ją opuścił, tej nocy musiała przecież skończyć swoją robotę, bo inaczej wszystko byłoby na próżno. Biskup opuścił ją lżąc złymi słowami, ale Eliza wiedział, że jest niewinna i pracowała dalej. 
Małe myszki przebiegając po podłodze przyciągały jej do nogi włókna pokrzyw, aby jej choć trochę pomóc, a przed zakratowanym oknem usiadł drozd i przez całą noc śpiewał najweselej, jak umiał, aby Eliza nie traciła otuchy.
Jeszcze brzask nie wstał, dopiero za godzinę miało wzejść słońce, kiedy jedenastu braci stanęło przed bramą zamku i zażądało, aby ich zaprowadzono do króla, ale odpowiedziano, że to niemożliwe, bo noc, król śpi i nie można go budzić. Prosili, grozili, przyszła warta, nawet król wyszedł i spytał, co to ma znaczyć, ale w tej samej chwili wzeszło słońce i nie widać już było braci, tylko hen nad zamkiem leciało jedenaście dzikich łabędzi. 
Cały lud tłoczył się do bram miasta, wszyscy chcieli zobaczyć, jak będą palili czarownicę. Nędzna szkapa ciągnęła wóz, na którym siedział Eliza. Włożono na nią koszulkę z grubego workowego płótna, piękne, długie rozpuszczone włosy otaczały jej cudną twarz; policzki były bardzo blade, a wargi poruszały się lekko. Palce dalej plotły zielone nici; nawet w tej niepewnej drodze nie porzuciła rozpoczętej pracy - dziesięć koszulek leżało u jej stóp, pracowała nad jedenastą; tłum szydził z niej.
- Spójrzcie na tę czarownicę, jak mruczy! Nie ma w ręku książki do nabożeństwa, siedzi ze swoją wstrętną, czarodziejską robotą, podrzyjmy jej to na kawałki!
Ludzie rzucili się na nią i chcieli jej podrzeć robotę, a wtedy przyleciało jedenaście białych łabędzi; usiadły dokoła niej na wozie i uderzały dużymi skrzydłami. Przerażony tłum cofnął się.
- Oto znak! Ona jest na pewno niewinna! - szeptało wielu, ale nikt nie odważył się powiedzieć tego głośno.
Już kat chwycił ją za rękę, a ona rzucała pośpiesznie jedenaście koszulek na łabędzie i oto stanęło przed nią jedenastu pięknych królewiczów; ale najmłodszy miał zamiast jednego ramienia skrzydło łabędzie, gdyż koszulce brakowało jednego rękawa, którego siostra nie zdążyła skończyć.
- Teraz mogę mówić! - powiedziała. - Jestem niewinna!
A lud widział, co się stało i pochylił prze nią głowę jak przed aniołem, ale ona osunęła się zemdlona w ramiona braci; tak podziałały na nią troska, ból i zmęczenie. 
- Tak ,jest niewinna! - zawołał najstarszy z braci i potem opowiedział wszystko, co się zdarzyło, a podczas gdy mówił, rozszedł się zapach jak od miliona róż, bo każde polano na stosie puściło korzenie i gałązki, wznosił się pachnący żywopłot, wysoki i gęsty, utkany czerwonymi różami, a na samej górze błyszczał biały kwiat połyskujący jak gwiazda; król zerwał ten kwiat i położył go na piersi Elizy, a ona zbudziła się radośnie ze szczęściem i spokojem w sercu. 
Wielkimi gromadami przyleciały ptaki i zaczęły śpiewać -ruszono z powrotem na zamek weselnym pochodem, orszakiem, jakiego nie miał żaden król na świecie. 

Hans Christian Andersen:))             

poniedziałek, 10 lutego 2014

Nowe szaty cesarza


Przed wielu laty żył sobie cesarz, który tak bardzo lubił nowe, wspaniałe szaty, że wszystkie pieniądze wydawał na stroje. Nie dbał o swoich żołnierzy, nie zależało mu na teatrze ani na łowach, szło mu tylko o to, by obnosić przed ludźmi coraz to nowe stroje. Na każdą godzinę dnia miał inne ubranie i tak samo, jak się mówiło o królu, że jest na naradzie, mówiono o nim zawsze: "Cesarz jest w garderobie".
W wielkim mieście, gdzie mieszkał cesarz, było bardzo wesoło; codziennie przyjeżdżało wielu cudzoziemców. Pewnego dnia przybyło tam dwóch oszustów. podali się za tkaczy i powiedzieli, że potrafią tkać najpiękniejsze materie, jakie sobie tylko można wymarzyć. Nie tylko barwy i wzór miały być niezwykle piękne, ale także szaty uszyte z tej samej tkaniny miały cudowną własność: były niewidzialne dla każdego, kto nie nadawał się do swego urzędu albo też był zupełnie głupi.
"To rzeczywiście wspaniałe szaty! - powiedział cesarz. - gdybym je miał na sobie, mógłbym się przekonać, którzy ludzie w moim państwie nie nadają się do swoich urzędów; odróżniłbym mądrych od głupich. Tak, ten materiał muszą mi utkać jak najprędzej." I dał obu oszustom z góry dużo pieniędzy, aby mogli rozpocząć pracę. 
Oszuści ustawili warsztaty tkackie, udawali, że pracują, ale nie mieli nic na warsztatach. Zażądali od razu najdroższych jedwabi i najwspanialszego złota; chowali je do własnej kieszeni i pracowali przy pustych warsztatach i to często do późnej nocy.
"Chciałbym jednak wiedzieć jak daleko postąpiła robota!" - pomyślał cesarz, ale zrobiło mu się nieswojo na myśl, że człowiek głupi albo niezdatny do urzędu, który piastuje, nic nie zobaczy; uspokoił się wprawdzie, że o siebie nie potrzebuje się obawiać, ale postanowił jednak posłać kogoś, aby dowiedzieć się, jak rzeczy stoją. Wszyscy ludzie w mieście wiedzieli, jak cudowną własność miała mieć ta materia i wszyscy pragnęli się przekonać, że ich sąsiad jest głupi lub zły.
"Poślę do tkaczy mojego starego, poczciwego ministra - pomyślał cesarz - ten będzie mógł najlepiej ocenić ich pracę, bo ma dużo rozumu i nikt lepiej niż on nie sprawuje swego urzędu."
I oto stary, poczciwy minister poszedł do sali, gdzie siedzieli dwaj oszuści i pracowali przy pustych warsztatach tkackich. "Boże drogi - pomyślał stary minister i wytrzeszczył oczy - ależ ja nic nie widzę." Ale głośno nie przyznał sie do tego.
Obaj oszuści prosili go, aby łaskawie zbliżył się do nich i pytali, czy wzór nie jest piękny i barwa wspaniała. Wskazywali przy tym na puste warsztaty i stary minister otwierał w dalszym ciągu oczy, ale nie mógł nic dostrzec, bo nic tam nie było. "Czyżbym był głupi? - pomyślał. - Tego nigdy nie przypuszczałem i nikt nie powinien się o tym dowiedzieć. Czyżbym nie nadawał się do swego urzędu? Nie, nie mogę nikomu powiedzieć, że nie widzę tkaniny."
- No i co, nic pan nie mówi? - powiedział jeden z tkaczy. 
- O, to jest śliczne, bardzo ładne! - powiedział stary minister i patrzył przez okulary. - Co za wzór i jakie kolory! Tak, powiem cesarzowi, że mi się niezwykle podoba.
- To nas cieszy - powiedzieli tkacze i wymieniali nazwę barwy oraz objaśnili rysunek wzorów. 
Stary minister pilnie uważał, aby móc dokładni powtórzyć, wszystko cesarzowi, co też uczynił.
Po czym oszuści zażądali więcej pieniędzy i nowego zapasu jedwabiu i złota, potrzebnego jakoby do dalszej pracy. Ale znów wszystko schowali do kieszeni, a na warsztatach tkackich nie było ani jednej nitki. Pomimo to siedzieli jak przedtem przy pustych warsztatach.    



Cesarz posłał wkrótce innego uczciwego urzędnika, aby zobaczył, jak postępuje praca tkaczy i czy tkanina będzie już wkrótce skończona. Powiodło mu się zupełnie tak samo ja ministrowi. Patrzył i patrzył, ale ponieważ nie było nic na warsztatach, nie mógł wiec nic zobaczyć. 
- Czyż to nie cudowna tkanina? - zapytali obaj oszuści i pokazali mu, objaśniając, wspaniały wzór, który wcale nie istniał.
" Głupi nie jestem - pomyślał posłany człowiek. - A więc chyba nie nadaję się do mego świetnego stanowiska. Byłoby to dość dziwne, ale nie trzeba tego po sobie okazywać." Pochwalił tkaninę, której nie widział i zapewnił oszustów, jak bardzo mu się podobają piękne barwy i ładny wzór. 
- Tak, to przepiękne - powiedział do cesarza. 
Wszyscy ludzie w mieście mówili o przepięknej tkaninie. Wreszcie cesarz zapragnął sam zobaczyć materiał na warsztacie. Wybrał się więc z całą gromadą oddanych mu ludzi, wśród których znajdowali się tamci dwaj dzielni urzędnicy, którzy już tu byli i zastał sprytnych oszustów pracujących jak najgorliwiej, lecz bez nici i bez osnowy.
- Czyż to nie wspaniałe? - powiedzieli dwaj dostojni urzędnicy. - Niech jego cesarska mość tylko spojrzy, co za wzór, co za barwy, gdyż myśleli, że wszyscy oprócz nich widzą tkaninę. 
"Cóż to? - pomyślał cesarz. - Nic nie widzę. To straszne! Czyżbym był głupi? Czy jestem niewart tego, aby być cesarzem? To byłoby najstraszniejsze, co mi się mogło przytrafić."
- O, tak, to jest bardzo piękne - powiedział cesarz - raczę to bardzo pochwalić! - kiwnął z zadowoleniem głową i zaczął oglądać puste krosna, bo nie chciał powiedzieć, bo nie chciał powiedzieć, że nic nie widzi. Cały orszak, który otaczał cesarza, patrzył i patrzył, ale także nic nie widział, wszyscy jednak mówili tak jak cesarz:
- Tak, to jest bardzo piękne.
I radzili monarsze, aby szaty z tego nowego, wspaniałego materiału włożył po raz pierwszy na wielką procesję, która miała się wkrótce odbyć.
- Magnifique, zachwycające, excellent! - powtarzał jeden za drugim i wszyscy byli niezwykle radzi.
Cesarz ofiarował każdemu z oszustów różę do noszenia w dziurce od guzika i nadał każdemu tytuł nadwornego tkacza.
Przez całą noc poprzedzającą procesję oszuści nie spali i szyli szaty przy szesnastu świecach. Ludzie widzieli, jak się spieszyli, aby wykonać nowe szaty cesarza. Wykonywali takie ruchy, jakby zdejmowali materiał z krosien, cięli wielkimi nożycami w powietrzu, szyli igłami bez nici i wreszcie powiedzieli:
- Oto szaty gotowe.
Cesarz przyszedł do nich z najdostojniejszymi dworzanami, a dwaj oszuści podnosili ramiona takim ruchem, jakby coś trzymali w ręku i mówili:
- Oto spodnie, oto frak, a oto płaszcz! - I tak dalej. - Wszystko takie lekkie, jak pajęczyna; takie cienkie, że się nic na ciele nie czuje, ale na tym polega cała zaleta tych szat.
- Istotnie - powiedzieli wszyscy dworzanie, ale nie mogli nic zobaczyć, bo przecież nic nie było.
- Może jego cesarska mość raczy łaskawie zdjąć swoje sunie - powiedzieli oszuści - przymierzymy nowe szaty tu, przed tym wielkim lustrem!    


Cesarz zdjął ubranie, a oszuści udawali, że wkładają na niego różne części nowo uszytych szat. Objęli go w pół tak, jak gdyby coś zawiązywali, niby to tren; cesarz zaś kręcił się i obracał przed lustrem. 
- Ach, jak to dobrze leży, jak cesarzowi w tym do twarzy - mówili oszuści. - Jaki wzór, jakie barwy! To wspaniały strój!
- Baldachim, który będą nieść podczas procesji nad jego cesarską mością, czeka przed domem - oznajmił najwyższy mistrz ceremonii.
- Dobrze, jestem gotów - powiedział cesarz. - Czy dobrze leży? - I wykręcił się jeszcze raz  przed lustrem, aby się wydawało, że ogląda swój wspaniały strój. 
Dworzanie, którzy mieli nieść tren, schylili się do ziemi takie ruchy rękami, jakby ów tern podnosili, a potem szli i udawali, że coś niosą w powietrzu; nie ośmielili się okazać, że nic nie widzą. I tak oto kroczył cesarz w procesji pod wspaniałym baldachimem, a wszyscy na ulicy i w oknach mówili:
- Ach, jakże te nowe szaty cesarza są piękne! Jaki wspaniały tren, jak świetny krój. 
Nikt nie chciał po sobie pokazać, że nic nie widzi, bo wtedy okazałoby się, że nie nadaje się do swego urzędu albo że jest głupi. Żadne szaty cesarza nie cieszyły się takim powodzeniem jak te właśnie.
- Patrzcie, przecież on jest nagi! - zawołał jakieś małe dziecko.
- Słuchajcie głosu niewiniątka - powiedział wtedy jego ojciec i w tłumie jeden zaczął szeptem powtarzać drugiemu to, co dziecko powiedziało.
- On jest nagi, małe dziecko powiedziało, że jest nagi.
- On jest nagi! - zawołał w końcu cały lud.
Cesarz zmieszał się, bo wydawało mu się, że jego poddani mają słuszność, ale pomyślał sobie: "Muszę wytrzymać do końca procesji." I wyprostował się jeszcze dumniej, a dworzanie szli za nim, niosąc tren, którego wcale nie było.

Hans Christian Andersen:))

środa, 29 stycznia 2014

Len


Len zakwitł. Miał śliczne, niebieskie kwiatki, miękkie jak skrzydła motyla, ale jeszcze o wiele od nich delikatniejsze. Słońce świeciło na len, zraszały go deszczowe chmury, a sprawiało mu to taką samą przyjemność, jak dzieciom, kiedy po umyciu całuje je matka; stają się wtedy o wiele ładniejsze. Tak też było i z lnem.
- Ludzie mówią, że doskonale wyglądam - powiedział len - jestem bardzo wysoki, więc będzie ze mnie spora sztuka płótna. Jakże jestem szczęśliwy! Jestem na pewno najszczęśliwszy na świecie! Tak mi dobrze. I będzie coś ze mnie. Jakże Cieszy mnie promień słońca i jak mi smakuje orzeźwiający deszcz.
- Tak, tak - mówił kołek w płocie - wcale nie znasz życia, ale my za to znamy, mamy przecież sęki - i jęknął żałośnie. 

Kręćcie się, wrzeciona.
Piosenka skończona.

- Nie jeszcze nie koniec - powiedział len - jutro zaświeci słońce, będzie świeżo po deszczu, słyszę, jak rosnę, czuję, że kwitnę. Jestem najszczęśliwszy!
Ale pewnego dnia przyszli ludzie, chwycili len za głowę, wyciągnęli go razem z korzeniem, bolało bardzo; włożyli go do wody, zdawało mu się, że tonie, potem wrzucono go do ognia - jakże piekło; było strasznie!
- Nie morze być zawsze dobrze - pocieszał się len - trzeba dużo doświadczyć, aby się czegoś dowiedzieć.
Tymczasem było coraz intensywniej. Len przegięto, przełamano, wymoczono i darto zeń paździerze; skądże miał wiedzieć, jak się to wszystko, co z nim robili, nazywało. Dostał się na kołowrotek; frr..., frr... nie sposób było zebrać myśli.
"Byłem niezwykle szczęśliwy" - myślał podczas tej całej przygody.
- Trzeba się cieszyć ze wszystkiego dobrego, czego się doświadczyło. Cieszyć się. Ach! - tak mówił, kiedy był już na tkackim warsztacie i potem przemienił się w prześliczny kawałek płótna. Cały len, każda najmniejsza cząsteczka zmieniła się w płótno.
- Mimo wszystko to jest wspaniałe. Nigdy nie przypuszczałem, że tak będzie. Jakże mi jeszcze dopasuje szczęście! Kołki w płocie wcale nie mają racji, kiedy śpiewają:

 Kręćcie się, wrzeciona.
Piosenka skończona.
 
To jeszcze nie koniec. Teraz się dopiero dobrze zaczyna. Jakie to cudowne! Doświadczyłem wiele, ale przydałem się do czegoś - jestem najszczęśliwszy. jestem taki silny i taki miękki, taki biały i długi. To zupełnie coś innego niż być rośliną, nawet wtedy, kiedy kwitnie. Nikt o nas wówczas nie dba i wodę ma się tylko wtedy, kiedy pada deszcz. Teraz mi usługują. Służąca przewraca mnie co rano, co wieczór mam kąpiel deszczową z konewki; Tak, nawet żona kupca wygłosiła nade mną i powiedziała, że jestem najlepszym kawałkiem płótna w całym mieście. Czyż można być szczęśliwszym?
Ale oto zabrano płótno do domu i dostało si pod nożyce. Jakże je krajano i darto, jakże ja kłuto igłami! nie należało to do przyjemności. Z płótna zrobiono dwanaście sztuk bielizny, z rodzaju, o którym niechętnie mówiono, ale który każdy człowiek powinien mieć. Starczyło na cały tuzin.
- Patrzcie, dopiero przydałem się, jestem pożyteczny. A więc to było moje przeznaczenie. Jakie to piękne. Teraz przynoszę światu pożytek, a tylko to sprawia prawdziwą przyjemność. Rozpadłem się na dwanaście sztuk, ale razem stanowimy całość, tuzin. Jakie to niezwykłe szczęście!
Przeszły taka - i kawałki płótna nie mogły już dłużej wytrzymać.
- Kiedyś musi się to skończyć - mówił każdy kawałek - trzymałbym się chętnie dłużej, ale nie można żądać niemożliwego. 
A więc potem podarto je w strzępy; myślały, że to już wszystko się skończyło, bo posiekano i ugotowano, same nie wiedziały, co się z nimi stało, a potem przemieniły się w śliczny, wytworny, biły papier.
- Cóż to za niespodzianka, piękna niespodzianka! - zawołał papier. - Teraz jestem wytworniejszy niż przedtem i będą na mnie pisali. Ile rzeczy można na mnie pisać! Cóż to za nieopisane szczęście!    


Zaczęli na nim pisać najpiękniejsze historie i wiersze, ludzie czytali wszystko, co było napisane, było to mądre i dobre, czyniło ludzi o wiele mądrzejszymi i lepszymi; wielkie dobrodziejstwo spłynęło na papier przez słowa, które na nim były napisane.
- Nawet nie marzyłem o tym, kiedy byłem małym, niebieskim płonnym kwiatkiem, jakże mogłem wtedy przypuszczać, że będę szerzył wśród ludzi radość i wiedzę. Sam nie mogę tego jeszcze pojąć. Ale to jest jednak prawdą. Bóg wie, że sam nie zrobiłem nic prócz tego, że dokładałem mych sił, aby móc żyć, a jednak wiedzie mi się od jednej radości do drugiej i od zaszczytu do zaszczytu; za każdym razem, kiedy myślę, że pieśń się skończyła, przechodzę od czegoś lepszego i wyższego, teraz poślą mnie na pewno w podróż, objadę cały świat, aby wszyscy mogli mnie czytać. To byłoby najciekawsze. Najpewniej tak będzie. Dawniej miałem niebieskie kwiatki, a teraz zamiast każdego kwiatka mam tyle najpiękniejszych myśli. Jestem najszczęśliwszy!
Ale papier nie powędrował w podróż, dostał się do drukarza. Wszystko, co było na nim napisane zostało wydrukowane w książce, w setkach k siążek. I w ten sposób przyniósł pożytek i radość znacznie większej ilości ludzi, niż gdyby sama zapisany papier pojechał w podróż i zmarniał w połowie drogi.
"Tak, to jest najrozsądniejsze - myślał zapisany papier. - To mi wcale nie wpadło do głowy. Zostanę w domu i będę szanowany jak stary dziad. To na mnie wszystko napisali, każde słowo spłynęło z pióra prosto na mnie, ja zostanę, a książki powędrują w świat. Teraz naprawdę jest przyjemnie, jestem najszczęśliwszy."
Zawinięto papier w paczkę i położono na półce.
- Po pełnej trudów pracy dobrze jest spocząć - powiedział papier. - To bardzo słuszne, że zbieram myśli i zastanawiam się nad tym, co we mnie tkwi. Dopiero teraz wiem naprawdę, co się we mnie znajduje. A znać samego siebie, czyż to nie prawdziwy postęp? Cóż teraz może się jeszcze stać? Naprzód, ciągle naprzód! 
Pewnego dnia położono papier na kominku, miał zostać spalony, nie mógł przecież zostać sprzedany do zawijania masła i cukru u kupca. Wszystkie dzieci, jakie były w domu, zebrały się dokoła, chciały zobaczyć, jak papier będzie się palił, chciały zobaczyć czerwone iskierki, które uciekają i gasną jedna po drugiej tak prędko i wyglądają zupełnie jak dzieci wychodzące ze szkoły, a ostatni iskierka to nauczyciel; wydaje się często, że już go nie ma, a on wychodzi na końcu, po wszystkich. Cały papier, cały zwój wrzucono w ogień. - Och! - jęknął. - Och! - zawołał i przemienił się w płomień, wzniósł się tak wysoko w górę (Len nigdy nie mógł wznieść się tak wysoko swych niebieskich kwiatków) i błyszczał tak, jak białe płótno nigdy nie potrafiło błyszczeć. Wszystkie napisane litery stały się w jednej chwili czerwone i wszystkie słowa i myśli uniosły się w płomieniach
- Teraz wznoszę się prosto do słońca - powiedziało coś w płomieniach i wydawało się, że tysiące głosów powtórzyło to jednogłośnie, a płomienie uderzyły wysoko w górę, przez komin, wysoko... ale delikatniejsze od płomieni, niewidzialne dla ludzkich oczu unosiły się w powietrzu maleńkie istotki - było ich tyle, co kwiatów na lnie. Były lżejsze od płomienia, który je zrodził, a kiedy ogień zgasł i z papieru został tylko czarny popiół, istotki te zatańczyły jeszcze raz dookoła niego, a tam gdzie go dotknęły, widać było ślady ich stóp; były to czerwone iskierki.
Dzieciaki wyszły ze szkoły, a nauczyciel szedł za nimi; jakiż to był ładny widok; wszystkie dzieci mieszkające w tym domu stały i śpiewały przy wygasłym popiele:
Kręćcie się, wrzeciona
Piosenka skończona.

Ale maleńkie, niewidzialne istotki tak mówiły:
- Pieśń nie kończy się nigdy! To jest właśnie najpiękniejsze! Wiem ot tym i dlatego jestem najszczęśliwszy!
Dzieci nie słyszały tego, a gdyby nawet słyszały, nie zrozumiałyby na pewno. Ale dzieci jak i dorośli nie koniecznie potrafią wszystko zrozumieć.

Hans Christian Andersen:))